Radio Polonia Węgierska 91 / Węgierscy grekokatolicy

Węgrzy wyznania wschodniego? Są tacy i to od dawna. O tym zjawisku mówię w 91 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (14:50).

Węgrzy chętnie operują pojęciem “Słowanie” by podkreślić różnicę między sobą a sąsiednimi krajami. Fakt bycia krajem słowiańskim zakłada istnienie jakiejś szczególnej więzi z innymi słowiańskimi państwami i narodami. Tak też jest w przypadku Polski i Ukrainy: ich szczególna relacja to w dużej mierze efekt przynależności do słowiańszczyzny. W przypadku Węgier takiej wspólnoty nie ma.

Otóż nie jest to do końca tak. Między Węgrami a Ukrainą istnieje więź, której nie ma między Polską a Ukrainą. Chodzi mi o kościół grekokatolicki.

Aczkolwiek organizacyjnie jest to stosunkowo młody kościół na Węgrzech – eparchia (rodzaj biskupstwa w kościołach wschodnich) powstała dopiero w 1912 a bezpośrednią podległość Rzymow kościół uzyskał nie dawniej jak w 2015 roku – to prawosławni, potem grekokatolicy, żyli na Węgrzech już od dawna.

Początkowo byli to Rusini i Rumunii, którzy zasiedlali północno-wschodnie Węgry (do dziś kościół ma tam najwięcej wyznawców), potem dołączyli do nich uciekający przez Turkami Serbowie a w okresie reformacji zaczęli się do niego przyłączać także Węgrzy. Było tak gdy pozostałe bez wygnanych przez protestantów księży parafie wolały przyłączać się do grekokatolików niż do nowych wspólnot protestanckich. Niewiele później w ramach kościoła rozpoczął się ruch na rzecz wprowadzenia języka węgierskiego do liturgii na miejsce staro-cerkiewno-słowiańskiego.

Tak więc kościół, mimo że formalnie nie należy do czwórcy tak zwanych kościołów historycznych, które mają uprzywilejowany status w państwie (katolicki, kalwiński, ewangelicki i żydowski) ma charakter węgierski. Obecnie liczba jego wyznawców mieści się, w zależności od źródła, w przedziale między 200 a 300 tysięcy ludzi. Nie jest to wiele ale też nie jest liczba, którą można pominąć.

Mimo więc tego, że sporo Węgrów podziela wyznanie z Ukraińcami, na Węgrzech brak jest świadomości tego. Nie słyszy się by ktoś nawoływał do solidarności z Ukrainą bo żyją tam „bracia we wierze”. Nikt nie przypomina tego faktu.

Nie jest to zaskakujące. W każdej sytuacji można się odwoływać do tego co łączy – lub do tego co dzieli. Zawsze i to i to się znajdzie.

Sobór Zaśnięcia Matki Bożej przy placu Petőfiego w Budapeszcie, źródło: wikipedia

Radio Polonia Węgierska 90 / Budapeszt turystyczny i ten drugi

Zwiedzając Budapeszt zobaczycie inne miasto, niż to, w którym mieszkam. O tym jest mój najnowszy tekst w podcaście Radio Polonia Węgierska (15:45)

Zauważyłem, że choć bardzo interesuje mnie Budapeszt to jednak ciekawszy jest dla mnie chiński rynek na Kőbányi niż jarmark świąteczny na placu Vörösmarty, większą ochotę na kawę mam w barze Kisüzem, niż w kawiarni New York czy nawet w romkocsmie Szimpla kert, z łaźni wolę Lukácsa od Széchenyego, jeśli idę na rynek to raczej na Hunyadi tér niż do wielkiej hali targowej, zamiast zwiedzania autobusowego po trasie zamek-góra Gellérta-parlament-Bazylika-plac Bohaterów wybrałbym przechadzkę po ósmej dzielnicy.

Innymi słowy, typowo turystyczne atrakcje miasta, które przyciągają tu tylu odwiedzających, mnie niespecjalnie obecnie ruszają.

Nie chodzi tu rzecz jasna tylko o mnie. Tak to chyba wszędzie jest, że to, co przyciąga turystów często jest dość obojętne dla stałych mieszkańców danej miejscowości. Co więcej, bywa, że im bardziej jakieś miejsce przyciąga turystów tym bardziej odpycha miejscowych.

Być tak może, bo w okolicy pojawiają się „turystyczne” czyli wysokie ceny, bo miejscowe restauracje szykują wyłącznie ofertę dla turystów, dajmy na to, zupę gulaszową z Cyganem z czerwonej kamizelce grającym do ucha, bo z powodu autokarów nie ma jak tam się dostać, albo też ponieważ w okolicy kupić można wyłącznie pamiątki a nie rzeczy potrzebne na codzień.

Takim przykładem w Budapeszcie jest zamek, jedna z najpiękniejszych części miasta, w której spotkać można niemal wyłącznie turystów.

Odwiedzając dane miejsce po raz pierwszy na ogół zachowujemy się jak turyści, kiedy w nim zamieszkamy, chcąc nie chcąc, przyjmujemy logikę lokalsów.

Ciekawe jak obok siebie istnieją te dwie wersje tego samego miasta, jedna dla turystów a druga dla miejscowych. Nie mają zbyt wiele punktów stycznych. Tę pierwszą opisują przewodniki, tę drugą każdy odkrywa sam dla siebie.

Ciekawe też jak ludzie przyjeżdzający „poznać miasto” ograniczają się do zwiedzania turystycznych atrakcji jakby ta turystyczna wersja stanowiła całą prawdę o danym miejscu. A przecież tyle innych rzeczy czeka tam na odkrycie.

Tego nie znajdziecie w przewodnikach

Radio Polonia Węgierska 89 / Dracula był Węgrem

Tak, tak, Dracula też, mówię o tym w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (15:00).

Dracula był Węgrem.

Nie chodzi mi tu o jego siedmiogrodzkie pochodzenie ale o to, że w kulturze popularnej nikt nie uosabia go lepiej niż węgierski aktor Béla (Bela) Lugosi.

Lugosi w zasadzie nazywał się Blaskó, pseudonim artystyczny przyjął od miejsca urodzenia, siedmiogrodzkiego miasta Lugoj, po węgiersku Lugos.

Urodził się w 1882 roku a karierę aktorską zaczął w 1902 roku. Początkowo występował w teatrach ale od 1917 roku doszły do tego nieme filmy.

Z powodu aktywności związkowej w okresie rewolucji komunistycznej na Węgrzech musiał opuścić kraj w 1919 roku. Udał się do Niemiec gdzie zagrał w kilku filmach. Wkrótce jednak przeniósł się do Stanów Zjednoczonych.

W 1927 roku w sztuce wystawianej na Broadwayu zagrał Draculę. Sztuka odniosła wielki sukces, zarówno komercyjny (261 przedstawień w samym Nowym Jorku, do tego doszło potem turne po całym kraju) jak i artystyczny. W 1931 roku zagrał Draculę w filmie pod tym samym tytułem. Film również okazał się wielkim sukcesem ale zarazem przypieczętował los Lugosiego.

Mimo wielu wysiłków nie udało mu się wyrwać z szufladki aktora od horrorów. Późniejsza rola Igora w Synie Frankensteina wpisała się w ten trend. Jego sytuacji nie ułatwiał fakt, że po angielsku mówił z ciężkim węgierskim akcentem. Draculę Lugosi grał z minimalną charakteryzacją: Lugosi był Draculą.

Według samego aktora, Draculę grał on na scenie tysiąc razy. Kiedy umarł, pochowano go w takiej pelerynie w jakiej grał Draculę w filmie. Tak zdecydowała jego rodzina, bardziej odpowiedniego stroju nie dałoby się jednak wymyślić.

Bela Lugosi jako Dracula w filmie z 1931 roku, źródło: wikipedia

Utwór zespołu Žagar pt. Mr. Lugosi. W kawałku wykorzystano nagranie Lugosiego ze wspomnianym „ciężkim, węgierskim akcentem”

Radio Polonia Węgierska 88 / Zastanawiający pomnik Hanny Szenes

Hanna Szenes to niezwykła postać a jej niedawno odsłonięty pomnik skłania do zadawania niewygodnych pytań. O tym mówię w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (18:55)

Niedawno odsłonięty pomnik Hanny Szenes nie jest jej pierwszym upamiętniem w mieście bo jej mini-pomnik wykonał wcześniej Mychajło/Mihály Kołodko, jej imieniem nazwano też niewielki placyk w siódmej dzielnicy. ale ten pomnik jest najbardziej znaczący i prowokujący do pytań wykraczających poza postać samej Hanny Szenes.

Była ona węgierską Żydówką. Wyemigrowała do Palestyny w 1939, gdzie pracowała w kibucu oraz wstąpiła do żydowskiej podziemnej organizacji wojskowej Hagana (Palestyna znajdowała się wówczas pod kontrolą brytyjską). W 1943 roku wstąpiła do brytyjskiej armii, trafiła tam do Special Operations Executive – agencji do działań dywersyjnych na terenie okupowanej Europy. W sumie do tej agencji zwerbowanych było siedemnastu węgierskich Żydów.

W 1944 roku zrzucono ją wraz z kilkoma towarzyszami do Jugosławii. Mieli wspomagać działania partyzantów oraz w miarę możliwości podjąć działania w celu ochrony żyjących jeszcze węgierskich Żydów. Niestety, złapano ją podczas przekraczania granicy węgierskiej. Mimo tortur nie podała kodów do radia, które przy niej znaleziono ani szczegółów misji. Rozstrzelano ją w Budapeszcie 7 listopada 1944 roku.

W Izraelu od lat jest bohaterską. Wiersze, które pisała, omawiane są w szkołach. Na Węgrzech, do niedawna, była nieznana. Nowy pomnik pewnie pomoże to częściowo nadrobić.

I tu właśnie pojawiają się pytania. Bo Hanna Szenes była członkiem armii będącej w stanie wojny z Węgrami, innymi słowy, była zdrajcą, wrogiem. Jak można wrogowi oficjalnie stawiać pomnik?

Można jeśli się dawną wojnę przewartościuje (ktoś był może wrogiem ale racja była po jego stronie), Węgry tego jednak dotąd nie zrobiły. Ocena udziału Węgier w wojnie nie jest przedmiotem dyskusji. Przyznając, że Węgry ją przegrały unika się zajęcia pozycji wobec tej kwestii. Ten pomnik wiele tu nie zmieni, pokazuje tylko nieco schizofreniczne podejście do niej.

A takich postaci jak Hanna Szenes jest więcej. Poza jej towarzyszami z Palestyny jest przecież paru węgierskich naukowców, którzy wzięli udział w tworzeniu bomby atomowej, jest Pál Ignotus, dziennikarz sekcji węgierskiej BBC w czasie wojny, jest służący w armii amerykańskiej pisarz György Faludi i szereg innych. To i dziś zdrajcy i wrogowie czy też może stali po słusznej stronie? A może najprościej dalej tymi pytaniami się nie zajmować.

Pomnik Hanny Szenes na placu Széna, źródło: Wikipedia
Pomnik Hanny Szenes autorstwa Mychajło/Mihály Kołodki na placyku jej imienia w siódmej dzielnicy, źródło: Köztérkép

Węgrów Ukraina mało obchodzi

Z przeprowadzonego w czerwcu i lipcu badania opinii publicznej [HU] w Bułgarii, Czechach, Polsce, Rumunii, Słowacji i na Węgrzech wyłania się obraz obojętności wobec wojny w Ukrainie i braku sympatii wobec Ukraińców na Węgrzech w porównaniu do pozostałych krajów objętych badaniem.

Tutaj 36% respondentów – najwięcej w całym regionie – uważa, że Ukraina powinna się poddać (w Polsce jest to 8%).

Podobnie w całym regionie to na Węgrzech najmniej ludzi rozmawia o wojnie – 85% wobec 95% w Polsce.

Najmniej jest też popierających opinię, że Zachód powinien więcej zrobić dla poparcia Ukrainy – 21% wobec 69% w Polsce.

W odniesieniu do wszystkich tych pytań Węgry i Polska zajmują pozycje na dwóch krańcach skali. Widać, że oba kraje różni nie tylko polityka rządów ale i poglądy społeczeństw.

Tyle, że na Węgrzech, moim zdaniem, te poglądy w dużej mierze kształtuje propaganda rządowa.

Graffiti w wykonaniu anonimowego twórcy, któremu wojna w Ukrainie nie jest chyba obojętna.

Radio Polonia Węgierska 87 / Węgry a historia muzyki rockowej

Węgrzy nie tylko wynaleźli, jak wszyscy to wiemy, długopis, wodę sodową i centralę telefoniczną ale również odcinęli swoje piętno na muzyce rockowej. O tym mówię w 87 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (24:05).

Jak to w Europie wschodniej bywa, także w przypadku Węgier karierę światową zrobić można w zasadzie dopiero opuściwszy rodzinny kraj. Przykładów jest masa, weźmy choćby noblistów – z fizyki Jenő (Eugene) Wignera, z chemii Györgya (George) Olah, z ekonomii Jánosa (Johna) Harsányego, twórcę Excela Károlya (Charles) Simonyego, współkonstruktora bomby wodorowej Ede (Edwarda) Tellera, wybitnego matematyka Jánosa (Johna von) Neumana, i tak dalej. Oczywiście były i wyjątki jak Albert Szent-Györgyi, który Nobla z medycyny otrzymał jako mieszkaniec Węgier czy też Imre Kertész, laureat Nobla z literatury, który podobnie żył na Węgrzech, ale to raczej potwierdzenie powyższej reguły.

Mniej znana jest postać węgierskiego muzyka, który zapisał się trwale w historii rocka. (OK, może dziwnym się wydaje porównywanie fizyki atomową do muzyki rockowej, ale kultura też jest ważna!) Chodzi o Tamása (Thomasa) Erdélyiego czy też Tommyego Ramone z legendarnego amerykańskiego zespołu punkowego The Ramones. Erdélyi grał tam na perkusji, był także producentem szeregu płyt grupy.

Erdélyi mieszkańcem Węgier nie był długo. Urodził się w 1949 roku w rodzinie żydowskiej – rodzice, zawodowi fotografowie, Holocaust przeżyli ukrywani przez sąsiadów – a kraj opuścił w trakcie rewolucji 1956 roku. Rok później trafił do Stanów Zjednoczonych, zamieszkał z rodziną w okolicach Nowego Jorku. W szkole średniej zaczął grać w zespole the Tangerine Puppets, tam poznał się z kolegą, z którym później zakładali the Ramones.

Początkowo Erdelyi miał być managerem ale kiedy okazało się, że grupa nie może znaleźć perkusisty, który wytrzymywałby tempo ich kawałków, sam usiadł do bębnów.

Na perskusji grał w latach 1974-1978, później zrezygnował powołując się na zbyt męczące trasy koncertowe, pozostał jednak producentem płyt zespołu. Umarł w 2014 roku.

W 2002 roku the Ramones doznali honoru umieszczenia na liście Rock and Roll Hall of Fame. Erdelyi jest tam, przynajmniej dotychczas, jedynym muzykiem węgierskiego pochodzenia. Dla fanów rocka to jakby dostał Nobla.

The Ramones, nasz bohater to ten pierwszy z prawej, źródło: The Rolling Stone

The Ramones gra

Radio Polonia Węgierska 86 / czemu węgierscy pisarze nie piszą o Polsce

Powstało parę świetnych książek, w których polscy pisarze opisują Węgry ale brak takich książej o Polsce po stronie węgierskiej. O tym opowiadam w 86 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (31:10).

Czytam sobie ostatnio Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka delektując się opisami węgierskiej, choć nie tylko, prowincji, po której Stasiuk włóczy się pijąc masę kawy, palinki czy też jej innych lokalnych odpowiedników, paląc podłe papierosy, podróżując przeróżnymi środkami lokomocji no i wdając się w bezpośrednie kontakty z ludźmi tam żyjącymi. Nie będąc tam mogę dzięki tej książce tych miejsc doświadczyć, dowiedzieć się czegoś o nich, poznać ich klimat – a może nawet się nimi głębiej zainteresować.

Nie tylko Stasiuk tak pisze o Węgrzech. Czytając książki Krzysztofa Vargi – Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą, Langosz w jurcie – można sobie podumać o duszy węgierskiej i węgierskich kulinariach. Via Carpatia Szczerka to z kolei powstała w stylu gonzo relacja z podróży tropami węgierskiego nacjonalizmu i resentymentu.

Tak więc po Węgrzech można sobie popodróżować nie ruszając się z wygodnego fotela.

Zastanowiło mnie jak wygląda sytuacja z drugiej strony, czyli na ile podobnych pozycji mogą liczyć węgierscy czytelnicy.

Symetrii nie ma. Podobnych reportaży literackich nie ma w ogóle. Z tematów polskich jest nieco książek Istvána Kovácsa o udziale Polaków w powstaniu 1848 roku, kilka pozycji o kontaktach polsko-węgierskich: współpracy opozycji demokratycznej w obu krajach w latach 80-tych czy też legendarnych podróżach młodych Węgrów autostopem po Polsce w latach 60-tych oraz 70-tych. Poza tym nic.

Żałuję tego z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz jasna, szkoda, że Węgrzy nie mają możliwości takich fotelowych podróży po Polsce jak Polacy po Węgrzech. A po drugie to ciekaw jestem jak węgierscy autorzy widzieliby Polskę, co zwróciłoby ich uwagę, co zdziwiło, co zniesmaczyło, a co może by rozśmieszyło. Zazwyczaj sporo można się dowiedzieć o sobie od takich obserwatorów z zewnątrz.

Tyle wydaje się środków na pielęgnowanie przyjaźni polsko-węgierskiej, a nuż znalazłoby się coś na kilka stypendiów na napisanie przez węgierskich pisarzy podobnych książek o Polsce. Tyle, że nie wolno byłoby oczekiwać od nich lukrowanego obrazu kraju – to nie byłoby dla nikogo interesujące.

kilka krzywo ułożonych wspomnianych książek, wśród nich nawet jedno tłumaczenie na węgierski

Radio Polonia Węgierska 85 / wielki mistrz mini-pomników

Tego artysty nie sposób nie lubić. Tworzy mini-rzeźby i mini-pomniki, umieszcza je w przestrzeni publicznej, nie zawsze dbając o odpowiednie zezwolenia. O nim mówię w 85 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (16:30).

Sto osiemdziesiąt pomników w pięćdziesięcu czterach miastach pomimo relatywnie młodego wieku (44 lata). Styl na tyle charakterystyczny, że nawet dyletanci rozpoznają bezbłędnie autora. I to wszystko mimo faktu, że mowa jest o imigrancie świeżej daty.

Prace tego artysty można oglądać przede wszystkim w Użhorodzie w Ukrainie ale jest ich dużo też w Budapeszcie co jest reprezentatywne dla jego związków z obu miastami i krajami: Michail, Mychajło albo też Mihály Kołodko ma korzenie węgiersko-ukraińskie i w 2017 roku przeniósł się z rodzinnego Użhorodu do Budapesztu.

Choć jako rzeźbiarza w pierwszym rzędzie interesowały go monumentalne pomniki, z czasem uznał, że w nowych czasach nie można zdawać się na państwowe z natury rzeczy zamówienia na tego rodzaju prace. Dodajmy do tego ograniczenia materialne, których doświadczał jako niezależny twórca i widać już jak narodziła się jego koncepcja rzeźbiarstwa partyzanckiego. W ramach tej formy street artu tworzy on i rozmieszcza w przestrzeni publicznej mini-rzeźby czy też mini-pomniki nie uzyskując dla tego żadnych zezwoleń.

Forma tych prac początkowo wywoływała kontrowersje ale obecnie są one szeroko akceptowane i traktowane jako część kolorytu danej miejscowości. Informacje o nowych rzeźbach Kołodki są regularnie zamieszczane w mediach.

Jeśli wzbudzają dziś kontrowersje to raczej swoją treścią bo Kołodko nie tworzy wyłącznie postaci z bajek czy słodkich zwierzaków ale też rzeźby o niekiedy wyraźnej treści politycznej. Kiedy na placu Szabadság, gdzie znajduje się pomnik żołnierzy radzieckich, umieścił on wojskową uszankę na poduszce koronacyjnej, pewien skrajnie prawicowy polityk rozbił rzeźbę siekierą a pozostałości wrzucił do Dunaju. Rzeźbiarz odpowiedział umieszczając tam rzeźbę siekiery na takiej samej poduszce.

Niedawno nabrzeże Dunaju wzbogacił jego pomnik wojny rosyjsko-ukraińskiej. Na trawniku przy promenadzie Moskiewskiej (Moszkva sétány) pojawił się ozdobiony tryzubem środkowy palec z kamienia formując jednoznaczny gest. Na jego szczycie znajduje się okręt wojenny ozdobiony twarzą Putina, zważywszy na lokalizację, można przypuszczać, że chodzi o ten okręt, którego obrońcy wyspy Wężów posłali w wiadome miejsce.

Śladami rzeźb Kołodki można zwiedzać Budapeszt – jest ich tu niemal czterdzieści (mapa tu). Moja ulubiona to cesarz Franciszek Józef śpiący na balustradzie mostu Szabadság. Ale, że jedna z jego rzeźb znajduje się w Kielcach a inna w Przemyślu, to zwiedzanie można rozciągnąć i na Polskę.

żaba na placu Szabadság

śpiący Franciszek Józef na moście Szabadság

Fajka Rezső Seressa

królik z uszami w kratkę (kockásfülű nyúl), bohater jednej z dziecięcych bajek

palec z Putinem, źródło: 444.hu

okręt z Putinem na szczycie palce, źródło: 444.hu

Radio Polonia Węgierska 84 / Węgierski syndrom Trianon

Wreszcie – jest niezbędna dla chcących lepiej rozumieć Węgry czytelnika polskiego czyli Węgierski syndrom Trianon Bogdana Góralczyka. Polecam ją w kolejnym podcaście Radio Polonia Węgierska (20:35).

Kiedy człowiek zacznie się interesować Węgrami – albo też tu przyjedzie – zapoznaje się szybko z paroma rzeczami: zupą gulaszową, łaźniami, węgierskimi winami, romkocsmami no i oczywiście Trianonem. Są to zwykle, przynajmniej początkowo, znajomości dość powierzchowne, bo nie zawsze łatwo jest ze źródłami informacji. Dobra wiadomość, że co do Trianonu sytuacja się poprawiła bo niedawno ukazała się po polsku książka, która prezentuje temat w szerokim ujęciu.

Węgierski syndrom Trianon Bogdana Góralczyka to nie tylko omówienie wydarzeń związanych z tym nieszczęsnym dla Węgier traktatem kończącym pierwszą wojnę światową. Książka obejmuje okres stu pięćdziesięciu lat od początków dualizmu Monarchii Austro-Węgierskiej poprzez pierwszą wojnę światową i sam traktat, międzywojenny rewizjonizm, tragiczne wydarzenia drugiej wojny światowej, powojenne przemilczenie tematu aż po obecne z nim związane dyskusje i wpływ na politykę. Trianon jako leitmotiv ostatniego półtora wieku to niezły sposób by wiele dowiedzieć się o historii Węgier oraz sposobie myślenia Węgrów.

Istnieją zasadniczo dwa podejścia do kwestii odpowiedzialności za Trianon: przypisanie jej obcym mocarstwom – to obecnie dominująca linia – lub uznanie, że spowodowali go, swoimi czynami i postawą, sami Węgrzy. Autor skłania się ku temu drugiemu podejściu. Argumentuje, że polityka agresywnej madziaryzacji a nawet szowinizm węgierski przejawiany wobec mniejszości żyjących na terenie ówczesnych Węgier oraz absolutny brak elastyczności politycznej elity nawet w obliczu wojennej klęski, skutecznie zniechęciły te mniejszości do lojalności wobec Węgier. Warto dodać, że sami Węgrzy mimo wspomnianej madziaryzacji nie stanowili nawet połowy mieszkańców kraju przed pierwszą wojną światową.

Książka, która nie szczędzi nawiązań do współczesności, pisana jest z perspektywy węgierskiej. To jest pewnie jej największym ograniczeniem. Marzy mi się omówienie Trianonu przedstawiające perspektywy wszystkich zaangażowanych stron a także nawiązujące do kontekstu europejskiego, na przykład, omawiając rozpad nie tylko węgierskiej ale i austriackiej części Monarchii.

Ale i tak Węgierski syndrom Trianon Góralczyka to wspaniały prezent dla wszystkich ciut głębiej niż tylko turystycznie zainteresowanych Węgrami.

Radio Polonia Węgierska 83 / Zapomniane ofiary wojen

Nie o wszystkich ofiarach wojen pamiętamy tak samo. O tym mówię w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (17:50).

Jak ktoś podróżuje po Węgrzech na pewno zwróci uwagę na stojące w środku każdej miejscowości małe pomniki czy też tablice upamiętniające ofiary dwóch ostatnich wojen światowych. Powstały one zwykle w latach międzywojennych, początkowo jako upamiętnienie ofiar wojny, wówczas jeszcze po prostu „światowej”, bez przymiotnika “pierwsza”, po drugiej wojnie dodano kolejne listy.

Ofiary te polegli żołnierze. Mężczyźni w kwiecie wieku. Ich śmierć z pewnością odbiła się tragicznym piętnem na ich rodzinach, w których odgrywali zapewne rolę żywiciela. Jeśli porównać ich liczbę do liczby mieszkańców miejscowości, widać jakim ciosem ta strata musiała być także na poziomie społecznym.

Tablice takie to oczywiście nie specjalność węgierska. Znaleźć je można w wielu krajach na zachodzie Europy.

W Polsce jednak takich upamiętnień ofiar pierwszej wojny światowej brak.

Czy w czasie tej wojny nie ginęli Polacy? Czy może ginęło ich mniej niż przedstawicieli innych narodowości? Czy nie są warci pamięci? Na wszystkie pytania odpowiedź brzmi: nie.

Pomija się ich w zbiorowej pamięci bo nie zginęli za Polskę, a śmierć ludzi, którzy zginęli z innych niż Polska powodu, nawet jeśli nie mieli w tej sprawie wyboru, wyraźnie jest mniej warta. Jak pamiętamy z nauki historii w szkole, ta wojna, ta wymarzona wojna narodów, w której wszyscy trzej zaborcy ponieśli klęskę to powód do radości a nie żałoby. A przecież tu też zginęli Polacy – tu też zginęli ludzie.

Każdy Polak zapytany o ilość ofiar drugiej wojny światowej nawet w środku nocy wyrwany ze snu wyrecytuje: sześć milionów. Na to samo pytanie w odniesieniu do pierwszej wojny światowej w milczeniu sięga po komórkę by sprawdzić w internecie (pomogę: to około miliona zabitych).

W czasach kiedy nawet ofiarom większych wypadków drogowych stawia się pomniki cisza wokół polskich ofiar pierwszej wojny światowej jest szczególnie uderzająca.