Chlopak mowi

Chlopak jedzac zupe bawi sie. Nabiera ja na lyzce, podnosi ja i struzka wylewa do talerza. Usmiecha sie i mowi "zupospad". A ja ciesze sie, ze stworzyl chyba pierwsze swoje slowo po polsku.

Ciesze sie wogole, ze mowi po polsku. Zawsze do niego mowilem tylko po polsku, a ze dluzszy czas jedynie ja mowilem przy nim po polsku pewnie wiec sadzil, ze taki moj prywatny jezyk. Rozumial rzecz jasna wszystko i potrafil sporo powiedziec, ale nie do konca. Bo jak na przyklad mialem wdrozyc dziecko do zaimkow gdy ma sie do dyspozycji jedynie jego i siebie? Przez dluzszy czas Chlopak uwazal pewnie, ze "ja" oznacza mnie a "ty" jego, pierwszy raz uzyl tych form poprawnie dokladnie w swoje drugie urodziny. Do dzis pamietam jego przemyslny usmiech, kiedy powiedzial "ja" o sobie.

probuje ruszac sie

Dotad nie wiedzialem, ze mam miesien z tylu reki tuz nad lokciem. Dotad nie wiedzialem, ale teraz juz wiem, bo boli. Poszedlem ostatnio dwa razy na silownie no i mam za swoje. Nawet miksera w kuchni nie bylo mi latwo przycisnac. Bol mija powoli, szykuje sie na nowa wizyte w silowni juz niedlugo.

Ta silownia to stad, ze brakuje mi ruchu. Przedtem jezdzilem do pracy rowerem, chodzilem plywac rano, gralem w koszykowke i w pilke nozna, ale od kiedy jest Chlopak a tym bardziej od kiedy to ja zabieram go rano do przedszkola sprawy sie skomplikowaly. Rower i plywanie ranne odpadaja, pozostaje nieregularna koszykowka, bo jest w czwartki a ja co jakis czas gdzies wyjezdzam albo akurat jest wiecej pracy, pilki noznej nie ma. Sliwka poradzila mi te silownie bo jest w sasiednim budynku, sprobowalem. Jeden z pracujacych tam chlopakow pokazal mi pare przyrzadow i objasnil cwiczenia, na biceps, tryceps oraz miesnie piersi. Niby nic, trzy razy po dziesiec razy, ale poki co jestem w kawalkach.

Najpiekniejsze chyba z wszystkich rzeczy, jakie do tej pory robilem bylo plywanie na wyspie Malgorzaty. Chodzilismy tam z dwoma kolegami na siodma rano. Zwykle ciemno, w zimie zimno. Basen pod golym niebem, wchodzi sie jednak w budynku a potem wyplywa na zewnatrz waskim kanalem. Woda ciepla wiec sie nie zamarza nawet przy mrozach. Widok piekny: w swietle latarni parujaca woda, czesto sypiacy na nia snieg a w wodzie jakis trzydziestu ludzi plywajacych zawziecie (wszyscy, wliczajac dziewczyny, byli zawsze szybsi ode mnie:) Samo wskakiwanie do wody i machanie w niej przez pol godziny to, jakkolwiek nie bylby piekny ten basen, srednia przyjemnosc, znacznie milsze potem byly pogaduszki w basenie z ciepla woda – juz pod dachem, goracy prysznic oraz wspolne sniadanie: drozdzowka oraz kubek mleka w bufecie.

kuchnia indyjska w Budapeszcie

Zaskoczylismy dyrektora hotelu w Bangalore zyczac sobie indyjskiego jedzenia na lunche. Zdziwil sie tym, bo oczekiwal zamowienia na jedzenie europejskie a w dodatku potem bardzo mu je wszyscy chwalilismy. W rozmowie z nim powiedzialem mu jak bardzo zachwycony jestem daniami z kartofli: w Polsce je sie ich duzo ale dopiero w Indiach wiedza jak z takiego ziemniaka zrobic wzruszajace dane. Dodalem, ze stalem sie fanem sambaru, czyli nieco pikantnego skrzyzowania zupy i sosu, ktorym polewa sie ryz uzyskujac lekki, wspanialy posilek. Wszystko to nie splynelo po nim bez sladu, skserowal mi pare przepisow z ich ksiazki kucharskiej oraz dal w prezencie pudelko przypraw gustownie zapakowane z rozowy papier.

Rozpakowalem dopiero w domu. Na lotnisku pakujac torbe z pudelkiem do maszyny przeswietlajacej na kontroli bezpieczenstwa usmiechalem sie w oczekiwaniu na pytanie co jest w srodku: "dokladnie nie wiem, rozne proszki, dostalem w prezencie":) Zawartosc okazala sie rzecz jasna niewinna, cos z dwadziescia opakowan roznych przypraw oraz mieszanek do szykowania dan. Na opakowaniach przepisy, niekiedy przywodzace do rozpaczy: "wybierz jakies jarzyny i przygotuj je uzywajac przypraw co zwykle". Lektura przepisow od mojego przyjaciela z hotelu poglebiala tylko depresje. W kazdym daniu pojawiala sie masa skladnikow w zasadzie nie do dostania tutaj. Z zazdroscia patrzalem na Helge kupujaca sobie w Bangalore ksiazke kucharska: mieszka w Londynie i tam na kazdym rogu kupi sobie co tylko ze chce, a ja w Budapeszcie to moge sobie …

Sliwka zobaczyla moj bol i rzucila: a moze bys sprobowal w tym sklepiku indyjskim na sasiedniej ulicy? Nie oczekuje zbyt wiele, ale w zasadzie czemu nie. Sklepik nazywa sie Male ladne Indie i z zewnatrz robi wrazenie kolejne placowki etno sprzedajacej masowa produkcje rekodzielnicza dla spragnionej orginalnosci mlodziezy. Wchodze a tam zaskoczenie. Sklep prowadza Hindusi, i maja zarowno drumstick (nie mialem pojecia co to takiego, teraz juz wiem, ze jest to skrzyzowanie ogorka z fasola), jaggery, paste tamarind, swieze liscie curry, w zasadzie wszystko co tylko moge sobie zazyczyc. W dodatku okazuje sie, ze zona wlasciciela prowadzi kursy kuchni indyjskiej, niestety w srodku dnia, zlosliwie mysle sobie, ze musi to byc dla niepracujacych zon dobrze zarabiajacych facetow, ktore maja wiecej czasu niz obowiazkow. Jestem jednak podbudowany, sadze, ze bede teraz tam czesciej chodzil zeby wykorzystac prezenty od dyrektora hotelu.

Przy okazji w myslach robie sobie przeglad co milego wnosza do zycia w Budapeszcie cudzoziemcy. Probuje wyliczyc:

1. Zaczne od Hindusow: przede wszystkim jedzenie, restauracje i sklepy

2. Francuzi: restauracje, rzecz jasna, a takze, co mnie samego nieco zaskakuje, sklepy z odrestaurowanymi meblami chlopskimi. Prowadza je z wielkim wdziekiem, sama rozmowa z wlascicielami jest juz przyjemnoscia. Kiedys w jednym z nich stargowalem lawe do przedpokoju o jakies 20%. Sliwka nie wiedziala, gdzie schowac sie ze wstydu (ona sie nie targuje a placi), wlascicielce dalismy potem roze.

3. Ludzie z Balkanow, znow jedzenie. Dzieki nim mamy pare miejsc gdzie mozna zjesc cevapy i inne znakomite, niezdrowe balkanskie specjalnosci.

4. Chinczycy: kulinarna oraz odziezowa obsluga ubozszej czesci spoleczenstwa. Niestety przy tym, chinskie bufety w zasadzie wykosily istniejace przedtem chinskie restauracje. Wymienilbym osobno produkowane w Chinach lampki choinkowe rewolucjonizujace domowe iluminacje bozonarodzeniowe

5. Rosjanie: laznia na Erzsebet korut. Maly szyld nad brama zdradza to miejsce, wejscie z trzeciego podworka. Biletow nie ma, laznie trzeba wynajac cala na okreslony czas. Idealne miejsce do zabawy dla mafii wlacznie z odzielonym zaslonka materacem z lustrem na suficie. Mialem tam kiedys przemile urodziny.

6. Amerykanie: masa rzeczy, kiedys chyba osobno o nich napisze.

Uswiadamiam sobie, ze najlepsi sa swiezi imigranci, bo ci zasiedzieli zwykle roztapiaja sie w tle i traca swa swiezosc i odrebnosc. Mysle, czy da sie powiedziec cos tak milego o wegierskich Polakach ale nic nie przychodzi mi do glowy.