Protest po likwidacji Indexu

Tak, wiem, że Indexu nikt oficjalnie nie zamyka ale też nie ma wątpliwości, że to co się stało to koniec tego jednego z najstarszych i najbardziej znaczącego portalu informacyjnego na Węgrzech. Przynajmniej takiego jakim był dotąd.

Istniejący od 1999 roku Index był od początku czysto internetową publikacją. To dawało mu pewną przewagę nad publikacjami, który do wersji papierowej próbowały dobudować, wtórną, wersję internetową. Index zawsze zabiegał o niezależność i mimo swojego liberalnego ducha potrafił pisać krytycznie o wszystkich politycznych aktorach na Węgrzech. Wyróżniał się żywym, bliskim slangowi, językiem. Był jednym z najbardziej czytanych portali informacyjnych.

W 2014 roku Zoltán Spéder, jego ówczesny właściciel w tajemnicy podpisał umowę na opcję na zakup portalu z Lajosem Simicską który był wówczas głównym oligarchą Fideszu. Ten opcję zrealizował w 2017 ku szokowi nieświadomych wcześniejszej umowy dziennikarzy i czytelników Indexu.

Parę dni temu, 22 lipca, właściciel Indexu wyrzucił z posady głównego redaktora portalu Szabolcsa Dulla zarzucając mu ujawnienie tajemnic firmy (chodziło o to, że materiały dziennikarskie miały teraz przygotowywać spółki zewnętrzne, co zdaniem Dulla zagrażało niezależności portalu). Ten nie przyjął wysokiej odprawy, której warunkiem było odejście po cichu i nagłośnił sprawę. Wraz z nim wymówienie złożyła większość członków zespołu – ponad 80 osób (ich liczba może się zwiększyć bo część osób jest na wakacjach) z dziewięćdziesięcioosobowego zespołu. To rzecz bez precedensu na Węgrzech. Precedensowe jest niestety niszczenie opozycyjnych mediów: parę lat temu Fideszowi udało się przejąć kontrolę nad portalem Origo, który z krytycznego źródła informacji stał się propagandową tubą prorządową.

Wczoraj odbyła się demontracja protestująca przeciwko temu co się stało z Indexem. Zorganizowała ją partia Momentum. Tłum przeszedł od redakcji Indexu na placu Kolosy aż na zamek pod siedzibę Orbána. Oto parę zdjęć z niej.

index_czolowka

Czołówka marszu „Wolny kraj, wolne media”. Transparent trzymają przywódcy Momentum, w tle flagii tej partii.

index_widok_z_mostu

Tłum widziany z mostu Małgorzaty – nie widać końca pochodu.

index_70_bator_ember

„70 odważnych ludzi” – wtedy wiadomo było o tylu wymówieniach.

index_nincs_masik

„Drugiego takiego nie ma” – to część hasła Indexu: Index, drugiego takiego nie ma

index_kell_masik

„Chcemy następnego!”

index_widok_z_mostu1

Flagi niegdyś skrajnie prawicowego Jobbiku ramię w ramię z flagami Momentum w obronie Indexu.

index_solidarisok

„Solidaryzujemy się! Zwolennicy wolnych mediów”

index_mocskos_fidesz

Pan w koszulce z napisem „Parszywy Fidesz” oraz symbolem O1G nie był najbardziej typowym uczestnikiem demonstracji.

index_O1G_MKKP

A tu uczestnik z O1G na masce oraz symbolem Partii Psa o Dwóch Ogonach na koszulce (na demonstracji był z psem)

index_bem

Przed pomnikiem Bema

index_rowerzysta

„AArrrrgggghhhh!!!!”

index_oklaski

Oklaski z dachu

Byli dziennikarze Indexu założyli profil na facebooku (Távozó indexesek czyli Byli pracownicy Indexu). Ma już on ponad sto siedemdziesiąt tysięcy polubień co wskazuje na popularność portalu. Ich logo – Legyen másik czyli Chcemy następnego (Indexu) – sugeruje, że będą próbować coś robić. Sukces Radia Nowy Świat pokazuje, że może im to się udać.

Radio Polonia Węgierska – 14. odcinek podcastu/ samotność językowa Węgrów

W najnowszym odcinku audycji mówię o językach słowiańskich i samotności językowej Węgrów.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny przygotowany przez Igę Kolasińską – 11:03
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 13:02
4. „Jeż Węgierski w eterze” by Jerzy Celichowski – 20:42
5. Książka na Głos – fragment „Polsko-węgierskiej mozaiki” poświęcony Derenkowi – 29:49
6. Urywki historii – Izabela Gass o XVIII wiecznym skandalu w Rzeczypospolitej – 47:22
7. Pożegnanie – 52:09

radiopoloniawegierska1-1

W ostatni weekend byliśmy na Słowacji. Zatrzymaliśmy się w niedużym hoteliku, rozmawiam tam z panienką z recepcji. Nie zna angielskiego, mówię więc po polsku, a ona po słowacku. W pewnym momencie pada słowo „raňajky“, którego dotąd nigdy nie słyszałem, a które mimo to z kontekstu i brzmienia rozumiem: chodzi o śniadanie.

Chciałem dodać dla efektu, że słowackiego nie znam bo się go nigdy nie uczyłem ale po zastanowieniu się wiem, że nie jest to prawdą. Bo mimo tego, że nigdy się go nie uczyłem dużo rozumiem jak słyszę ten język. Na Słowacji zwykle przecież można się dogadać po polsku bez większych problemów.

Nie tylko zresztą na Słowacji: kto miał do czynienia z Ukraińcami czy Białorusinami, kto był w Czechach czy nawet nad morzem w Chorwacji potwierdzi jak łatwo się dogadać „po słowiańsku“ zgadując słowa i łapiąc ich formy. Przecież od niemal Berlina aż do Władywostoku a na południe aż po Adriatyk dwa wszędzie znaczy dwa: wspólne jest wiele słów, podobna jest gramatyka. Nie ucząc się tych słowiańskich języków jakoś jesteśmy w stanie się porozumieć, łatwo możemy je łapać, nie czujemy się obco.

Nie tak jest z Węgrami. Oni nie mają tego doświadczenia podobnego języka, możliwości dogadania się, zrozumienia czegoś-tam. Dla nich wyjazd poza Węgry to zderzenie się z czarną ścianą niezrozumienia. Jeśli nie znają języka obcego to już choćby parę kilometrów za granicą może być tak, że nie mogą się wogóle porozumieć. Węgrzy nie mają odpowiednika słowiańszczyzny. Świat zewnętrzny dla Węgrów to dużo mniej otwarte a zapewne i dużo mniej przyjazne miejsce.

Dlatego właśnie dla Węgrów nauka obcych języków jest tak istotna jeśli nie chcą być w życiu ograniczeni do swojego tylko, nie nazbyt zresztą wielkiego, kraju. Nie jest to dla nich łatwe: kto zna węgierski wie, że wszystko jest tam „odwrotnie“ i dlatego ten język jest taki trudny – dla Węgrów na zasadzie symetrii tak trudne – tak „odwrotne“ – są inne języki. A w dodatku nie mają oni tego ułatwienia jakie mamy my ucząc się rosyjskiego czy serbskiego, albo też Rumuni lub Hiszpanie ucząc się francuskiego.

Ta językowa samotność z pewnością przyczynia się do melancholii Węgrów.

Radio Polonia Węgierska – 13. odcinek podcastu/ Mała Warszawa

W najnowszym odcinku audycji mówię o Małej Warszawie.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis przygotowany przez Igę Kolasińską – 02:43
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 04:40
4, Jeż Węgierski w eterze czyli felieton Jerzego Celichowskiego – 10:25
5. Rozmowa z dr hab. Tadeuszem Kopysiem o gen. J. Bemie – 17:31
6. Książka na Głos – 55:22
7. Urywki historii – Izabela Gass o hungarikach w Warszawie – 59:31
8. Pożegnanie – 01:01:14

radiopoloniawegierska1-1

Na domu przy ulicy Népszínház 46 w ósmej dzielnicy znajduje się tablica z następującym napisem:

Ulicę Népszínház nazwano Małą Warszawą ze względu na podobieństwo do powstania w getcie. To tu między 15 a 17 października 1944 roku żydowscy cywile, członkowie oddziałów pracy i żołnierze chwycili za broń przeciwko niemieckim okupantom i współpracującym z nimi strzałokrzyżowcom. Odwet był straszliwy. Niech będzie błogosławiona pamięć bohaterów i męczenników!

VIIImalaWarszawatablica

Z okna tego budynku miano ostrzelać patrol strzałokrzyżowców (lub Niemców), za co go zaatakowano mordując jego mieszkańców. W niektórych relacjach pojawiają się czołgi Tygrysy, które oddały strzały w dom. Walki miały się rozszerzyć i trwać długo.

Tyle tylko, że relacje świadków są sprzeczne i często oparte tylko na zasłyszanych informacjach. Pojawiają się w nich różne adresy. Strzały z okna miały paść z rąk zdesperowanych członków oddziałów pracy bądź też członków żydowskiego ruchu oporu. Pojawia się nawet teza, że była to prowokacja: strzałokrzyżowców z okna zabił dozorca, sam nie-Żyd, który chciał w ten sposób wywołać represje przeciwko Żydom. Strzałów miało być kilka lub miała to być wielogodzinna strzelanina w całej okolicy. I tak dalej.

Historycy z Centrum Holocaustu oraz Yad Vashem, z którymi na ten temat rozmawiałem, uważają, że to legenda miejska. Zdaniem jednego z nich Kis Varsó, bo tak brzmi po węgiersku Mała Warszawa, odpowiada na zapotrzebowanie na akt oporu przeciwko wywózkom zaprzeczający opinii o biernym poddaniu się eksterminacji przez Żydów.

Jednak mimo tego nie jest tak, że w Budapeszcie w tym czasie zabrakło ludzi gotowych stawić opór strzałokrzyżowcom i Niemcom. Syjonistyczny ruch oporu, mimo swojego potencjału bojowego, świadomie unikał starć zbrojnych – szanse przeżycia były dla Żydów dużo wyższe w Budapeszcie jesienią 1944 roku niż w Warszawie w kwietniu 1943 kiedy wybuchło tam w getcie powstanie. Chciał on przede wszystkim ocalić jak najwięcej Żydów dla przyszłego państwa żydowskiego. Do mistrzostwa doprowadził sztukę fałszowania dokumentów, co pomogło wielu uniknąć śmierci. Ponadto, i tu pojawia się autentyczny wątek polski, przykład dopiero co tragicznie zakończonego powstania warszawskiego działał odstraszająco wobec głosów wzywających do akcji zbrojnej. I koniec końców siedemdziesiąt tysięcy Żydów przeżyło w Budapeszcie.

Ta historia, mimo że niepotwierdzona, i tak wskazuje na związki łączące Polskę i Węgry. Na to, że także dla polskich i węgierskich Żydów kraje te potrafiły być dla siebie punktem odniesienia.

W Budapeszcie druga tura dla Trzaskowskiego

Druga tura wyborów prezydenckich zakończyła się, podobnie jak pierwsza, zwycięstwem Rafała Trzaskowskiego. Uzyskał on 749 (72.23%) głosów podczas gdy na Andrzeja Dudę oddano 288 (27.77%) głosów. W sumie oddano rekordowe chyba 1037 głosów (dla porównania: w pierwszej turze było ich 650). Źródło: protokół komisji wyborczej w ambasadzie.

Pięć lat temu również zwyciężył oponent Andrzeja Dudy, Bronisław Komorowski dostał tu wtedy 415 głosów (60.67%) wobec 269 głosów (39.33%) oddanych na obecnego prezydenta.

Dziesięć lat temu Komorowski wygrał wybory zdobywając w Budapeszcie 635 głosów (67%), jego ówczesny oponent Jarosław Kaczyński zdobył 312 głosów (33%).

Tak więc tym razem niepisowski kandydat zwyciężył w Budapeszcie wyjątkowo wysoko.

Radio Polonia Węgierska – 12. odcinek podcastu/ żubry

W najnowszym odcinku audycji mówię o żubrach na Węgrzech.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis informacji polonijnych – 01:33
3. Autorski Przegląd Polskich Tygodników przygotowany przez Roberta Rajczyka – 03:38
4. Jeż Węgierski w eterze czyli felieton Jerzego Celichowskiego – 09:54
5. Rozmowa z Marzeną Kruk, dyrektor Archiwum IPN – 16:43
6. Książka na Głos – 48:20
7. Urywki historii i tekst Izabeli Gass o hungarikach w Warszawie – 58:33
8. Pożegnanie – 01:01:34

radiopoloniawegierska1-1
Czy zwierzę może mieć narodowy charakter? Czy istnieją polskie zwierzęta? Jeśli tak to murowanymy kandydatem byłby żubr.

Pamiętam kiedy żubry – z Polski – przybyły kilka lat temu do parku dzikich zwierząt (Vadaspark) w Budakeszi. Polonia Nova zorganizowała wycieczkę by je zobaczyć. Zwierzęta prezentowały się wspaniale, podchodziły do ogrodzenia, można je było z bliska obejrzeć i oczywiście zrobić im zdjęcie.

Przewodniczka powiedziała nam, że mimo swojej poczciwości żubry są niebezpieczne. Obok rysi i niedźwiedzi są jedynymi zwierzętami, do których zagrody nie wolno było wchodzić personelowi. Chodziło o to, że przy swojej masie mogą one niechcący zgnieść człowieka.

Zabiegi o przysłanie żubrów trwały ponad rok. Białowieski Park Narodowy starannie sprawdzał czy zwierzęta będą tu miałe odpowiednie warunki. Gdyby samiec i samica, które tu przekazali rozmnożyły się, potomstwo wróciłoby do Polski w celu dalszego krzyżowania i rozmnażania w ramach programu odbudowy populacji żubrów.

Zwierzęta, niezaskakująco, sponsorował producent wódki Bols, który jest dystrybutorem żubrówki na Węgrzech.

Rok temu zabrałem do parku gości z Holandii by pokazać im żubry. Tych jednak tam nie było – okazało się, że nie czuły się dobrze w niewoli, nie chciały się rozmażać więc w 2014 roku przeniesiono je do parku narodowego Körös-Maros, gdzie, jak mnie poinformowano w vadasparku, żyje im się dobrze i się rozmnażają.

To jednak nie koniec historii bo żubry w tej chwili żyją też w parku narodowym w
Őrség. To stado pochodzi akurat ze Słowacji, trafiło ono tam w 2017 roku.

Park narodowy Körös-Maros leży na samym wschodzie Węgier a Őrség przy granicy austriackiej. Żubry więc oddalone są od siebie tak bardzo jak to tylko możliwe na Węgrzech. Może kiedyś na tyle się rozmnożą, że będzie można spotkać je na całym terytorium kraju? Przestałyby wtedy być „polskim” zwierzęciem, ale nie byłoby czego żałować.

zubr2

Radio Polonia Węgierska – 11. odcinek podcastu/ po pierwszej turze wyborów prezydenckich

W najnowszym odcinku audycji mówię przebiegu pierwszej tury wyborów prezydenckich w Budapeszcie.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 07:49
3. Jeż Węgierski w eterze czyli felieton radiowy Jerzego Celichowskiego – 17:45
4. Prezentacja laureatów nagród polonijnych z okazji Dnia świętego Władysława – 24:17
5. Rozmowa z ks. Krzysztofem Grzelakiem, proboszczem nagrodzonej Nagrodą św. Władysława polskiej parafii personalnej w Budapeszcie – 33:20
6. Książka na Głos – 01:01:08
7. Urywki historii – 01:06:02
8. Pożegnanie – 01:11:18

radiopoloniawegierska1-1

Zakończyła się właśnie pierwsza tura wyborów prezydenckich. W Budapeszcie wygrał ją zdecydowanie Rafał Trzaskowski, który zdobył ponad 47% głosów, drugie miejsce zajął urzędujący prezydent Andrzej Duda otrzymując ponad 22% głosów.

To odwrotność sytuacji w Polsce, gdzie kandydat PiS-u zwyciężył. Nie pierwszy raz tak się dzieje, że zwycięża kandydat Platformy. W poprzednich wyborach prezydenckich Bronisław Komorowski wygrał z Andrzejem Dudą różnicą ponad 20% a przedtem, w 2010 roku, również z Jarosławem Kaczyńskim, tym razem już różnicą 34% głosów. Jak wiadomo, choć Komorowski wygrał z Kaczyńskim także w Polsce, to jednak Dudzie pięć lat temu uległ.

To jest tutaj trend. Wyborcy w Budapeszcie preferują szeroko rozumiany obóz PO nie lubiąc specjalnie PiS-u. Platforma wygrywa tutaj nawet wtedy kiedy w Polsce bierze baty. Stosunkowo dobrze wypadają kandydaci lewicy: w ostatnich wyborach europejskich kandydaci Wiosny dostali więcej głosów niż kandydaci Prawa i Sprawiedliwości.

Ciekawostką jest fakt, że Jacek Rostowski, długoletni minister finansów z PO, na stanowisko trafił z Budapesztu gdyż to tu wtedy pracował na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim czyli CEU.

Relatywnie stabilna jest liczba głosujących. Zwykle to ponad 500 osób, rzadko więcej (w poprzednich wyborach prezydenckich w drugie turze padło niemal 700 głosów) tylko w ostatnich wyborach parlamentarnych w głosowaniu wzięło niespodziewanie ponad 1700 osób – mówi się o autokarach turystycznych, które przywiozły wyborców wracających skądś z wakacji.

W tym kontekście warto przypomnieć, że w wyborach mniejszościowych na Węgrzech na samorząd krajowy padło ostatnio 2014 głosów. Mimo faktu, że w jakiejś tam części oddali je zaprzyjaźnieni Węgrzy, z grubsza taka jest zapewne liczba społecznie zaangażowanych Polaków z obywatelstwem węgierskim.

Tak więc na Węgrzech mamy nieco ponad 500 osób z polskimi paszportami i ciut ponad 2000 Polaków z węgierskimi paszportami, którzy angażują się w sprawy publiczne poprzez udział w wyborach. To niespecjalnie dużo, ale tylu nas tu jest.

Zakazane kontakty

Książka Miklósa Mitrovicsa pod tym tytułem (Tiltott kapcsolat) nie jest pierwszą pozycją zajmującą się tematyką współpracy polskiej i węgierskiej opozycji demokratycznej w czasie socjalizmu (mam tu na myśli przede wszystkim książkę pt. Węgierski łącznik) ale jest to zdecydowanie pierwsze profesjonalne, niewybiórcze opracowanie tego zagadnienia. Dodam od razu, dla mnie bardzo udane.

Okładka książki, ciekawostka: zdjęcie pochodzi z fortepanu.

Okresem, którym zajmuje się autor są lata 1976-89 kiedy to po podpisaniu w Helsinkach Aktu końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w roku 1975, w Europie wschodniej pojawiły się próbujące oficjalnie działać opozyjne organizacje.

Pod tym względem Polska przez cały ten czas wyprzedzała Węgry pod wieloma względami: opozycja była lepiej zorganizowana, miała silną ofertę programową, operowała lepszą techniką no i rzecz jasna, zwłaszcza po sierpniu 1980 roku, cieszyła się dużo bardziej masowym poparciem. Nic dziwnego, że dla opozycyjnie nastawionych Węgrów stanowiła wówczas model do naśladowania.

Pierwszym zapewne aktem współpracy był udział Tibora Pakha w głodówce w kościele w Podkowie Leśnej, która miała miejsce jeszcze przed strajkami sierpniowymi w 1980 roku. W tym kościele zresztą parę lat później odsłonięto tablicę upamiętaniającą powstanie 1956 roku.

Węgrzy jeździli do Polski by odetchnąć wolnością, odwiedzali biura Solidarności, kiedy ta działała jeszcze legalnie, brali udział w pielgrzymkach do Częstochowy czy też mszach podczas wizyt Jana Pawła II. Grupa Węgrów wzięła też udział w pogrzebie księdza Popiełuszki.

Nawiązywali kontakty, uczyli się polskiego. Uczyli się też praktycznych technik opozycyjnych czyli przede wszystkim drukarstwa. Historia węgierskiej bibuły zaczyna się w zasadzie od wizyty Gábora Demszkyego w Polsce w 1981 roku, kiedy nauczył się on różnych technik drukarskich. Przedtem nieregularne publikacje przepisywane na maszynie zastąpiły wówczas wyższe nakłady oraz regularne wydawnictwa.

W niezależnych węgierskich publikacjach często pojawiała się tematyka polska. Pisano o tym co się w Polsce dzieje, na przykład po śmierci księdza Popiełuszki pojawiło się dużo materiałów z tym związanych, pojawiały się sprawozdania odnośnie polskich debat w kręgach opozycji, wiele tekstów, w tym i książek, tłumaczono. Gazetka Hírmondó (Wiadomości) miała tytuł pisany solidarycą z flagą węgierską nad literami.

Ważny był wpływ programowy z Polski. Tekst Adama Michnika pt. Nowy ewolucjonizm, który nawoływał do budowania niezależnych instytucji społeczeństwa obywatelskiego zamiast prób obalania władzy komunistycznej głęboko wpłynął na sposób myślenia i działania węgierskiej opozycji.

Z Polski tutejsi opozycjoniści czerpali konkretne pomysły do działalności takie jak poniedziałkowy wolny uniwersytet, którego spotkania odbywały się po domach na wzór latającego uniwersytetu w Polsce czy też niezależne związki zawodowe, które tworzono tu pod koniec lat 80-tych.

Warto pamiętać o roli polskiego przykładu w powstaniu Fideszu. Viktor Orbána napisał pracę dyplomową z polskiej Solidarności, Mitrovics zresztą ją w książce szczegółowo omawia. Wacław Felczak zachęcał młodych działaczy skupionych wobec obecnego premiera Węgier do założenia partii opozycyjnej. Nie raz odwiedzali oni zresztą Polskę a na swoich kongresach podejmowali gości z Polski.

Negatywem kontaktów opozycji była współpraca na poziomie władz. Ekipa Jaruzelskiego wypytywała węgierskie oficjalne delegacje o ich doświadczenie kadarowskiej normalizacji. Polska bezpieka, na prośbę swoich węgierskich odpowiedników, śledziła węgierskich opozycjonistów podczas ich wizyt w Polsce. Kiedy trzeba poddawała ich szykanom, na przykład wydalając z kraju. Działało też w drugą stronę: Wojciecha Maziarskiego wydalono z Węgier po niezależnych koloniach dla dzieci z Polski zorganizowanych przez tutejszych opozycjonistów.

Na tych koloniach chciałbym się na chwilę zatrzymać. Zorganizowano je w 1981 roku jako gest solidarności z Polakami, niejako w nawiązaniu do pomocy udzielanej przez Polaków w 1956 roku a także kolonii dla węgierskich dzieci, które odbyły się w Polsce w 1957 roku. Początkowo organizatorzy zwrócili się do węgierskiego Czerwonego Krzyża by ten otworzył konto do wpłat na rzecz Polaków w potrzebie. Gdy ta organizacja odmówiła powołując się na to, że nie dyskryminuje nikogo na podstawie pochodzenia, opozycjoniści sami wzięli się za organizację kolonii.

Przez zbiórkę społeczną zebrano 80 000 forintów, co było wówczas znaczną kwotą. Prowadzących zbiórkę zaskoczył pozytywny odzew, obawiano się niechęci do Polaków spowodowanej przez antypolską propagandę rządową.

Nawiązano kontakty z regionem Solidarności Mazowsze. Tam wybrano ubogie dzieci, które miały pojechać na kolonie. Zwykle nie były one dotąd nigdzie na wakacjach. Przed samym wyjazdem okazało się, że potrzebne są dla nich imienne zaproszenia od prywatnych osób, udało się je zdobyć. Na Węgrzech spędziły one okres 10-16 czerwca.

Kolonie odbyły się w letnim domu Tamása Erőssa i Jánosa Kende w leżącej nad Balatonem wsi Kékkút. W ich trakcie regularnie odbywały się kontrole węgierskiego sanepidu. Mimo tych szykan dzieci chodziły na plażę, grały w piłkę, brały udział w wycieczkach. Węgierski bard Tamás Cseh dał dla nich minikoncert. Na koniec dzieci odwiedziły Budapeszt.

W organizację kolonii najbardziej zaangażowani byli Gábor Demszky, György Krassó, Ottilia Solt, Grácia Kerényi, Miklós Haraszti i Katalin Gyarmati. W ich trakcie dla dzieci gotowali Miklós Sulyok, Géza Buda oraz György Petri (Miklós Sulyok i dziś zajmuje się gastronomią, prowadzi znakomitą restaurację M na ulicy Kertész).

Drugą próbę zorganizowania kolonii podjęto po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Tę próbę storpedował węgierski Czerwony Krzyż, udało się natomiast zebrać znaczną pomoc materialną (pieniądze, odzież, żywność, środki czystości), którą przesłano do Polski koleją.

Kolejna próba, podjęta w lecie 1982, zakończyła się niepowodzeniem: wybrano grupę ubogich polskich dzieci, w gotowości były czekające na ich przyjęcie rodziny węgierskie ale w ostatniej chwili władze polskie przeszkodziły wyjazdowi uniemożliwiając kupno biletów. Następną próbę wyjazdu zablokowano zatrzymując studentkę, która wiozła ze sobą imienne zaproszenia dla dzieci. W końcu zebrano środki wykorzystano na kolonie dla dzieci zorganizowane na Mazurach.

Co ciekawe i ważne, współpraca opozycji demokratycznej w obu krajach nie opierała się na tradycyjnej przyjaźni polsko-węgierskiej ale na wspólnocie wartości. Tym niemniej ta współpraca wpisała się w historię polsko-węgierskich stosunków nie mniej niż te wydarzenia, które z przyjaźnią między dwoma narodami zwykle kojarzymy. I to mimo tego, że cała opozycja węgierska liczyła wówczas wszystkiego kilkaset osób – tym większy szacunek dla nich.

w Budapeszcie wygrywa Trzaskowski

Są wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich w komisji wyborczej w Budapeszcie.

głosówprocent
BIEDROŃ Robert406.15%
BOSAK Krzysztof446.77%
DUDA Andrzej Sebastian14722.62%
HOŁOWNIA Szymon Franciszek9314.31%
JAKUBIAK Marek00.00%
KOSINIAK-KAMYSZ Władysław Marcin121.85%
PIOTROWSKI Mirosław Mariusz30.46%
TANAJNO Paweł Jan10.15%
TRZASKOWSKI Rafał Kazimierz30747.23%
WITKOWSKI Waldemar Włodzimierz20.31%
ŻÓŁTEK Stanisław Józef10.15%

Oddano 650 ważnych głosów, jest to mniej więcej taka frekwencja jak zwykle. Protokół komisji do obejrzenia tu.

Tradycyjnie już jest to wysokie zwycięstwo kandydata Platformy Obywatelskiej i słaby wynik kandydata PiS-u. W poprzednich wyborach prezydenckich Bronisław Komorowski wygrał w Budapeszcie w pierwszej turze (zobacz tu i tu).

W porównaniu z Polską nieźle poszło Biedroniowi, czyli budapeszteńska lewica się trzyma. Rezultaty pozostałych kandydatów nie odbiegają od ich wyników w Polsce.

Orgia

Kiedy parę miesięcy temu burmistrz XII dzielnicy Zoltán Pokorni publicznie przyznał, że jego dziadek był strzałokrzyżowcem (nyilasem), który brał udział w masowych morderstwach to wyznanie odbiło się szerokim echem. Powiedział wtedy:

Nie chcę bronić dziadka ani szukać dla niego usprawiedliwienia.

W odniesieniu do historii Holocaustu na Węgrzech uważam, że niemiecka okupacja nie była tu usprawiedliwieniem, co najwyżej wymówką. Ofiary były Węgrami i zdecydowana większość morderców również była Węgrami. Trudność powoduje to, że traktujemy to jako problem żydowski […]. Jeśli tak myślimy to podtrzymujemy ten podział, którego dokonano w latach 20-tych, 30-tych, 40-tych. Przełammy to, w ofiarach zobaczmy braci, towarzyszy, współobywateli. I w mordercach nie dostrzegajmy tylko zabójców, ale zauważmy też jak z kogoś robi się morderca. Jestem tu by powiedzieć: jesteśmy razem w bólu, we współczuciu.

Nieprzypadkowo te słowa zrobiły wrażenie. Do takiego podejścia do tego, co robili tu strzałokrzyżowcy ani wśród nich samych ani wśród ich potomków nie jesteśmy przyzwyczajeni. Tu na ten temat panuje cisza, brak wyrazów skruchy czy też poczucia winy.

To stało się jednym z powodów, dla których Gábor Zoltán napisał Orgię. Ta powieść dokumentalna opisuje działalność organizacji nyilasów w XII dzielnicy Budapesztu – tej właśnie gdzie burmistrzem jest Pokorni – pod koniec 1944 i na samym początku 1945 roku. Tytułowa orgia to amok nienawiści i przemocy, także seksualnej.

W szeregu wywiadów autor tak opsiywał inspiracje do napisania powieści. „Wciąż mam to poczucie, że nic nie zostało zamknięte w 1945 roku, i że od jakiegoś czasu wracają z coraz większą mocą tendencje lat 20-tych, 30-tych, 40-tych.” „Trzeba powiedzieć, że terror strzałokrzyżowców czy też nawet Auschwitz nie spowodowały traumy u Węgrów.” Podkreśla, że nawet po upływie wielu lat nyilasowie nigdy nie wyrażli skruchy za swoje czyny.

Choć nie mówi tego wprost to czuje się, że Orgię napisał by wstrząsnąć społeczeństwem, szokiem obudzić zmusić je do spojrzenia w lustro. I chyba mu się to częściowo przynajmniej udało, o czym świadczy popularność książki.

W powieści strzałokrzyżowcy występują pod swoimi nazwiskami. Wspomniany jest tam też dziadek Pokorniego (na stronach 66, 101, 267, 272 i 277). To co robią i mówią oparte jest na dokumentach. Zoltán mówi, że wszystko pisał tak by mógł to potem bronić w sądzie choć do tej pory nikt go za książkę nie pozwał.

A opisuje rzeczy straszne. Nyilasowie w tym okresie, mimo że trwało oblężenie Budapesztu i odgłosy walk było nieustannie słychać, zajmowali się łapaniem Żydów i innych podejrzanych jednostek oraz rabunkiem, wszystko w patriotycznej otoczce.

Złapane osoby torturowano, istniała reguła dwudziestu minut, którym, co najmniej, miano poddać wszystkich, wliczając w to i dzieci. Tortury były wymyślne, szacunek wewnątrz grupy zdobywało się tworząc nowy sposób męczenia. Regułą były udręka z elementami seksualnymi, gwałty były normą. Celem było odebranie ofiarom godności, poniżenie ich w maksymalnym stopniu.

W torturach udział brali nie tylko mężczyźni ale i kobiety. A także były zakonnik, który w dalszym ciągu chodził we franciszkańskim habicie i wygłaszał płomienne, zagrzewające do walki kazania w kościele, perwersyjny ojciec András Kun.

Żydów zwykle na końcu mordowano. Prowadzono ich nad Dunaj i tam rozstrzeliwano, ciała wpadały do wody, bywało, że mordowano ich blisko miejsca ich uwięzienia i tortur. „Ciotka Erzsi czekała na nich z kolacją, tam ich zawieźliśmy”, tak brzmi typowy dowcip strzałokrzyżowców nawiązujący do mostu Elżbiety (Erzsébet – Erzsi), skąd zrzucano trupy. Autor zresztą włożył wiele wysiłku w jak najdokładniejsze odtworzenie języka nyilasów.

Pomnik Żydów rozstrzeliwanych na brzegu Dunaju przez strzałokrzyżowców

Nie-Żydom niekiedy składano propozycję nie do odrzucenia: mogą przyłączyć się do strzałokrzyżowców i „walczyć o Węgry” albo … Taki los przypadł głównemu bohaterowi książki, Rennerowi. Właściciel małej fabryki wyrobów metalowych ma żonę Żydówkę, kochankę Żydówkę i pomaga Żydom. Zostaje aresztowany, po strasznych torturach zgadza się przyłączyć się do swoich oprawców. To również prawdziwa historia choć zmyślone nazwisko: Zoltán ofiarom zapewnił w książce anonimowość a Rennera, mimo wszystko, za jedną z takich ofiar uznał.

Kim są strzałokrzyżowcy przedstawieni w książce? W większości to niższa klasa średnia, dla nich obecna sytuacja oznacza możliwość rewanżu za poniżenia wynikające z ich pozycji społecznej. Warto przytoczyć tu scenę uroczystego zebrania nyilasów kiedy zaproszona historyczka wygłasza wykład o następującej treści. Przywódca strzałokrzyżowców Ferenc Szálasi wypełnia przesłanie Györgya Dózsy, który w XVI wieku przewodził rewolcie chłopskiej skierowanej przeciwko magnaterii. Osiemnastowieczni Kurucowie walczyli przeciwko panom szkodzącym swojemu narodowi i barbarzyńskim wrogom. Franciszkanie zagrzewali lud do walki – inne zakony daleko były od prostych ludzi. Tak jest i dziś, to franciszkanie najgorliwiej przyjęli Szálasiego gdy ten ruszył na objazd kraju. Ukoronowaniem tego jest jego przyjaźń z ojcem Kunem.

W wywiadach Zoltán podkreśla, że uproszczeniem byłoby zrównywać nyilasów z plebsem. Mieli poparcie w różnych kręgach społecznych. W relatywnie wolnych wyborach w 1939 roku strzałokrzyżowcy zdobyli 15% głosów stając się największą partią opozycyjną. Szereg innych partii zresztą reprezentowało podobnie skrajnie prawicowe poglądy. To nie było ciało obce w społeczeństwie.

Mimo tego, że to książka ważna dla zrozumienia najnowszej historii Węgier, nie doczekała się tłumaczeń na obce języki. Wyjątkiem jest polski: jej fragment ukazał się w Zeszytach Literackich.

Jednym z tego powodów mogą być przerażająco szczegółowe opisy okrucieństwa nyilasów niebezpiecznie zbliżającej się do pornografii przemocy. Problemem może też być bezkrytyczne oparcie książki na dokumentach sądowych, których wiarygodność, jak to wyjaśniła mi zapytana o książkę znajoma historyczna zajmująca się tym okresem, zostawia często dużo do życzenia.

Warto wspomnieć o drugiej książce Zoltána, którą napisał on w zasadzie równolegle z Orgią, chodzi mi o jego Sąsiada (Szomszéd). Jest to w zasadzie duży esej, w którym, z niezwykłą erudycją, opisuje on część XII dzielnicy, w której dorastał a potem mieszkał a która też była terenem działalności grupy strzałokrzyżowców opisanej w Orgii. Autor przedstawia kolejne budynki, ich historię, ich twórców, ich mieszkańców. Opisuje przedstawicieli elit – pisarzy, polityków, architektów – wskazuje na powiązania między nimi. Wyszukuje wśród nich bogato reprezentowanych nyilasów i ich zwolenników (choć nie tylko – tu miał niektóre ze swoich domów dziecka ratujący Żydów Gábor Sztehlo). Przywodzi wydarzenia, w których brali udział. Łączy współczesność z okołowojenną przeszłością.

Odręcznie narysowany plan okolicy, o której mówi książka – to wszystkiego kilka ulic i miejsc

Ciekawostką jest, że pojawia się w niej wątek polski w postaci o. Maksymiliana Kolbego. Przeciwstawiona jest wspomnianemu byłem franciszkaninowi, Andrásowi Kunowi. Najwyraźniej autot nie jest świadom kontrowersji związanych z zarzutami antysemityzmu, które Kolbemu czyniono.

Obie książki konfrontują czytelnika z kwestią roli strzałokrzyżowców w historii Węgier. Zoltán argumentuje, że nie był to przypadkowy epizod, pokazuje ich zakorzenienie w społeczeństwie, wskazuje na poprzedników w postaci oddziałów siejących biały terror po krótkotrwałym okresie komunizmu na Węgrzech zaraz po pierwszej wojnie światowej, przypomina powierzchowne tylko rozliczenia, brak skruchy u zbrodniarzy i społeczną amnezję w odniesieniu do tych wydarzeń. To nie był margines, argumentuje. Wydźwięk jest pesymistyczny, autor cytuje Máraia, który w odniesieniu do tego okresu napisał „społeczeństwo pokazało swoją prawdziwą twarz”.

Paradokslanie, może te książki jednak, choćby w niewielkim stopniu, przyczynią się do tego, by Węgrzy zaczęli konfrontować ten fragment swojej historii.

Radio Polonia Węgierska – 10. odcinek podcastu/ zakazane kontakty antysocjalistycznej opozycji

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o książce Miklósa Mitrovicsa pt. Zakazane kontakty.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny – 03:31
3. Autorski przegląd tygodników Roberta Rajczyka – 06:03
4. Jeż Węgierski w eterze czyli radiowy felieton Jerzego Celichowskiego – 15:27
5. Rozmowa tygodnia – Mama na Zanzibarze czyli Katarzyna Werner, dziennikarka TVN24 – 19:56
6. Książka na Głos – 54:59
7. Urywki historii – druga część romansowej opowieści Izabeli Gass – 01:00:03
8. Pożegnanie – 01:03:56

Kiedy przytacza się przykłady przyjaźni polsko-węgierskiej zazwyczaj wspomina się udział Polaków w wiośnie ludów na Węgrzech, pomoc Węgier dla Polski w 1920, przyjęcie polskich uchodźców w 1939, ewentualnie przychylność węgierskich oddziałów wobec Polaków w trakcie powstania Warszawskiego czy też oddawanie krwi dla Węgrów w 1956. Najnowsza książka Miklósa Mitrovicsa pt. Tiltott kapcsolat (Zakazane kontakty) przypomina, że do tej kanonicznej listy powinniśmy na zawsze już dołączyć współpracę opozycji z okresu socjalizmu czyli od końca lat siedemdziesiątych aż do wolnych wyborów w 1990 roku.

Był to okres kiedy dla węgierskich opozycjonistów Polska była absolutnym modelem do naśladowania. Jak Mitrovics opisuje to w swojej książce, jeździli oni tam by odetchnąć atmosferą wolności, bywało, że chodzili z pielgrzymką do Częstochowy, nawiązywali i rozwijali kontakty, zbierali pomysły do działalności, szukali inspiracji programowej, gdy się dało, współpracowali w różnych formach.

Węgierska bibuła początkowo miała nieregularny charakter, teksty przepisywano na maszynie. Po wizycie Gábora Demszkyego w Polsce w 1981 roku, kiedy nauczył się on różnych technik drukarskich, i tu jednak pojawiły się wyższe nakłady oraz regularne wydawnictwa. O polskiej inspiracji świadczył tytuł gazetki Hírmondó (Wiadomości) pisany solidarycą z flagą węgierską nad literami. W bibule dużo miejsca poświęcano tematyce polskiej.

Koncepcja nowego ewolucjonizmu Adama Michnika (należy starać się nie tyle obalać komunistów co budować niezależne instytucje społeczne) w pełni zainspirowała myśl programową opozycji na Węgrzech. Przykładem wdrożenia tego podejścia był poniedziałkowy wolny uniwersytet, którego spotkania odbywały się po domach, też swoją drogą efekt inspiracji latającym uniwersytetem w Polsce.

Niesamowitym dowodem solidarności były kolonie zorganizowane przez tutejszych opozycjonistów dla biednych dzieci z Polski. Odbyły się raz w 1981 roku, próba powtórzenia ich w kolejnym roku nie doszła do skutku dzięki zmasowanym szykanom władz.

Do wspólnych działań należy zaliczyć udział Tibora Pakha w głodówce w kościele w Podkowie Leśnej, która miała miejsce jeszcze przed strajkami sierpniowymi w 1980 roku. W tym kościele zresztą parę lat później odsłonięto tablicę upamiętaniającą powstanie 1956 roku. Warto pamiętać o obronie przez Ruch Wolność i Pokój uwięzionego węgierskiego pacyfisty Zsolta Keszthelyiego.

Także Fidesz powstał częściowo z polskiej inspiracji.Viktor Orbána napisał pracę dyplomową z polskiej Solidarności a Wacław Felczak zachęcał młodych działaczy skupionych wobec obecnego premiera Węgier do założenia partii opozycyjnej.

To rzecz jasna tylko wybrane informacje z tej bogatej książki, za którą powinniśmy być wdzięczni Miklósowi Mitrovicsowi. Byłoby świetnie, gdyby ukazała się też po polsku, to kawałek historii, który warto znać i pamiętać.