tragiczne fajerwerki na dzień świętego Istvána

Dwudziesty sierpnia to tutaj jedno z najważniejszych świąt narodowych. Obchodzi się święto świętego Istvána, który ochrzcił Węgry, a także, w zależności od intrepretacji, konstytucję oraz „nowy chleb”. Odbywa się procesja z relikwiami świętego Istvána, jest uroczysty capstrzyk na placu przed parlamentem, w tym roku była parada lotnicza nad Dunajem, ale najważniejsze są jednak zawsze fajerwerki.

W Budapeszcie, bo fajerwerki, choćby i bardzo skromne, stara sią organizować nawet najmniejsza wieś, odbywają się one nad Dunajem. Wystrzeliwuje się je z mostów, wzgórza świętego Gellerta a także – niekiedy – pontonów na rzece.

Fajerwerki są niezwykle popularne. Popołudniu w mieście widać już wyraźny strumień ludzi płynący w stronę Dunaju w poszukiwaniu dobrego miejsca do oglądania. Część mostów zostaje zamknięta, niektóre ulice blisko Dunaju wyłączone z ruchu, pod wieczór tłum robi się coraz gęstszy. Atmosfera jest zawsze pogodna, nie ma pijaków, nikt się nie awanturuje, oglądać idą całe rodziny.

Fajerwerki ogląda się zresztą nie tylko znad Dunaju: sama rzeka pełna jest stojących na niej statków wypełnionych ludźmi, jeśli ktoś ma mieszkanie z widokiem na rzekę to organizuje przyjęcie fajerwerkowe, hotele wynajmują pokoje i tarasy do oglądania, nad tłumem krążą nawet samoloty.

Wczoraj akurat wróciliśmy z wakacji we Włoszech ale mimo zmęczenia namówiłem Ryśka (był z nami) na fajerwerki. Śliwka została w domu z Chłopakiem bo nie mieli sił.

Do rzeki doszliśmy bez problemów. Mnie udało się nawet dostać na szyny tramwaju nad Dunajem, skąd miałem piękny widok na mosty Erzsébet i Lánc (łańcuchowy) a także wzgórza zamkowe i Gellerta. Było duszno i męcząco. Zauważyłem, się błyska ale miałem nadzieję, że zbliżająca się burza nadejdzie dopiero później. Potem, jak zawsze, światła zgasły, tłum zakrzyknął ochoczo i fajerwerki się zaczęły. Strzelano je z dwóch mostów i pierwszy chyba raz tak dobrze wszystko widziałem. Pięknie było.

Jakieś pięć jednak minut od rozpoczęcia fajerwerków zerwał się gwałtowny wiatr i chwilę później zaczął lać deszcz. Chyba z gradem, strasznie siekł. Tłum z piskiem rzucił się do ucieczki, ale bez paniki. Przeskoczyłem przez barierkę i zobaczyłem Ryśka. Ucieszyłem się, że nie zgubił się. Tłum próbował się wcisnąć w zaułek przy byłym uniwersytecie, jednak pojemność ulicy organiczała szybkość z jaką to można było zrobić. Wył wiatr. Wszycy się kulili pod siekącą ulewą. W mgnieniu oka ociekaliśmy wodą. Nie było jednak żadnej paniki. Nie widziałem tratowania stołów sprzedawców, aut czy też innych ludzi. Koło mnie jakaś młoda kobieta pchała wózek. Starałem się ją ochraniać przed prącym tłumem, ale nie czuło się niebezpieczeństwa.

W końcu jakoś przedostaliśmy się dalej. Deszcz lał jak z cebra, ale ponieważ byliśmy totalnie przemoknięci nie sprawiało to nikomu żadnej różnicy. Na ulicach stała woda miejscami do kostek. Rynny sikały wesoło, gnieniegdzie z dachów lały się małe wodospady.

Do domu wróciliśmy wesoło. „Tak to tu w Budapeszcie obchodzimy święta narodowe”, żartowałem sobie z Ryśkiem. Na ulicach widać było trochę postrącanego tynku, jedno drzewo miało zerwane parę gałęzi, ale poza tym nie widziałem żadnych szkód.

W domu Śliwka dała nam ręczniki, przebraliśmy się i napiliśmy się palinki. Włączyliśmy radio i okazało się, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co my. Co najmniej trzy osoby zginęły przygniecione drzewami albo od ataku serca. Dwie osoby zaginęły na Dunaju po tym, jak spadły do wody ze statku. 287 osób zostało rannych, 45 jest w stanie ciężkim, wśród nich jest siedmioro dzieci. Zaczyna się mówić o odpowiedzialności organizatorów: o zbliżającej się wichurze ostrzegał urząd meteorologiczny. Z pewnością ofiar byłoby mniej gdyby na otwartej przestrzeni nad Dunajem nie zebrało się kilkaset tysięcy ludzi.

W czasie fajerwerków kręciłem film video aparatem fotograficznym. Widać wyraźnie błyski zbliżającej się burzy. Film kończy się gdy schowałem aparat, żeby ocalić go przed wodą.