lekarze węgierscy

Obserwując strajki lekarzy i pielęgniarek z perspektywy węgierskiej czuję do nich coraz większy szacunek. To wspaniali ludzie i prawdziwi patrioci. Domagają się podwyżek i reform w służbie zdrowia: żeby tylko było tak też tutaj. Piszę to bez odrobiny sarkazmu. Na Węgrzech takich postaw nie ma a gdyby się pojawiły byłyby znakiem, że coś się zmienia na lepsze.

Tutejsi pracowniki służby zdrowia zadziwiają cierpliwością z jaką znoszą swój los (sekretarka u mnie w pracy zarabia lepiej niż lekarz specjalista z wieloletnim doświadczeniem – podobnie jak w Polsce). Tym niemniej kiedy pojawia się możliwość zmiany, choćby niewielkiej, swojej sytuacji nie robią nic. Na przykład, po wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej opłaty za dyżury powinny były wzrosnąć bo było to częścią traktatu akcesyjnego. Dyrekcje szpitali opłat tych nie podniosły a sami lekarze, choć sporo między sobą na ten temat rozmawiali, w zasadzie nie zrobili nic. Było parę spraw sądowych, oczywiście wygranych przez procesujących się lekarzy, ale większości wystarczyły pogróżki, że jeśli podadzą do sądu swój szpital to sprawę owszem wygrają ale mogą stracić pracę. W wielu miejscach wprowadza się ostatnio system pracy na zmiany (dwanaście godzin pracy a potem ileś tam odpoczynku) tak, żeby nie musieć płacić więcej za dyżury, czego rezultatem jest ZMNIEJSZENIE niewielkich i tak płac. Możnaby się spodziewać protestów, ale ich nie ma. W jednym ze szpitali ostatnio dyrektor zapowiedział swoim pracownikom, że oczekuje od nich nieodpłatnego przepracowania dodatkowych dwudziestu godzin miesięcznie a gdy jeden z lekarzy zaoponował, że byłoby to nielegalne, bo tego zabrania ustawa, dowiedział się, że praca w tym szpitalu nie jest obowiązkowa. Jedna tylko osoba wystąpiła w obronie protestującego lekarza, reszta milczała.

Powód tej nadzwyczajnej pasywności pracowników służby zdrowia jest oczywisty. Większość z nich, choć nie wszyscy, za główne źródło dochodu ma tak zwane "pieniądze wdzięcznościowe" (hálapénz), czyli pieniądze otrzymywane od pacjentów w legendarnych kopertach. Pisałem kiedyś o tym bardziej szczegółowo tu. W takiej sytuacji oficjalna płaca, która może być wielokrotnie mniejsza niż sumy otrzymywane bezpośrednio od pacjentów, nie jest aż tak istotna, liczy się tylko bycie blisko "źdródła" czyli posada dająca kontakt z pacjentami. Rozmawiałem kiedyś z ekonomistą specjalizującym się w finansach publicznych: potwierdził, że w przypadku służby zdrowia politycy zawsze zakładają, że tam pensji podnosić nie trzeba, lekarza i tak żyją z pieniędzy wdzięcznościowych. Zatrzymanie lekarze za przyjęcie łapówki jest czymś nie do pomyślenia: po pierwsze "to nie są żadne łapówki", po drugie "tak robią wszyscy".

Abstrahując od idiotyzmu tego systemu (wielu spośród około dwóch tysięcy lekarzy, którzy wyjechali z Węgier pracować zagranicą zrobiło to właśnie z jego powodu) interesujące jak tutejsza służba zdrowia funcjonuje jednocześnie w dwóch paralelnych, dość od siebie niezależnych światach. W pierwszym z nich prawo do bezpłatnej służby zdrowia jest jednym z podstawowych praw obywatelskich, pensje są żałosne a ustawy bronią praw pracowniczych. W drugim lekarze żyją z tego co dostaną (lub zażądają) od pacjentów, dla których płatność za usługi medyczne jest oczywistością, a nikt nie dochodzi swoich praw pracowniczych. Jest świat fikcji i świat naprawdę. Świat, który nominalnie regulują parlament i rząd i rzeczywistość, którą rządzą zupełnie inne prawa. I te światy się nie przenikają.

Jak dobrze, że w Polsce nie ma zgody na taką paralelność. Mam wielki szacunek dla ludzi, którzą walczą o to by można było żyć w świecie "oficjalnym" bez uciekania się w świat paralelny. Żeby nie było tak jak na Węgrzech. 

Reklama