Radio Polonia Węgierska 74 / węgierski (świetny) kryminał z polskim wątkiem

W najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska zachęcam co czytania świetnych kryminałów Vilmosa Kondora (13:20). Póki co moje zachęty kieruję głównie do znających węgierski bo tylko jedną jego książkę przetłumaczono na polski – ale może na przekład kolejnych skusi się jakieś wydawnictwo? Dodam, że w jednej z nich pojawia się wątek polskich uchodźców na Węgrzech i to w zupełnie niemartyrologicznym wydaniu.

1. Ciekawostka o Węgrzech
2. Powitanie
3. Serwis informacyjny
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Wrzesień 1939 roku, granica polsko-węgierska. Tłum uchodźców stara się przejść na terytorium Węgier. Wśród tłumu pojawiają nagle trzy ciężarówki ze znakami Czerwonego Krzyża. Podchodzi do nich obecny tam reporter, który chce się dowiedzieć czy przewożą może rannych, ale kierowcy bez słowa dodają gazu i auta przejeżdzają granicę przez nikogo nie niepokojone: straż graniczna dostała rozkaz by je przepuścić. Później dopiero się okaże, że wiozły ładunek narkotyków używanych przez polskie wojsko, który potem znikł.

Od tej historii, która zresztą faktycznie miała miejsce, zaczyna się kryminał Vilmosa Kondora pt. Bűnös Budapest czyli Budapeszt, miasto winy. Rzecz jasna, nie będę streszczał akcji, ale opowiem nieco o jej autorze i jego innych książkach.

Dziennikarz, Zsigmond Gordon, jest bohaterem dłuższej serii książek. Pokrywają one okres od przedwojnia, poprzez samą wojnę, okres tużpowojenny aż do rewolucji 1956 roku. Choć wątek kryminalny jest kręgosłupem tych książek, to tło historyczne nadaje im szczególnego smaku. Ze szczegółami przedstawione są topografia miasta: z książką w ręku można podążać trasami, którymi przemieszczali się bohaterowie – o ile zna się dawne nazwy ulic tu pieczołowicie używane. Dowiedzieć się można gdzie mieściły się bary – wśród nich i istniejące wówczas bary mleczne, restauracje, redakcje czy też podejrzanie spelunki, opisywane są podawane tam dania i napoje, z cytowanych wiadomości widać co się akurat dzieje w polityce. Wśród fikcyjnych bohaterów pojawiają i prawdziwe postaci oraz wydarzenia – jak choćby i to wspomniane na początku zniknięcie ładunku narkotyków.

Sam Gordon, dziennikarz, który fachu uczył się między innymi w Stanach Zjednoczonych, gdzie spędził parę lat, to, mimo skłonności do przemocy, w sumie zdroworozsądkowa, sympatyczna postać.

Odróżnia się od niego inny bohater Kondora, Tibor Ferenczy, który boryka się z uzależnieniem od alkoholu i przeróżnych tabletek tak, że łańcuchowe palenie w zasadzie wydaje się przy tym już jedynie niegroźną przywarą. On działa współcześnie – jedna z historii z nim związanych ma miejsce obecnie, w 2020 roku. Tu, we współczesności, Kondor nie stroni od political fiction: w jednej z książek Ferenczy prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa premiera, w innej szuka szalonego mordercy działającego podczas rozgrywającej się właśnie rewolucji. W retrospektywie pojawiają się nadzwyczaj wiernie przedstawione – częściowo sam pamiętam ten okres – Węgry z roku 1990.

Te kryminały, które łączy atmosfera noir, czyta się je świetnie sprawdzając swoją znajomość Budapesztu i Węgier – bądź też ją w trakcie lektury rozwijając. Szkoda tylko, że jak dotąd przetłumaczono na polski zaledwie pierwszą z jego książek czyli Budapest noir. Chciałoby się ich widzieć więcej i to nie tylko ze względu na polskie wątki.

Nie wszystkie książki Kondora

Radio Polonia Węgierska 73 / Balaton przed turystami

Balaton zanim „odkryli” go turyści to zupełnie inne jezioro. Opowiadam o tym w najnowszym odcinku podcastu (38:15). Pełen program i mąj tekst poniżej.

  1. Ciekawostka o Węgrzech
  2. Powitanie
  3. Serwis polonijny
  4. Przegląd prasy polskiej
  5. Rozmowa tygodnia – R. Rajczyk rozmawia z J. Krzykiem autorek książek o Górnym Śląsku
  6. Jeż Węgierski w eterze
  7. Pożegnanie

W lecie jeden z felietonów poświęciłem Balatonowi. Wzdychałem nad nadmierną eksploatacją tego cudownego jeziora, uważam, że masowa turystyka fatalnie się na nim odbija.

Dostało mi się w komentarzach. Dowiedziałem się, że napisałem głupoty bo sytuacja jest o wiele lepsza, niż jak ją przedstawiłem, i w ogóle, że „Balaton to dla mnie riwiera”, jak głosi popularna piosenka.

Sprowokowało mnie to do poszukania informacji na temat Balatonu i tak dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy na jego temat.

Z punktu widzenia turystyki historia Balatonu zaczyna się w 1702 roku kiedy lekarz András Flaskár kupił kawałek ziemi koło Balatonfüred, na którym planował zbudował ośrodek kąpielowy. Uwaga: chodziło o kąpiele termalne a nie kąpanie się w jeziorze. Dopiero w 1822 roku otworzono pierwsze kąpielisko w jeziorze, zresztą też w Balatonfüred.

Od tej pory datuje się też konflikt pomiędzy dotychczasowymi mieszkańcami a przybyszami, który w zmieniających się formach trwa w zasadzie do dziś. Początkowo chodziło o dostęp do jeziora: przed powstaniem kąpieliska lokalni chłopi korzystali z jeziora do pojenia zwierząt, prania czy moczenia wełny, tego im w okolicy wyznaczonego miejsca do kąpieli starali się zabronić właściciele kąpieliska. Dalsze lata przynosiły kolejne ograniczenia „odwiecznych” praw do korzystania z jeziora do celów gospodarczych, między innymi zakazywano chłopom przepędzanie bydła koło pensjonatów czy też poruszania się wozami z powodu hałasu oraz kurzu jakie się z tym łączyły.

Paradoksalnie z czasem ci, którzy skolonizowali kiedyś Balaton wypierając przy tym chłopów z ich naturalnego środowiska szybko znaleźli się w sytuacji, w której sami walczyli o zachowanie status quo z kolejną falą przybyszów, ostatnio inwestorami planującymi wyższą czy też bardziej intensywną zabudowę. Ktoś śledzi trochę lokalne protesty w nadbalatońskich miejscowościach znajdzie na to sporo świeżych przykładów.

Drugim trendem stała się walka o ustabilizowanie jeziora. W stanie naturalnym nie miało one stałych brzegów, a jego poziom wciąż się zmieniał. Nieprzypadkowo nadbalatońskie miejscowości istniały w pewnej odległości od jeziora. Budowniczowie nadbrzeżnych pensjonatów i domów kąpielowych szybko przekonali się dlaczego tak było kiedy ich budynki zmyła woda czy też kiedy nagle się okazywało, że od zbudowanego przy samym brzegu jeziora domu kąpielowego nagle trzeba iść sto metrów by móc wejść do wody. Wraz ze wzrostem ruchu turystycznego losem Balatonu w coraz większej mierze zaczął rządzić jeden jedyny priorytet: w jeziorze musi dać się kąpać. Dlatego też zaczęto regulować poziom wody, utwardzać brzegi jeziora, wycinać trzcinę czy też walczyć z pojawiającym się algami poprzez zarybianie nowymi gatunkami ryb a potem tych ryb tępieniem.

W efekcie tych dwóch trendów Balaton coraz bardziej zaczyna przypominać intensywnie zabudowywany gigantyczny basen. Nikt już pewnie nie jest sobie w stanie wyobrazić jak to jezioro wyglądało przed interwencją człowieka.

Tak było:

Zmiany linii brzegowej Balatonu od roku 1000 po dziś, źródło: szeretlekmagyarorszag.hu/
Balaton 1908, źródło: Fortepan / Magyar Műszaki és Közlekedési Múzeum / BAHART Archívum
Balaton 1908, źródło: Fortepan / Magyar Földrajzi Múzeum / Erdélyi Mór cége

A tak się zrobiło:

Balaton 1981, źródło: Fortepan / Szalay Zoltán

Naddunajskie buty

Są pomniki, które nie wzbudzają żadnych emocji, które ledwie kto zauważa. Takim pomnikiem jest na przykład postać na koniu przed budapeszteńskim parlamentem. Dużą pizzę temu kto powie, kogo on przedstawia, małą pizzę temu, kto mu się choć raz przyjrzał. Gdyby go przeniesiono w inne miejsce, pewnie byśmy nawet tego nie zauważyli*.

Są też inne pomniki, które nie pozwalają przejść obojętnia a raczej pobudzają do reakcji. Najlepszym przykładem będzie tu jeden z najmniejszych pomników w Budapeszcie, może też jeden z najbardziej powściągliwych, czyli Buty nad Dunajem znajdujący się pomiędzy parlamentem a mostem Łańcuchowym.

Upamiętnia on Żydów – ofiary Holocaustu, którzy zginęli rozstrzelani w tym miejscu nad Dunajem przez strzałokrzyżowców na przełomie 1944 i 1945 roku. Tych ofiar było kilka tysięcy. Buty symbolizują to co pozostawało nieraz po zamordowanych, których ciała wpadały do rzeki.

Pomnik w tej formie zaproponował reżyser filmowy Can Togay. Wykonał go rzeźbiarz Gyula Pauer. Monument odsłonięto 16 kwietnia 2005 roku, tego dnia na Węgrzech obchodzi się upamiętnienie Holocaustu i miejsce ma Marsz Żywych, który wówczas rozpoczął się od butów.

Mimo, że w Budapeszcie stoi więcej pomników ofiar Holocaustu, i to w dodatku większych rozmiarem od Butów, to jednak to ten pomnik wywołuje reakcje. Podam parę przykładów.

Kiedy parę lat po odsłonięciu pomnika w 2009 roku brytyjska artystka Liane Lang, w ramach swoich działań mających na celu reinterpretację pomników w przestrzeni publicznej, umieściła rękę wykonaną z lateksu w dziobie turula w dwunastej dzielnicy (pisałem o tym tu – to swoją drogą też przykład pomnika prowokującego reakcje), parę dnia później ktoś umieścił w Butach świńskie nogi.

Turul z ręką w dziobie, źródło: Vastagbőr
Świńskie nogi koło butów, źródło: Vastagbőr

Z drugiej strony, a było to już w 2020 roku, kiedy dyrektor Muzeum Literatury Szilárd Demeter, w swoim felietonie zamieścił szereg szokujących sformułowań („Europa to komora gazowa Györgya Sorosa: z kapsułek multikulturalnego społeczeństwa otwartego sączy trujący gaz, który jest śmiertelną trucizną dla europejskiej formy życia. (…) György Soros jest liberalnym führerem” itd.) protestujący przeciwko tym słowom odwołali się do pomnika. W trakcie demonstracji przed muzeum recytowano wiersze przed rozstawionymi na chodniku butami.

Demontracja przed Muzeum Literatury, źródło: Magyar Narancs

Naddunajskie buty udowadniają, że nawet pomnik wykonany z kamieni i brązu, może być żywy.

*Franciszek Rakoczy II

Byłem nawet w Budapeszcie

Wszystkie węgierskie dzieci wiedzą, że kaczuszki mają swoje mamy w Polsce bo tak głosi popularna a przy tym, jak to bywa, bezsensowna i kiepsko zrymowana, piosenka dziecięca.

Kiskacsa uszik fekete tóban
Anyjához készül Lengyelországba

czyli

Kaczuszka pływa po czarnym stawie
Niedługo ruszy do mamy, do Polski

Rzecz jasna Polska, a także Węgry, pojawiają się również w piosenkach dla nieco starszych odbiorców. Postarałem się zebrać te, o których wiem.

Zacznijmy od Węgier i, od czegóż by innego niż piosenka Elektrycznych Gitar z frazą Byłem nawet w Budapeszcie. Zgorzkniały podmiot liryczny piosenki w niczym nie znajduje ukojenia – nie pomogła mu nawet wizyta w stolicy Węgier, kiedyś przedmiotu marzeń szczęściarzy, którym udało się dostać paszport.

Mniej znana jest piosenka Jacka Kleyffa pt. Dziad Kaczorowski. W tej dziadowskiej balladzie pojawia się fraza A tymczasem w barze Postiff gra węgierski Locomotiv. Przypomina ona o popularności tego zespołu w ówczesnej Polsce.

Meanwhile na Węgrzech taki alternatywny zespół Balaton nagrał piosenkę pt. Tudod, hogy soha … (Lengyelország) albo Lengyelországban is vannak még jó csajok… W Polsce też są fajne dziewczyny, głosi tekst. W tym czasie Polska była popularnym celem wypraw młodych Węgrów, którzy, jak widać czy też może raczej słychać, byli czuli na urok tamtejszych dziewczyn.

Motyw romansu z polskimi dziewczynami pojawia się również w innych utworach. W kawałku pt. Sehol sem talállak (Nigdzie nie mogę cię znaleźć) zespołu Quimby pojawia się ekspedientka z Warszawy ale niestety nie jestem ojczulkiem Bemem w nie całkiem zrozumiały sposób żali się wokalista. Ciekawostka: i w tej piosence pojawia się wyliczanka miejsc, które odwiedził – wszystko na darmo – podmiot liryczny tekstu.

Szczytowym przedstawicielem tego trendu jest piosenka zespołu Fonográf pod – polskim – tytułem Moja kochanka. Opowiada historię letniego romansu w Polsce. Cały tekst zasługuje na przedstawienie:

W ręku miałem słownik i tak cię pytałem
Nic nie rozumiałaś poza tym, że cię kocham
Uczenie się nawzajem swoich języków było z tobą takie proste
Czułem, że granica nie oddzieli nas od siebie

Moja kochanko nadmorska
Moja kochanko, nie zapomnij mnie nigdy
Dwa tygodnie kiedy tak dobrze było z tobą
Dwa tygodnie, które tak szybko przeleciały
Dwa tygodnie, a teraz żegnaj już.

Płakałaś, kiedy cię przytuliłem przy pożegnaniu
Pocałowałem twoje załzawione oczy koloru morza
Obiecałem pisać długie listy
Czułem, że granica nie oddzieli nas od siebie

Moja kochanko nadmorska
Moja kochanko, nie zapomnij mnie nigdy
Dwa tygodnie kiedy tak dobrze było z tobą
Dwa tDwa tygodnie, które tak szybko przeleciały
Dwa tygodnie, a teraz żegnaj już.

Jednak wyjazdy do Polski zapisały się w pamięci Węgrów (a także niektórych Polek) nie tylko z powodu nawiązywanych podczas nich romansów. Wielokrotnie wspominana fascynacja polską wolnością, zwłaszcza w okresie Solidarności, znalazła odbicie w niezwykłej piosence alternatywnego zespołu Kontroll Csoport pt. Polak Wenger, która mimo że w całości napisana po polsku była dla Węgrów w pełni zrozumiała. Piosenka była publicznym wyrazem poparcia dla Solidarności, które w latach 80-tych wymagało odwagi.

Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk!
Polak-Węgier dwa bratanki
I do szabli i do szklanki

Dobzse, dobzse, dobzse, dobzse, dobzse
Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak

Péter Müller, członek zespołu, wykonywał też melorecytację tekstu poświęconego Lechowi Wałęsie. Oto jego tłumaczenie:

Nie pisze gazeta o tobie
Czy żyjesz jeszcze czy umarłeś
Nie puszczają, nie puszczają do ciebie
Nie puszczają
Zeszłoroczny człowiek roku
Kocham cię Lechu, Lechu, Lechu

Wspomnieć trzeba też sympatyzujący z polskimi nacjonalistami zespół Hungarica, przedstawiciel nurtu narodowego rocka, który często występuje w Polsce i nieraz występował razem z polskimi wokalistami. Hungarica wydała trzy płyty z polskimi wątkami (Przybądź wolności, Haza és Hűség – Ojczyzna i wierność, Hungarica – Radio Gdańsk live). Nagrał, między innymi – po polsku – piosenkę Rozkwitały pęki białych róż.

No i nie zapomnijmy o nieco bełkotliwym wykonaniu przez Kult najsłynniejszej chyba węgierskiej piosenki zepołu Omega pt. Gyöngyhajú lány.

Czy znacie więcej przykładów takich wzajemnych wpływów muzycznych? Będę za nie ogromnie wdzięczny!

Radio Polonia Węgierska 72 / nowy ośrodek pątniczy na Węgrzech

Mało kto na Węgrzech wie, że Bodrogkeresztúr jest coraz popularniejszym celem pielgrzymek. Jednym, choć dalece nie jedynym, powodem jest to, że większość pielgrzymów przybywa spoza Węgier. O tym ośrodku pątniczym opowiadam w 72 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (25:00).

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd prasy węgierskiej
4. Przegląd prasy polskiej
5. Jeż Węgierski w eterze
6. Urywki historii
7. Pożegnanie

Autorzy: R. Rajczyk, I. Balazs, J. Celichowski, P. Piętka

Gdyby zapytać kogoś o cele pielgrzymek na Węgrzech spodziewam się, że, w pierwszym rzędzie, padła by nazwa Máriapócs – tamtejszy kościół grekokatolicki odwiedził nawet w 1991 roku Jan Paweł II, a potem może Mátraverebély. Co bardziej inkluzywni zapewne wspomnieliby siedmiogrodzkie Csíksomló, które co roku w Zielone Świątki przyciąga ogromne tłumy wiernych.

Padną może też inne nazwy pomniejszych ośrodków pątniczych ale nikt zapewne nie wspomni Bodrogkeresztúr.

Ta położona koło Tokaju wieś celem pielgrzymek stała się stosunkowo niedawno. Ich powodem jest grób słynnego rabina Sájele Steinera, który umarł tam w 1925. To miejsce pielgrzymek Żydów, od około dziesięciu lat na rocznicę jego śmierci przyjeżdża, z całego świata, coraz więcej chasydów. Ich liczba niekiedy przekracza dziesięć tysięcy. Zważywszy na to, że mieszkańców wsi jest około tysiąca, robi to ogromne wrażenie.

Opis życia i czynów rabin Sájele do złudzenia przypomina chrześcijańskie hagiografie. Rabin miał udzielać rad a zwracali się do niego licznie zarówno Żydzi jak i chrześcijanie, nie czynił różnic między nimi. Przewodził życiu duchowemu i religijnemu. Zajmował się działalnością dobroczynną, między innymi organizował pomoc dla żydowskich uchodźców z Galicji w czasie pierwszej wojny światowej. Co miał to rozdawał potrzebującym.

Zachowane wspomnienia o nim mają formę kwiatków świętych chrześcijańskich. Oto parę przykładów:

  • Nigdy nie spał, nigdy się nie kładł, w nocy drzemał na fotelu i wciąż rozmyślał i modlił się
  • Koło łóżka zawsze miał laskę oraz odświętne ubranie by gdy przyjdzie mesjasz móc powitać go bez zwłoki
  • Chodził jakby unosił się nad ziemią. Zawsze prowadzono go z dwóch stron, gdy szedł ustępowano mu. Bezpośrednio z nikim nie rozmawiał, tylko przez tłumacza (zwłaszcza z kobietami).
  • Było tak, że głód zajrzał w oczy wsi rabina Steinera. Dzięki jego modlitwom akurat przed jego domem w wozie wyładowanym ziemniakami pękło koło i rabin za pół ceny kupił ładunek.
  • Mój ojciec poszedł do rabina a ten powiedział: nie martw się, dobry Bóg pomoże. Weź winnicę w arendę na rok. Wzięli też a w tym roku plony były tak obfite, że sytuacja materialna rodziny zupełnie się uporządkowała.
  • Spłonęła synagoga, a nawet i stół, przy którym się modlił rabin ale jego modlitewnik pozostał nietknięty.
  • Słyszałem wielkie grzmoty. Piorun strzelił w domu Antoniego. Święty człowiek poszedł tam, wbił nóż w belkę i ogień zgasł.
  • Pewien mężczyzna regularnie przepijał swoją wypłatę. Jego żona poszła poskarżyć się rabinowi. Ten dał jej kostkę cukru by dała ją mężowi. Zrobiła tak a on od tej pory przestał chodzić do karczmy bo nie mógł znieść jej woni.

Jego pogrzeb przyciągnął olbrzymie tłumy. Wzięli w nim udział Żydzi i chrześcijanie, wielu przybyło z daleka: na stacji sprzedano dwanaście tysięcy biletów.

Bodrogkeresztúr na Węgrzech kojarzony jest z tokajskim winem, i mało kto słyszał pewnie o cudownym rabinie Sájele, a dla chasydów ta wieś jest to jedno z najważniejszych miejsc w całym kraju, jest na tyle ważna by podróżować tu przez pół świata. Niesamowite jest dla mnie jak to samo miejsce może mieć tak odmienne znaczenie dla różnych ludzi.

Grób rabina, źródło: Látnivalók Magyarországon,Bodrogkeresztúr

Radio Polonia Węgierska 71 / węgierska gorączka sobotniej nocy na ludowo

W najnowszym, 71 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska opowiadam o szaleństwie tańców ludowych, które pojawiło się na Węgrzech w latach 70-tych i którego można doświadczyć i dziś (19:10).

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd prasy polskiej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Autorzy: J.Celichowski, R.Rajczyk, P.Piętka

Niedaleko miejsca gdzie mieszkam mieści się niewielki klub o nazwie HellóAnyu! czyli Cześć mamuśka! To miejsce dla matek z małymi dziećmi, które mogą tam spędzić czas w towarzystwie innych mam i ich maluchów. Małe stoliki i krzesła definiują charakter miejsca. Podawane są tam też obiady, na które może wstąpić każdy. Miejsce prowadzi ekologiczna fundacja.

W niektóre wieczory w ciągu tygodnia HellóAnyu! zmienia się w miejsce dla potańcówek. Pojawia się trzech muzyków – na moje niefachowe oko grają oni na skrzypcach, altówce i basie – a kilka czy też kilkanaście zebranych osób, zwykle w średnim wieku, tańczy tańce ludowe. Ta impreza to táncház czyli dom tańca.

Historia táncházów sięga wczesnych lat 70-tych. Wydarzeniem, które można uznać za ich początek był táncház, który zorganizowano na placu przed Akademią Muzyczną 6 maja 1972 roku. Zagrało trzech muzyków, zatańczyli tancerze z zespołu ludowego Bihari. Nowością było to, że zamiast precyzyjnie wypracowanej monumentalnej choreografii wykonanej przez dużą grupę tancerzy do muzyki z partytury zagranej przez zespół rozmiarach orkiestry symfonicznej – tak wyglądała wówczas muzyka ludowa, zostawiono miejsce dla improwizacji.

Wydarzenie było ogromnym sukcesem. Zaczęto organizować kolejne táncházy – i pojawił się pierwszy spór: czy organizować wydarzenia tylko dla profesjonalnych tancerzy czy też umożliwić tańczenie także totalnym amatorom – ludziom z ulicy? Historia przyznała rację zwolennikom drugiego podejścia.

Ruch táncházów stał się ruchem masowym. Co chwila organizowano kolejną potańcówkę, jeden po drugim powstawały zespoły grające muzykę ludową, pojawiły się płyty, znacząco wzrosło zainteresowanie muzyką ludową wśród badaczy i działaczy kultury, zaczęto organizować obozy dla miłośników tańców ludowych. W 1982 roku zorganizowano pierwsze krajowe spotkanie táncházów. Co ciekawe, táncházy ogromną popularność zdobyły w miastach mimo, że kultura ludowa na Węgrzech to kultura chłopska. Dla wielu młodych ludzi weekendowa potańcówka ludowa stała się ulubioną formą rozrywki.

Mimo, że węgierski w swoim rdzeniu, ruch szybko wykroczył poza czysto węgierską kulturę. Z jednej strony od samego początku otwarty był na muzykę mniejszości mieszkających na Węgrzech, z drugiej szybko pojawiło się zainteresowanie węgierską kulturą ludową spoza terenu Węgier. W pierwszym rzędzie mowa tu o Siedmiogrodzie, gdzie, z powodu zacofania ówczesnej Rumunii, kultura ludowa zachowała się dłużej niż na Węgrzech. Kiedy tylko było to możliwe jeżdżono tam by potańczyć sobie z miejscowymi, przywożono płyty, ściągano tamtejsze melodie.

Táncházy zaczęły pojawiać się poza granicami kraju, poza wspomnianym Siedmiogrodem także i w innych częściach świata, w tym w obu Amerykach i w Azji, przyciągając uczestników, którzy z racji pochodzenia z kulturą węgierską nie mieli nic wspólnego.

Po upadku socjalizmu kultura ludowa, będąca paliwem táncházów, stała się częścią mainstreamu. Zaczęto ją nauczać w szkołach, powstały instytucje poświęcone jej promowaniu. W 2011 UNESCO wpisało táncház, jako metodę propagowania tańców ludowych, na listę niematerialnego dziedzictwa kulturalnego.

Dziś táncházy okres swojej świetności mają poza sobą. Uczniowie w szkołach, dla których nauka tańców ludowych jest obowiązkowa, kręcą na nią nosem. Uczestnicy wieczorków z HallóAnyu! pokazują, że tradycja jest jednak jeszcze żywa.

Seklerscy tancerze – idole młodzieży, źródło: Abkarovits Endre – Négyvenéves a magyarországi táncmozgalom
Nie wszystkie táncházy bywają takie duże, źródło: wikipedia
HellóAnyu!

Nieprzyjaciele Polaków

W 70 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska, głosem syna (padło mi gardło), mówię o niuansach przyjaźni polsko-węgierskiej czyli o tym małozaskakującym fakcie, że wśród Węgrów są zarówno przyjaciele Polaków jak i ci, którzy Polakom dobrze nie życzą (29:50).

  1. Powitanie
  2. Serwis informacyjny
  3. Przegląd prasy węgierskiej
  4. Przegląd prasy polskiej
  5. Jeż Węgierski w eterze
  6. Urywki historii
  7. Pożegnanie
    Autorzy: R.Rajczyk, I.Balázs, J.Celichowski, E.Celichowski, P.Piętka

Kiedy mowa jest o przyjaźni polsko-węgierskiej używa się zwykle uogólnień: Polacy lubią Węgrów, Węgrzy lubią Polaków. Kto choć ciut lepiej zna oba kraje wie, że takie wielkie kwantifikatory zniekształcają rzeczywistość: Polacy czy Węgrzy bywają różni, są tacy i owacy, i jest to naturalne.

Weżmy klasyczny przykład: Węgrzy pomogli polskim uchodźcom w czasie drugiej wojny światowej. Węgrzy – tak, ale jacy Węgrzy? Ówcześnie rządząca elita – owszem, ale byli też Węgrzy, którym taka pomoc była nie w smak.

Przejrzałem niedawno protokoły posiedzeń węgierskiego parlamentu w okresie wojny. Sprawa polskich uchodźców pojawiała się tam nieraz. W zapisach dyskusji można znaleźć wiele dowodów sympatii dla Polski i uchodźców ale też i głosy krytyczne. Wygłaszający takie opinie posłowie opisywali brak dyscypliny wśród uchodźców, podkreślali obciążenie, jakim dla państwa węgierskiego jest ich utrzymanie, zarzucali im niemoralne prowadzenie się czy też alkoholizm, do którego przyczyniać się miało tanie węgierskie wino. Co bardziej krewcy posłowie odmawiali używania terminu uchodźca (menekült) preferując zamiast niego słowo dezerter (szökevény). Namawiano do wydania Polaków Niemcom a także ubolewano nad faktem przymykania przez rząd oczu nad ucieczkami żołnierzy na Zachód by kontynuować walkę przeciw, jak to określano, sojusznikom Węgier. Miało to być sprzeczne z węgierską racją stanu.

Takie opinie pojawiały się wśród parlamentarzystów partii strzałokrzyżowców. Choć była to partia skrajnie prawicowa to jednak dalece nie marginalna. W wyborach w 1939 roku skrajna prawica zdobyła niemal 20% głosów. Można więc powiedzieć, że atakując polskich uchodźców reprezentowała ta partia opinie co piątego Węgra.

Czy to jakoś podważa tezę o przyjaźni polsko-węgierskiej? Nie, jedynie ją urealnia. W każdym społeczeństwie istnieje gama poglądów, choć pewne z nich są bardziej a inne mniej popularne, to jednak ten pluralizm jest czymś oczywistym.

I w tym kontekście pomoc udzielana uchodźcom przez zaangażowanych w nią Węgrów nabiera szczególnego znaczenia. Nie było to coś automatycznego, wymagało wyboru wobec istniejącej alternatywy reprezentowanej przez strzałokrzyżowców. Tym bardziej można być tym przyjaciołom Polaków wdzięcznym.

Warto też pamiętać, że wśród nawiązujących do tradycji węgierskiej skrajnej prawicy przyjaciół Polaków szukać nie ma co.

ślub gejowski

Tak się złożyło, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy brałem udział w dwóch ceremoniach ślubnych. Obie świeckie, obie zorganizowane poza urzędem. Obie zaskakująco podobne, jeśli zważyć, że pierwsza z nich połączyła parę heteroseksualną, a druga dwóch mężczyzn.

Technicznie rzecz biorąc były to akt zawarcia związku małżeńskiego oraz akt zawarcia zarejestrowanego związku partnerskiego (bejegyzett élettársi kapcsolat). Związki partnerskie, między osobami tej samej płci, można zawierać na Węgrzech od 1 lipca 2009 roku. Warto podkreślić, że chodzi tu o co innego niż związki partnerskie, które można potwierdzić u notariusza, i które dają szereg praw swoim członkom, zarówno tej samej jak i różnej płci.

Zarejestrowane związki partnerskie to de facto związki małżeńskie – o ile ustawa nie określa tego inaczej stosować do nich należy regulacje dotyczące małżeństw – istnieje jednak parę istotnych różnic (szczegółowe omówienie tu [HU]) .

W zarejestrowanych związkach partnerskich nie można przyjąć nazwiska partnera czy też partnerki. Możliwe jest to jedynie poprzez procedurę zmiany nazwiska niezależną o samego aktu zawarcia związku partnerskiego.

Nie można wspólnie adoptować dzieci ani też adoptować dzieci partnera/partnerki. Co istotne, każdy z członków związku może jednak adoptować oddzielnie dziecko.

W przypadku lesbijek nie mają one dostępu do państwowego programu zapłodnień in vitro. Gdy jednak jedna z nich urodzi dziecko, jej partnerka ma te same prawa co macocha, podobnie jest w przypadku gejów gdy jeden z nich zostanie ojcem. Co oczywiste, nie ma domniemania ojcostwa.

Zarejestrowany związek partnerski można rozwiązać nie tyle na drodze sądowej (rozwód) ale w niektórych przypadkach także przed notariuszem.

Dużo więcej jest identycznych rozwiązań. Do nich należą wspólnota majątkowa, obowiązek utrzymania partnera/partnerki, dziedziczenie majątku, wdowia emerytura, możliwość odmowy zeznań w sprawie, w która dotyczy partnera/partnerki, dostęp do informacji medycznej, konflikt interesów, łączenia rodzin, itd.

Identyczny jest też sposób zawierania małżeństwa oraz zarejestrowanego związku partnerskiego. Ma on miejsce przed urzędnikiem stanu cywilnego i tego właśnie miałem okazję doświadczyć. I tu i tu uczestnicy musieli złożyć deklarację stanu wolnego, i tu i tu związek, małżeński czy też partnerski, zawarto przy użyciu niemal identycznej formuły – różnica dotyczyła wyłącznie nazwy związku. Urzędniczka, bo w obu wypadkach była to kobieta, wygłaszała te same formuły prawne, byli świadkowie, podpisywanie aktu, podobne było nawet imitujące kazanie w kościele przemówienia urzędniczki z obowiązkowymi cytatami z literatury. Obrączki, choć opcjonalne, pojawiły się w obu przypadkach. Podobnie opcjonalny był pocałunek wstępujących w związek, choć przyznać muszę, że w przypadku naszych przyjaciół gejów, chyba stremowanych sytuacją, był on dość nieśmiały.

Różnica, jeśli jakaś, była w zachowaniu uczestników. Zwyczajowo powściągliwe w przypadku ślubu heteroseksualnego, w przypadku ślubu gejowskiego było bardziej żywiołowe. Może dlatego, że wśród zebranych sporo było gejów i lesbijek, dla których sam fakt publicznej ceremonii był powodem do dodatkowej radości zwłaszcza w kontekście niedawno rozpoczętej przez rząd kampanii skierowanej przeciwko wspólnocie LGBTQ+ (pisałem o tym nieco tu i tu).

Dlatego też sama uroczystość była dla mnie tak dziwna. Z jednej strony oficjalna propaganda skierowana przeciwko homoseksualistom, z drugiej tak funkcjonujące związki partnerskie. Choć jeśli spojrzeć na datę ich wprowadzenia to widać, że stało to jeszcze przed przejęciem władzy przez Fidesz. Nie oczekiwałbym rozszerzenia łączących się z nimi uprawnień póki Fidesz pozostaje u władzy, jeśli już to jestem w stanie sobie wyobrazić, że kiedyś ta partia zdecyduje się je ograniczyć lub wręcz zlikwidować.

Urzędowy stół, tak samo wygląda w każdym przypadku
Panowie młodzi
Panowie młodzi ze świadkami

Radio Polonia Węgierska 68 / miła dla wyborców ale irytująca dla polityków kampania wyborcza

W 68 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska opowiadam o Węgierskiej Partii Psa o Dwóch Ogonach (22:00). I kto mówi, że Węgrzy nie mają poczucia humoru? Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

  1. Powitanie
  2. Serwis polonijny
  3. Przegląd prasy węgierskiej
  4. Przegląd prasy polskiej
  5. Jeż Węgierski w eterze
  6. Urywki historii
  7. Muzyczne listy
  8. Pożegnanie
    Autorzy: R. Rajczyk, J. Celichowski, I. Balazs, P. Piętka

Wybory mają wprawdzie odbyć się dopiero wiosną przyszłego roku ale już czuć je w powietrzu. Nie sposób nie pomyśleć o Węgierskiej Partii Psa o Dwóch Ogonach, czyli Magyar Kékfarkú Kutya Párt. Jej symbol to pies z krawatem, stąd te dwa ogony. To obecnie pełnoprawna partia, która startuje w wyborach i choć nie odnosi sukcesów na poziomie krajowym to ma swoich przedstawicieli w niektórych samorządach.

Partia ma swoje korzenie w street arcie i politycznym happeningu, do dziś zresztą korzysta z tych środków wyrazu. Kto pamięta Pomarańczową Alternatywę w Polsce będzie wiedział o co chodzi.

Jej założyciel, Gergely Kovács, jest artystą grafikiem. Początki jego działalności to inteligentne graffiti wyraźnie inspirowane Banksym. W odróżnieniu od swojego brytyjskiego kolegi, prace Kovácsa zachowały się jedynie w postaci fotografii, z ulic zniknęły zapewne na skutek oddziaływania pogody oraz pracy brygad porządkowych.

Z czasem Kovács przerzucił się na happeningi, ich kulminacją jest ten gigantyczny happening, którym jest Węgierska Partia Psa o Dwóch Ogonach. Partia prowadzi głównie działania metapolityczne. Za ambicję ma sprawienie, aby kampania wyborcza była miła dla wyborców i irytująca dla polityków. Wyśmiewa sztampowy język partii politycznych, populizm, puste obietnice. Dobrze ilustruje to parę ich haseł: Wieczne życie, bezpłatne piwo, obniżka podatków, albo Więcej wszystkiego, mniej niczego, bądź Niech wszystko będzie lepiej, czy też, napis na plakatach kandydata, Taki uroczy, na pewno nie będzie kradł.

Jak to w takich przypadkach bywa, oficjalna reakcja na działania MKKP, bo taki jest węgierski skrót nazwy partiii, wspisała się w logikę prowokacji i parodii. Kiedy partia próbowała się zarejestrować, udało się to dopiero kiedy sprawa dotarła do Trybunału Konstytucyjnego. Poprzednio MKKP spotykała się z odmową ze względu na „niepoważną” nazwę.

Partia jest blisko do opozycji, która właśnie organizuje prawybory. Z tego co wiem MKKP nie bierze w nich udziału więc zapewne nie będzie miała kandydatów w wyborach. Na pewno będzie jednak w nich aktywna w inny sposób, będzie więc co obserwować.

Niech wszystko będzie lepiej! Rozdawnictwa pieniędzy!
żeby nie trzeba było pracować ale żeby były pieniądze! życie wieczne, bezpłatne piwo i obniżka podatków!
Rozluźnił się. Patrzy mi głęboko w oczy. Na nas głosuje.
Będziecie szczęśliwi!
Obiecamy cokolwiek!
93%, że nie będziemy kradli

Radio Polonia Węgierska 67 / co nam mówi butelka w przypadku tokajów

W 67 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska opowiadam o tym co nam mówi butelka w przypadku tokajów (26:40). Pełen program podcastu:

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Rozmowa z Andrzejem Pisalnikiem
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Wina tokajskie to wina o światowej sławie znane jedynie na Węgrzech, brzmi ironiczny bonmot w nieco przesadny ale jednak prawdziwy sposób streszczający pozycję tokajów dziś.

Częściej słychać wyznawców wielkości tokajów, którzy chętnie przytaczają maksymę „wino królów, król win” czy też wyliczają dawnych władców, którzy uwielbiali to wino. Wszystko to prawda tak jak i prawdą jest, że obecnie tokaje straciły na popularności. Na Węgrzech pamięta się ich dawną świetność ale poza granicami tokaje to już raczej rzecz dla koneserów.

Warto dodać, że mowa jest o słodkich winach, głównie aszú, choć dochodzą tu również takie pochodne gatunki jak szamorodni, wina późnego zbioru, fordítás, máslás i tak dalej, bo istnieją też wytrawne tokaje.

Wyczytałem niedawno parę ciekawych faktów ilustrujących niegdysiejszą pozycję tokajów jako luksusowego towaru. Otóż pierwszy przypadek butelkowania tego wina datuje się na 1606 rok. Jest to znaczące bo wytwarzane wówczas ręcznie butelki były drogie i używano ich tylko do przechowywania kosztownych napojów. Dla porównania: równie słynne wina z Bordeaux zaczęto butelkować dopiero w połowie XVIII wieku czyli jakieś 150 później.

Mimo znacznego spadku kosztu butelek butelkowana i dziś nie jest cała produkcja winna i chodzi tu nie tu tylko o tanie sikacze. W budapeszteńskim hotelu Astoria wino stołowe rozlewano z beczki jeszcze w latach 60-tych, butelka po dziś dzień oznacza pewnego rodzaju ekskluzywność.

Jeszcze nie tak dawno tokaje biły na głowę swojego głównego konkurenta na rynku towarów luksusowych czyli właśnie win z Bordeaux także cenowo. W przedwojennym katalogu piwnic Fukiera, a Fukier był jednym z najważniejszych miejsc handlu starymi tokajskimi winami, najdroższe czerwone wino kosztowało 25 złotych podczas gdy w przypadku tokajów cena dochodziła do 450 złotych.

Obecnie sytuacja się odwróciła i na aukcjach droższe są wina z Bordeaux. Przyczyną jest między innymi brak dokumentacji tokajskich win muzealnych, mam tu na myśli dane dotyczące wytwórcy, ilości butelek wyprodukowanych w ramach danego rocznika, ich rodzaju, korka, etykiety i tym podobne, nie pomógł też spadek jakości okresu socjalizmu.

Co by nie było, wina tokajskie są nadal znakomite. I jeśli nawet świat ich nie docenia tak jak kiedyś to my możemy się nimi i tak delektować.

(Dociekliwym polecam artykuł Krisztiána Ungváry’ego pt. A királyok bora a világpiacon egykor és most w Vince Szeptember 2021, w którym wyczytałem te ciekawostki)

Dowód na wyższość tokajów, źródło: Fortepan / Vojnich Pál