przyjezdzaja Jenő i Mari – koniec Bozego Narodzenia

Zapomnialem
wspomniec, ze odwiedzili nas Jenő i Mari, czyli brat Sliwki i jego
zona. Weekend w Budapeszcie mial byc prezentem bozonarodzeniowym. Juz
jakis czas myslalem o zaproszeniu Jenő tutaj, wiec jak sie
zaczelismy zastanawiac nad prezentami, rzucilem "a co by bylo
gdyby jako prezent zaprosic ich tutaj". Obojgu nam pomysl sie
spodobal, bo zwykle nie bardzo wiemy co by tu kupic na te swieta a
tak wszyskim przynajmniej, taka mielismy nadzieje, bedzie milo.
Gwozdziem programu mialo byc pojscie do teatru.


Jenő
lubie. Jest zawsze wesoly, cieply, wszystkich zna, wszyscy go lubia.
Najbardziej kojarzy mi sie zawsze z piosenka, ktora probowal nauczyc
Chlopaka w lecie (tlumaczenie moje):


Mam
gacie w prazki

A
w nich olowek

Co
wieczor nim pisze

A
ten jakos sie nie tepi

Mari
jest nieco obrazalska i czesto ma innym za zle, ale jakos sie lubimy.
Cieszy sie zawsze, kiedy zaproponuje palinke, nawet rano:)


Jenő
i Mari mieszkaja w Szolnoku, ktory jest dosc potwornym okolo
osiemdziesieciotysiecznym miastem polozonym sto kilometrow na wschod
od Budapesztu. Czyli, jak tu sie to powszechnie, na prowincji. Bo
tutaj jest Budapeszt (dwa miliony mieszkancow) oraz prowincja
(najwieksze miasto dwiescie tysiecy). Podzial istnieje w jezyku
potocznym: do Budapesztu sie nie jedzie ale "podjezdza" a
do takiego Szolnoku, na przyklad, "zjezdza", nurtach
literackich ("ludowy" oraz "miejski") a takze w
polityce, gdzie opozycyjny obecnie Fidesz caly czas probuje wygrywac
roznice miedzy "stolica", przypominajaca wedlug jednego z
dzialaczy partii glowke niemowlecia z wodoglowiem, oraz "prowincja".


Odwiedziny
krewnych z prowincji to zazwyczaj pewien rytual. Zwykle jest przyjazd
na dworzec, na ktory przybywaja w paltach, futrach czy tez kozuchach
nie pozwalajacych na ukrycie pochodzenia wlascicieli, nakryciach
glowy sprzed lat dwudziestu oraz duzymi torbami z jedzeniem: coz
innego mozna przywiezc z prowincji.


Jenő
i Mari przyjechali jednak samochodem a z jedzenia pojawila sie tylko
tutejsza wersja sernika vargab
éles,
ktora sie robi z makaronem. Podjelismy ich obiadem, na
szczescie udal sie niezle. Pisze na szczescie, bo nader czesto to, co
gotujemy zupelnie nie odpowiada rodzinie Sliwki Kiedy jej ojciec
przyjezdza tutaj profilaktycznie juz je obiad przed wyjazdem i u nas
niczego nie chce. Po dlugich namyslach zdecydowalismy sie na zupe z
kabaczka zoltego oraz gulasz piwny z kasza. Jenő
nieco cierpial nad zupa, ale drugie danie poszlo mu juz lepiej, wrecz
zachwyceni byli natomiast winem oraz koszerna palinka sliwkowa. Po
obiedzie pojechalismy obejrzec nowy, monstrualny teatr narodowy,
wjechalismy na zamek oraz gore Gellerta.


Wieczorem
byl teatr, Koty, a po teatrze zabralem ich troszke sie
powloczyc po okolicznych knajpach. Zaszlismy do klubu F
észek,
w ktorym pseudorenesansowe podworko z przelomu dziewietnastego i
dwudziestego wieku przykryte jest na zime dachem i ogrzewane lampami
gazowymi. Wszystko w stanie rozpadu, ostatni remont budynki byl chyba
w latach szescdziesiatych. Jest jakis DJ, jakas tanczaca dziewczyna,
nie wiadomo skad maszyna do dymu, a poza tym pusto. Pijemy Unicum i
przenosimy sie do Szimpla kert.
To miejsce to pozostalosc lata, kiedy w naszej dzielnicy ogrodki
otworzono cos w osmiu domach do rozbiorki. Inwestycja minimalna, bar,
krzesla z zamykanego domu kultury, zwirek i lampy, a efekt
niesamowity. Dzielnica w nocy pulsowala grupkami przenoszacymi sie z
jednego ogrodka do drugiego, koniec pustki na ulicach. Przy czym
ogrodki te zazwyczaj nie mialy szyldu, poznawalo sie gdzie jest po
opaslym brysiu siedziacym na zawsze na malym krzeselku przed brama.
Szimpla kert tez zostal przykryty dachem i nadal funkcjonuje.
Akurat byl koncert, nieznany zespol gral rocka. Wypilismy po piwie –
rozmawiac sie nie dalo – i ruszylismy do domu.


Nastepnego
dnia pojechalismy na zakupy oraz na spacer po wyspie Malgorzaty.
Rzecz byla historyczna, Mari neka
Jenő od
kiedy sie znaja – trzydziesci dwa lata! – zeby ja tam zabral, no
i prosze, w koncu tam trafilismy. Chodzilismy troche po sniegu wciaz
bialym wobec nieobecnosci soli, ktorej na wyspie sie nie uzywa, i
Mari promieniala szczesciem. Wracamy do domu i od razu ruszamy na
obiad do greckiej restauracji. Chlopak zamawia rybe i pokazujac
Sliwce kolejne kawalki swojego szaszlyka zanim wlozy je do ust: ryba!
osmiornica! krewetka! Jenő i Mari, jak sie okazalo, po raz pierwszy
w zyciu byli w greckiej restauracji, i nadzwyczaj im ona przypadla do
gustu.

Wyglada
na to, ze wizyta bardzo sie podobala zarowno Jenő ja i Mari. Mari
mowi, ze "wszystko" bylo swietne, ani razu na nic nie
narzekala, mi, ze zwykle to robi. Jenő zachwycony przede wszystkim
nasza nocna wyprawa po
kocsmach. Zachwycony, ze nikt nie
spojrzal na nas krzywym okiem, mimo, ze Mari w futrze a on sam w
krawacie. My tez zadowoleni, bo milo bylo, to taki prezent
swiateczny, ktory i nam dal sporo uciechy. W ten sposob zakonczylismy
swietowanie Bozego Narodzenia.