trzech facetów i dziecko na Mazurach

Właśnie wróciliśmy z Chłopakiem z Mazur. Pojechaliśmy tam razem z Ryśkiem i Romkiem, więc było nas trzech facetów i czterolatek. Tak nawiasem mówiąc zastanawiałem się, ile ludzi oburzonych możliwością adopcji dzieci przez małżeństwa gejowskich trójkątów obiecało sobie w najbliższych wyborach głosować na jakąś bardzo prawicową partię:)

Na Mazurach byłem pierwszy raz w życiu no i spodobało mi się. Pływaliśmy kajakiem, rowerem wodnym (to szczególnie podobało się Chłopakowi), kąpaliśmy się, cały czas jedliśmy ryby oraz graliśmy nieco w piłkarzyki i bilard (znowu coś, co przypadło naszemu czterolatkowi bardzo do gustu). Romek nauczył Chłopaka łowić ryby wędką, który złapał zresztą trzy mikroskopijne sztuki: był wniebowzięty. W dodatku wszędzie jest ładnie, proszę spojrzeć na taką Krutynię, po której spływaliśmy sobie kajakami.

Na kampingu byli Węgrzy. Szybko się jednak okazało, że to esperantyści cały dzień pogrążeni w konwersacjach z esperantystami z innych krajów, a mianowicie Chorwacji, Niemiec, Francji, Norwegii, Słowenii – dalej już nie pamiętam, było tego trochę. Zastanowiło mnie, że tak ładnie jest na tych Mazurach a tak mało Węgrów (a jak już są to i tak tylko ze względu na esperanto). W dodatku na Węgrzech nie ma takiej ilości jezior, nie ma takich lasów, a ryb, mimo, że wchodzą w skład narodowej kuchni, nie bardzo jest gdzie zjeść w innej postaci niż morska (bez nazwy) panierowana albo zupa rybna o uroku kotleta mielonego: nie ważne z czego, dużo przypraw. Przecież tylu innych cudzoziemców jakoś tu trafia a Węgrzy nie. Może to zwykła niechęć do jeżdzenia do byłych krajów socjalistycznych? Może nawyk, że w lecie jeździ się w ciepłe kraje? Znów mam pytania bez odpowiedzi.