majowi goście mimowolnie uczą mnie jednej rzeczy

Wyjątkowo długi polski weekend majowy był tu bardzo odczuwalny. Miasto bez miejscowych, bo kto mógł wyjechał (tu weekend też był stosunkowo długi bo od soboty aż do wtorku włącznie), za to dużo turystów a wśród nich masa Polaków rozpoznawałnych po języku a także przewodnikach zatytułowanych "Budapeszt" w odróżnieniu od "Budapest" czy też "ブダペスト" albo "布达佩斯" lub "בודאפעסט" na bedekerach innych cudzoziemców. Wśród tego tłumu turystów czworo gości było moimi znajomymi i dlatego trochę się nimi zajmowałem. 

Znalazłem im miejsce do spania w mieszkaniu koleżanki mieszkającej nieopodal, trochę ich pokarmiłem starając się według swoich umiejętności gotować dania węgierskie, zaprowadziłem do Simpla kert, nauczyłem co to takiego fröccs a także przez jeden dzień pochodziłem po turystycznej części Budapesztu, gdzie bez gości zazwyczaj nie zaglądam. Wszystko to w miarę nudne zajęcia jak się tu mieszka na stałe, znacznie ciekawsze były rozmowy z nimi.

Nie mam na myśli tematyki: rozmawialiśmy o tym, co wszyscy, czyli o Kaczyńskich, Budapeszcie, znajomych, starych dziejach, pracy i Unii Europejskiej. Chodzi mi raczej o przekaz poniekąd pozawerbalny, i o to, co mówili nie zamierzając tego powiedzieć. W moich dawnych po prostu znajomych zobaczyłem nagle Polaków, zobaczyłem też (dawnego?) siebie z zewnątrz i było to fascynujące. 

Pili gorącej mnóstwo herbaty mimo ciepłej pogody a wina nie chcieli, bo od tego robiło się im gorąco, dawali pieniądze żebrakom okupującym strategiczne szlaki przemarszu turystów, przywieźli swoje rzeczy do spania i nic nie było problemem, oczekiwali, że kuchnia węgierska będzie ostra, dziwili się ortodoksom w jarmułkach na ulicy, pytali, na ile niebezpiecznie jest w nocy na ulicach, żona chwaliła męża, że ten przez ponad dwadzieścia lat ich małżeństwa ani razu nie narzekał na to, co ugotowała, a córki nie lubiły oliwek.

Cała masa tych raczej nieistotnych drobiazgów nagle zaczęła się dla mnie składać w spójny obraz polskości moich gości i mojej. Zaczęły mi też do głowy przychodzić przykłady podobnie małoistotnych ale charakterystycznych przykładów jeszcze z okresu gdy żyłem w Polsce. I zobaczyłem jak to, co się uważa za indywidualną cechę osobowości czy nawet dość podstawowe przekonania i sposób myślenia są po prostu wynikiem takich a nie innych cech otoczenia, w którym człowiek wzrasta.

Dalece nie odkrywcze to spostrzeżenie. Teoretycznie nieskomplikowane, doświadczyć go jednak można najlepiej właśnie na emigracji konfrontując swoje to, czym "się jest" z lokalnymi oczywistościami. Tu bezrefleksyjne bycie Polakiem nie bardzo jest możliwe.