Podróże Kulinarne Roberta Makłowicza

Wróciłem właśnie z Polski, gdzie kupiłem sobie w końcu Podróże Kulinarne Roberta Makłowicza. Natychmiast też, co nieco dziwne jak na książkę kucharską, przeczytałem je sobie w zasadzie w całości i muszę powiedzieć, że mi się spodobała. Jak pisałem kiedyś, na Węgrzech nie ma przyzwoitej książki kucharskiej do codziennego użytku, dzięki Makłowiczowi w Polsce jest przynajmniej znakomite wprowadznie do kuchni węgierskiej. Pełna radość!

Makłowicz pisze o węgierskiej kuchni kompetentnie i barwnie. Smaku, jeśli można tak powiedzieć, jego książce dodają pięknie opowiedziane anegdoty oraz ciekawostki. Ilustracje wnoszą sporo humoru choć nie są tak rozrywkowe jak zdjęcia w książce Dialogi języka z podniebieniem Makłowicza i Bikonta, też wydanej przez Znak. Jeśli dodam, że Makłowicz pisze o Węgrzech i tutejszym jedzeniu z wyraźnym sentymentem, jasne się staje, czemu czytanie książki jest niemal tak przyjemne jak jedzenie, na przykład, miseczki dobrej, węgierskiej zupy rybnej.

Mój ogromny entuzjazm do książki studzą tylko (nieco) pominięcia. Czemu, drogi Robercie Makłowiczu, pominąłeś na przykład pogácse, te niewielkie, pożywne skrzyżowanie bułki i ciasteczka, niezwykle tutaj popularne? Czemu kiszonki są tylko wspomniane? Dlaczego ani słowa o znakomitej sałatce z ogórków czy z kapusty w zalewie z octem? Czemu w końcu nawet nie wspomniałeś (choćby i – zasłużenie – krytycznie) főzeléki, te niezwykle popularne papki z rozgotowanych jarzyn? Gdzie jest placek lángos, kulinarny szlagier wszystkich rynków? Nieco mi tych potraw w książce brakowało, bez nich nie ma się pełnego obrazu kuchni węgierskiej takiej, jaką jest.

Wydawnictwo Znak wyraźnie się przyłożyło do redakcji książki ale i tak wślizgnęło się parę błędów. Podaję to, co znalazłem z nadzieją, że pomoże to w następnych wydaniach. I tak, pisze się lecsó a nie lecso, csirkepaprikás, z tego co wiem, to jedno słowo (podobnie jak gombapaprikás), jest rizsgomboc a nie rizsogomboc, a ponadto w węgierskim nie dzieli się słów między c a s (palac-sinta) bo cs to tutaj jedna litera (wszystkie przykłady z indeksu). Z podobnie drobnych rzeczy jest jedno wzgórze/góra Badacsony, nie można więc mówić o wzgórzach Badacsony (strona 75). W końcu, rozumiem uczucia jakimi Makłowicz pała do Węgier ale mówienie o wspólnej granicy polsko-węgierskiej istniejącej aż do roku 1918 (strona 114) jest, mimo faktu jej istnienia w pewnych okresach, historycznym nieporozumieniem: czy można mieć granicę z krajem zanim odzyskał on niepodległość? To akurat mógł Znak wychwycić.

Co by nie było, bardzo cieszę się, że książka się ukazała. Na pewno sam będę jej używał.