András Schiff na Akademii Muzycznej

András Schiff to jeden z muzykow wagi ciezkiej na Wegrzech. Pianista, dyryguje tez. Mial w zeszla sobote koncert na Akademii Muzycznej, poszlismy.

Frajda byla wielka. Sama muzyka podobala mi sie tak sobie (Haydn: symfonia c-dur, hob. I:82, koncert fortepianowy d-dur, hob. XVIII:11, Siedem slow Chrystusa na krzyzu, wersja orkiestralna, hob. III:50-16 – to juz nieco lepiej), ale wykonanie bylo perelkowe. Shiff gral z Europejska Orskiestra Kameralna, ktora zachwycala precyzja i dyscyplina. Muzycy w kazdej chwili grali to, co akurat powinni, a nie to, co akurat grali przed chwila. Najprostszymi frazami mozna sie bylo smakowac.

Sam Schiff robil wrazenie jakby dyrygowal dla publicznosci raczej niz dla orkiestry. Zwracal uwage na to, co akurat ciekawe: posluchajcie teraz klarnetow, o, terez beda fajne skrzypce, zwroccie tylko uwage na flety. Taki komentarz do muzyki, szalenie zajmujacy. Przyszedl mi do glowy Salieri w Amadeuszu opowiadajacy o muzyce Mozarta.

Na koncercie przyszly mi tez do glowy dwie zupelnie niezwiazane rzeczy. Pierwsza to, ze architekci planujacy teatry, sale koncertowe, opery i inne tego rodzaju budynki publiczne w zadziwiajacy sposob nie potrafia zaprojektowac dobrze liczby ubikacji. Przed toaleta damska zawsze tworzy sie kolejka, czy naprawde tymi architektami sa zawsza mezczyzni, ktorzy nie maja pojecia, jak kobieta korzysta z ubikacji?

A druga rzecz to oberwacja, ze na Wegrzech i w Polsce klaszcze sie inaczej. Rzecz jasna w obu krajach uderza sie dlonia o dlon wywolujac odpowiedni dzwiek podobnie, ale chodzi mi raczej o rytm. Frenetyczne oklaski na Wegrzech przechodza w takie dum-dum-dum, ktore tu nazywaja sie zelaznym aplauzem. Mnie kojarzy sie to z kongresami partyjnymi z lat piecdziesiatych i zawsze klaszcze wtedy nie do rytmu. W Polsce jest inaczej, niedawno sie o tym przekonalem sluchajac koncertu Milesa Davisa na Jazz Jamboree w 1988, ktory nagralem sobie wowczas z radia. Nagrane sa tez oklaski, mam wiec nawet dowod:)