Akurat mamy wystawę billboardów ARC na placu 56 roku (Ötvehatasok tere), tym razem jej tytuł to Mi történt velünk (Co się stało z nami, o jednej z poprzednich wystaw ARC było tu). Pisałem już kiedyś, że poza okładkami HVG no i niekiedy Marabu na Węgrzech w zasadzie nie ma inteligentnej karykatury politycznej. Wystawa jest jej najbliższym zastępnikiem, nawet jeśli wiele prac często przejawiaja dużo więcej zawziętości antyrządowej niż subtelności w podejściu, sprawności języka wizualnego czy też po prostu humoru.
Wiele tematów się powtarza. Dużo jest na przykład wariacji na temat trafik (było o nich tu i tu) z ich charakterystyczną estetyką. Ten plakat na przykład nawiązuje trafikowym liternictwem do wyrażenia „Nóż się otwiera”. Plakatów z tekstem „Teatr narodowy” będącym wariacją szyldu „Narodowy sklep tytoniowy” było dwa. Najwyraźniej nie wszyscy autorzy przestrzegali reguły Zoltána Horvátha z HVG „zawsze odrzuć pierwszy pomysł na okładkę bo on przyjdzie do głowy wszystkim”.

Tu wkrótce otworzy się nóż
Poza dosłowną polityką na wystawie dominują dwa inne tematy. Pierwszy to emigracja, którą najwyraźniej autorzy wystawy są zszokowani. Dla przypomnienia: Węgrzy, którzy do niedawna, w porównaniu do innych krajów unijnych przejawiali nadzwyczajnie niskie skłonności do wyjazdu z kraju w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat zaczęli intensywniej emigrować. Odbierane jest to tu, i to zarówno przez rząd jak i społeczeństwo, jako tragedia, wiele plakatów do tego nawiązuje. Na tym plakacie bohater popularnej kreskówki dla dzieci dr. Bubó idzie w stronę odlotów na lotnisku – wśród emigrantów szczególnie dużo jest lekarzy.

Drugim intensywnie eksplorowanym tematem są Węgrzy jako zawistni, źle sobie nawzajem życzący, agresywni gburzy. Prac podejmujących ten problem jest dużo od prostych tekstowych po węgierską tęczę w różnych odcieniach szarości, tablicę z abecadłem ilustrowanym stekiem negatywnego słownictwa po esemesowego smutasa w barwach narodowych. Wszystko, jak przystało, na poważnie, wręcz smutno, zero humoru czy autoironii (a przecież można).

Z czego się tak cieszysz?

„Ten plakat to gówno”-„Jakbym chciał to bym zrobił to lepiej”

węgierska tęcza

A – agresywny, B – buzi (pedał), C – Cygan, D – dyktator, itd.

węgierski uśmiech
Ciekawostką są dwa plakaty z rowaszem, którym zapisano przekaz zupełnie odmienny od nacjonalistycznych tekstów, do których zwykle używa się tego alfabetu. Taka mała i miła próba zakwestionowania zawłaszczenia części dziedzictwa kulturowego przez skrajną prawicę.

PEACE

Wesołej Chanuki!
Najbardziej podobają mi się jednak jeszcze inne plakaty. Pierwszy to węgierska flaga, w której kolory pochodzą z fotografii niedawnych katastrof: wylewu czerwonego szlamu, śnieżycy oraz powodzi (autor Dániel Petró). Bardziej niż przekaz (Węgry jako kraj cierpiący od katastrof – to coś jak fatalistyczny węgierski hymn) urzekł mnie pomysł i jego graficzne, bardzo staranne wykonanie.

Drugi plakat żyd-gej-nazi to bodaj najbardziej inteligentna praca na wystawie (autor Attila Glázer). Mimo formalnej prostoty – trzy fotografie młodego mężczyzny z różnymi fryzurami – wyróżnia się zdecydowanie swym zniuasnowanym, niepokojącym przekazem. Wyczuwam w niej echo sprawy Csanáda Szegediego, wiceprzewodniczącego Jobbiku, który dowiedziawszy się o swoim żydowskim pochodzeniu odszedł z partii i zmienił poglądy.

I dla takich prac warto na wystawę zajrzeć – a otwarta jest ona do 22 września.