myślę sobie o dwujęzyczności dzieci

Tak się złożyło, że ostatnio sporo spotykałem się z wielojęzycznymi rodzinami. Najpierw wakacje we Włoszech ze znajomymi z Paryża – Francuzka i Bułgar, potem weekend w Kecskemét dwoje Anglopolaków, tj. Polaków urodzonych w Anglii po wojnie, dzieci emigrantów z okresu drugiej wojny, w końcu znajomi Węgierka i Marokańczyk. Za każdym razem gąszcz języków, jako że niektórzy co najmniej rodzice często niemal doskonale dwujęzyczni, i wzrastające w tym gąszczu dzieci. I mimo, że często jedno z rodziców mówi do dzieci w jakimś innym niż otoczenie języku żaden z maluchów tym językiem nie mówił. Poza Chłopakiem.

Oczywiście poczułem się dumny. Proszę, w przeciwieństwie do innych nasze dziecko mówi sprawnie dwoma językami. Świetnie jesteśmy, no nie? Potem jednak zacząłem się spokojniej zastanawiać jak to jest, że nam się udało a innym nie. Pewności nie mam ale parę rzeczy, podejrzewam, odegrało tu pewną rolę.

1. Od małego mówię do Chłopaka po polsku i tylko po polsku. Pierwszy raz język polski usłyszał pół godziny po urodzeniu gdy leżał sobie w inkubatorze i łapał mnie za palec
2. W miarę regularnie jezdzimy do Polski, przez co Chłopak jest wystawiony na duże ilości języka mówionego przez dużo ludzi a nie tylko mnie 🙂
3. Kupujemy Chłopakowi sporo książek, filmów i bajek na płytach/kasetach po polsku.
4. Nie stosujemy w stosunku do Chłopaka żadnego przymusu jeśli chodzi o język w jakim będziemy daną książkę czytać czy film ogądać.

Dla każdej z naszych znajomych par znalazłbym co najmniej jeden punkt, gdzie zachowują się inaczej niż my. Może najważniejsza jest jednak motywacja. Ważna ona jest zarówno u rodzica uczącego dziecka drugiego języka jak i u tego, który musi znosić, że nagle nie rozumie, co też mówią w jego czy też jej obecności własne dziecko i żona albo mąż. Jeśli chodzi o nas to nie sposób przecenić poparcia Śliwki, którego na tym polu nieodmiennie doświadczamy z Chłopakiem. I bardzo jej za to jestem wdzięczny.