Węgrzy wolą Putina od Zełeńskiego

To jeden z rezultatów badania opinii publicznej w 24 krajach na całym świecie przeprowadzonego przez Pew Research Center, o którym przeczytałem w 444.hu.

Zobaczmy te liczby:

Ukraiński prezydent Wołodymir Zełeński działa właściwie na arenie międzynarodowej. Niebieski – nie zgadzam / raczej nie zgadzam się, zielony – zgadzam się / raczej zgadzam się

Rosyjski prezydent Władimir Putin działa właściwie na arenie międzynarodowej. Niebieski – nie zgadzam / raczej nie zgadzam się, zielony – zgadzam się / raczej zgadzam się

Wśród Węgrów 11% ufa Zełeńskiemu a 19% Putinowi.

To teraz może nieco szerzej o liderach światowych.

Ten lider działa właściwie na arenie międzynarodowej. Niebieski – nie zgadzam / raczej nie zgadzam się, zielony – zgadzam się / raczej zgadzam się

Węgrzy cenią Bidena tak samo jak Putina.

A co jeśli chodzi o NATO?

Procent osób mających na temat NATO opinię negatywną (kolor niebieski) lub pozytywną (kolor zielony).

A gdyby trzeba było wybierać między twardą postawą wobec Rosji a zachowaniem dostępu do rosyjskiej ropy i gazu?

Twarda postawa wobec Rosji (kolor niebieski), zachowanie dostępu do rosyjskiej ropy i gazu (kolor zielony).

Tak więc mamy twarde dane dotyczące stosunku Węgrów do stron zaangażowanych w wojnę w Ukrainie.

Wyraźnie prorosyjską postawę Węgrów można tłumaczyć z jednej stron silną prorosyjską propagandą rządową (choć podawaną między wierszami) a z drugiej, zaryzykowałbym stwierdzeniem, faktem, że narracja Rosji rezonuje wśród Węgrów.

Sam Ruski Mir jakże przypomina Wielkie Węgry: i tu i tu spora część narodu żyje poza granicami kraju, który nie tak dawno przecież był dużo większy. I tu i tu terytorium zabrały kraje, o których mówi się, że nie mają historii i że są śmieszne ze swoimi pretensjami do państwowości. I tu i tu mówi się o ucisku mniejszości żyjącej poza granicami.

Tak czy owak poczułem się nieswojo wiedząc, że co piąty z otaczających mnie ludzi uważa, że Putin ma rację a dla czterech z pięciu ważniejsza niż cokolwiek innego jest cena benzyny i gazu z Rosji.

Na zakupy za granicę

W latach dziewięćdziesiątych miałem znajomego Amerykanina. Zdarzało się, że płaciłem za niego za kawę czy inne drobiazgi, żartowałem wtedy, że jak będziemy w Stanach to wtedy on będzie mi fundował te rzeczy. Gdy ten Amerykanin wyjeżdżał, nie zostawił mi swoich kontaktów i śmialiśmy się, że na pewno bał się, że odszukam go w Stanach i będę oczekiwał, że teraz on będzie mi płacił za kawę. Istotą tych żartów było coś, co obowiązywało od zawsze: wszystko, a zwłaszcza jedzenie, jest tańsze na wschodzie. Aksjomat brzmiał: jesteśmy biedniejszym krajem, ludzie mniej zarabiają ale jedzenie jest tańsze.

To się właśnie na Węgrzech zmieniło.

Coraz więcej ludzi wspomina mi, że byli na zachodzie (konkretne przypadki z Niemiec i Szwajcarii) i te same produkty w tych samych sklepach – w końcu Lidl czy Spar są wszędzie – były DROŻSZE na Węgrzech niż w tych jakże zamożnych krajach. Sorry za duże litery ale dla kogoś, kogo pamięć sięga głębiej niż ostatni tydzień to jest szokująca zmiana.

Co więcej, ta prawidłowość dotyczyć ma także produktów węgierskich, które są w tych krajach tańsze niż tu.

Byłem właśnie we Włoszech i Chłopak, który wiedział, że mam kupić komuś Unicum na prezent, zasugerował bym zrobił to tam.

Sprawdziłem ceny, oto cena w supermarkecie Conad: 12.75 euro.

A to cena w węgierskim Auchanie: 5 849 forintów.

Przeliczam: 12.75 euro to 4 753.73 forintów czyli o jakieś dwadzieścia procent mniej. Sprawdzam VAT: 22% we Włoszech no i 27% tutaj (najwyższy w Europie) ale to nie wystarcza by wyjaśnić różnicę.

Skąd to się bierze jest więcej niż ciekawe. To pewno stanie się gorącym tematem na Węgrzech bo, co jak co, ale ceny żywności to jest coś co wszystkich interesuje. Dziwi mnie tylko, że opozycja nie wali tym tematem w rząd jak w bęben, bo politycznie wydaje się on być nośny.

A Unicum na prezent kupiłem we Włoszech – bo tak taniej.

Esencja

Gdyby ktoś chciał stworzyć listę najbardziej ekskluzywnych produktów węgierskich to na jej czele zdecydowanie powinna znaleźć się esencja.

Jest to rodzaj tokajskiego wina, który powstaje z naturalnie wypływającego soku z zasuszonych winogron aszú. Zbiera się je ręcznie, jagodę za jagodą – żadnego zrywania całych gron, i potem owoce wsypuje się do kadzi. Sok wypływa z nich pod ich własnym ciężarem.

Zważywszy na bardzo ograniczoną ilość tego soku (jagody są suche, nie ma mechanicznego wyciskania) oraz jego koncentrację dającą unikalne walory smakowe, nic dziwnego, że powstała w ten sposób esencja jest rzadkim i drogim produktem. Przypuszczam, że większość Węgrów nie miała możliwości spróbowania jej ani razu w życiu. Nie jest łatwo je zresztą kupić bo nie wszędzie, nawet w sklepach z winem, jest do dostania.

No i teraz zastanówmy się gdzie może być największy wybór tego niezwykłego wina. Specjalistyczny sklep winny w okolicach parlamentu? Albo może zamku? Czy też raczej jakiś eksluzywny butik w Tokaju?

Tak sam bym przypuszczał aż nie trafiłem do …, no właśnie, może najpierw zdjęcie.

Widać na nim cztery rodzaje esencje (pozostałe wina to głównie aszú). To jest kuriozum, bo, jak wspominałem, nawet w miejscach z szeroką ofertą winną esencji zwykle nie można dostać a tu, proszę, cztery jej rodzaje w jednym miejscu.

Pora na rozwiązanie zagadki: zdjęcie zrobiłem w Dunapanda, gigantycznym azjatyckim supermarkecie w budapeszteńskim Chinatown czyli Monori Center na Kőbányi.

Jak wiadomo, Kőbánya dalece nie jest najbardziej ekskluzywną dzielnicą Budapesztu więc ta sytuacja jest dość szokująca. Skąd tu tak szeroki wybór esencji, nie wiem. Nasze miasto nie przestaje zadziwiać.

porucznik graf Weissenwolf József i 27 żołnierzy

Przy kościele św. Anny w Debreczyny na murze wisi tablicy upamiętniająca „poległych w boju oficerów i żołnierzy Cesarsko-Królewskiego 39 Pułku Piechoty od jego powstania”. Wygląda ona tak:

Strukturę ma prostą: rok – miejsce bitwy – nazwiska oficerów – liczba żołnierzy.

I to jest to czym mnie ta tablica zafascynowała. Rzadko można napotkać tak jaskrawo zilustrowane nierówności społeczne. Zginęło 28 ludzi, jednego wspominamy z nazwiska i stopnia, resztę traktujemy jako anonimową liczbę. Dlatego, że ten jeden był oficerem, najprawdopodobniej arystokratycznego pochodzenia.

Poza tym, to kolejny przykład jak historię dominują klasy wyższe. Im zawsze poświęcano więcej uwagi: i tak nazwisko grafa Weissenwolfa znane jest do dziś, żołnierze, którzy razem z nim polegli pozostają prawdopobnie anonimowi.

Taka ciekawa tablica.

Węgier premierem Słowacji. To problem.

No i mamy problem. Premierem Słowacji jest aktualnie Węgier, Lajos (po słowacku Ľudovít) Ódor, a sporo zakarpackich Węgrów wstąpiło do ukrańskiej armii bronić swojego kraju, wśród nich najbardziej znani to Fegyir Sándor i Viktor Troski, wykładowcy uniwersytetu w Użgorodzie (o Sándorze pisałem już kiedyś).

Kłopot polega na tym, że w ramach dominującej narracji trianońskiej, Węgrze mieszkających w krajach ościennych – niegdyś terenach Wielkich Węgier, są uciskani i nie marzą o niczym innym jak tylko o tym, by Węgry wróciły. Charakterystycznym wyrazem tego jest piosenka pl. Nélküled (Bez Ciebie), która zrobiła tu wielką karierę.

A tu okazuje się, że można inaczej. Że można nawet zostać premierem kraju, który ma Węgrów uciskać. O Fegyirze Sándorze mówi się, że może zostać ambasadorem Ukrainy na Węgrzech, co też byłoby niebagatelnym wydarzeniem.

Rząd i Fidesz o tych ludziach raczej milczy może poza wyjątkiem pewnego propagandysty, który zdobył się na uwagę, że Istnieje wiele przykładów z historii, że mieszkańcy kraju, który traktuje ich jako obywateli drugiej kategorii, niekiedy dumni są z tego, że w tym charakterze prowadzeni są do rzeźni. Na prawicy więcej radości było gdy prezydentem Francji został Sarkozy, który się swoją drogą od węgierskości odżegnywał (w przeciwieństwie do trzech wyżej wspomnianych postaci).

Może nie bez znaczenia jest fakt, że Ódor, ekonomista z wykształcenia, nie raz krytykował politykę gospodarczą węgierskiego rządu, a zakarpaccy Węgrzy walczący w ukraińskiej armii nie podzielają poglądów Orbána na wojnę w ich kraju.

Rzecz jasna, nie wszyscy Węgrzy żyjący na Słowacji czy w Ukrainie robią takie kariery czy tak jasno opowiadają się za swoimi krajami, jakaś ich część na pewno uważa się za prześladowanych, tęskni za Węgrami i kocha Fidesz, ale sam fakt istnienia takich ludzi jak Lajos Ódor, Fegyir Sándor czy Viktor Troski podważa absolutyzm trianońskiej, nacjonalitycznej narracji tak dominującej na Węgrzech.

Premier Słowacji, Lajos Ódor, Węgier, źródło: 444.hu

Fegyir Sándor i Viktor Troski, Węgrzy z Zakarpacia walczący w ukraińskim wojsku, źródło: Daily News

I do szabli i do beczki – mój artykuł w Polonii Węgierskiej

W najnowszym numerze Polonii Węgierskiej ukazał się mój tekst na temat ciekawego projektu reaktywacji dawnego szlaku winnego, który robiono w Tarcalu. Oto on:

Dawne tradycje wywozu tokajskich win do Polski ożywiono w latach dziewięćdziesiątych w leżącym w tokajskim regionie Tarcalu. Wozy wyładowane winem znów ruszyły szlakiem winnym przypominając o tej tradycji a także promując te wina oraz region.

Szklankę w słynnym powiedzeniu o bratankach zwykle rozumie się jako wspólne, polsko-węgierskie pijatyki choć warto w niej wiedzieć też symbol bardzo bogatych kiedyś kontaktów między dwoma krajami opartych na handlu węgrzynem – tokajskim winem. Były one ważne zarówno dla ówczesnej gospodarki jak i kultury.

Te kontakty w latach dziewięćdziesiątych próbowano przypomnieć i ożywić w tokajskiej wsi Tarcal. Pomysł był prosty: na nowo uruchomić szlak winny prowadzący ze wsi przez Słowację do Polski jako pielęgnację tej tradycji wykorzystując ją zarazem do promocji tokajskich win oraz Tarcalu. Borút czyli Szlak winny zorganizowano trzy razy w latach 1996-98.

Wino przewożono w beczkach dwoma drewnianymi wozami konnymi ale, rzecz jasna, sam transport trzeba było trochę uwspółcześnić. Wozy dlatego też ruszały z Tarcalu uroczyście żegnane przez uczestników okolicznościowego festynu, na skraju wsi zostawały rozłożone na części, przewożone furgonetką do następnej miejscowości, gdzie zostawały złożone na nowo. Zaprzęgano tam do nich wynajęte na miejscu konie i tak nimi wjeżdzano.

Na wozach wiozących wino ale i palinkę siedzieli wójt wsi – Sándor Pataky, pomysłodawca tej inicjatywy, królowa wina i kapela ludowa, wokół wozów tańczył zespół tańca ludowego. W sumie było to dwanaście osób.

Królową wina wybierano we wsi. Kandydatki poddawane były szeregowi testów, zarówno teoretycznych jak i praktycznych. Musiały wykazać się wiedzą na temat regionu, winiarstwa i branży turystycznej. Z zadań praktycznych musiały, międz innymi, zademonstrować umiejętność używania lopó czyli rodzaju pipety winiarskiej służącej do pobierania wina z beczki. Podobno jednak i tak najbardziej liczyła się uroda.

Ekipa z takim przytupem dojeżdzała do najważniejszego placu w danej miejscowości, gdzie witał ich bumistrz i zebrani mieszkańcy. Zwykle był to weekend. Następowały przemówienia no i rozdawanie – bezpłatne – wina, które z beczek wyciągano przy pomocy właśnie wspomniego lopó.

Wieczorem odbywała się uroczysta kolacja dla miejscowej elity. Dania z miejscowych produktów przygotowywał chef Rudolf Mátyás, który przybywał tam dzień wcześniej by zapoznać się z miejscową kuchnią i przygotować menu łączące lokalne dania z tokajskimi winami. Częścią kolacji była degustacja tych win. Prezentował je wójt Tarcalu, który opowiadał również o regionie.

Jak wspomniałem, trasy (nie zawsze takie same) przebiegały przez szereg miejscowości na Słowacji i w Polsce, między innymi, Boršę, Koszyce, Preszów, Lewoczę, Kiezmark, Bardejów, Moldavę nad Bodvou, Zakopane, Wieliczkę, Kraków, Łazy, Katowice, Tarnowskie Góry, Zakopane.

W organizacji wyjazdów przydawały się miejscowe kontakty. W trakcie całej trasy na Słowacji ekipie towarzyszył zastępca burmistrza Moldavy nad Bodvou, László Iván. W Polsce pomagało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Węgierskiej reprezentowane przez Andrzeja Bereznickiego. Swój udział miał także budapeszteński konsul Roman Kowalski.

Oczywistym jest, że organizacja takich imprez trwających nawet do miesiąca były skomplikowana. Zacznijmy od wina: w 1996 roku zabrano ze sobą 60 – 80 butelek 6 rodzajów wina oraz 8 hektolitrów wina w beczkach. Zostało ona zaoferowane przez miejscowych winiarzy, najhojniejszy był Kereskedő ház.

Dalej, były to lata dziewięćdziesiąte, więc te trzy kraje, przez które prowadził szlak winny, nie były członkami Unii Europejskiej. Istniały kontrola graniczna i kontrola celna, co było istotne szczególnie w odniesieniu do przewozu wina. Bywało, że parę butelek wina zostawionych na granicy ułatwiało rozwiązanie pojawiających się problemów. Trzeba było załatwiać też zezwolenia na pobyt czy na wwóz rzeczy, a to wszystko przy pomocy faksów.

Projekt był finansowany z funduszy przedakcesyjnych. Część budżetu pochodziły z programu Phare a część z Kárpátok Euróregió Alapítvány (Fundacja Euroregionu Karpackiego), która wówczas rozdzielała środki unijne. Kiedy skończyły się te formy finansowania, projektu nie było jak kontynuować.

Kto wie, czy obecna fala polskich turystów w regionie tokajskim to, przynajmniej w części, nie efekt projektu szlaku winnego, który przez trzy lata przypominał o tradycjach winnych kontaktów polsko-węgierskich, o tokajskim winie i o regionie.

Dowodem na polsko-węgierskie kontakty winne i rolą, jako w nich odgrywał Tarcal, jest poniższa fraszka siedemnastowiecznego poety Wacława Potockiego. Ostatnie słowo, które się w niej pojawia odnosi się właśnie do tarcalskiego wina, które było na tyle znane, że pojawiało się jako punkt odniesienia w potocznej mowie. Tu wielkie dzięki dla Gabriela Kurczewskiego (http://bliskotokaju.pl/), który podzielił się ze mną tą informacją.

Wacław Potocki

Znaczone wino w piwnicy.

Mając szlachcic w piwnicy kilka beczek wina,

Na jednej imię żony swojej: Katarzyna,

Lepsze, i barziej mu do smaku przypadnie,

Znacznymi literami, kretą pisze na dnie.

Panna po nie chodziła, której klucze zlecił;

Żeby szkody przestrzegał, wyrostek jej świecił.

Ale zdrajca, nabrawszy lewarem likworu,

Sięgał pannie kosmatą wronką do wątoru.

Trafiło się, gdy wyńdą oboje z piwnice,

Zapomniała nieboga otrzepać spódnice.

Czyta jej pan na zadku wytłoczone drukiem

Imię swej żony: Coż to, rzecze, żono, z fukiem?

Jam tak wino osobnej naznaczał słodyczy,

Czy nie omyłki sobie twoja panna życzy,

Albo chce do słodyczy korzeń mu przyprawić?

Mojaśty, nie każ się jej tym ipsymem bawić.

Skoro bowiem lewarem z wierzchu nie dosięże,

Co dotąd stała pewnie na pcach beczka, lęże,

I kurek między dągi wprawiwszy w antale,

Będzie nosiła wino, ale nie z tarcale.

Tyle same tekst. W Polonii Węgierskiej zmieściły się tylko dwa zdjęcia, tu zamieszczam ich więcej. To dość unikalny materiał, w latach 90-tych mniej zdjęć robiono niż obecnie.

Wybory królowej wina. Kieliszek napełniany jest przy pomocy lopó. Na prawo od królowej wina stoi wójt Sándor Pataky. Z archiwum Sándora Patakyego.

Wóz rusza z festynu. Jest już polska flaga. Z archiwum Ferenca Gutha

Wyjazd z Tarcalu. Z archiwum Sándora Patakyego

W drodze na wozie. Z archiwum Orsolyi Pataky.

Składania wozu, gdzieś na Słowacji. Z archiwum Sándora Patakyego.

Na wozie, flaga słowacka więc gdzieś na Słowacji. Z archiwum Sándora Patakyego.

W Tarnowskich Górach, w środku członek zakonu winnego i królowa wina. Z archiwum Sándora Patakyego.

W Krakowie, polska flaga. Na tabliczce na wozie widać nazwy miejscowości w regionie tokajskim skąd pochodziło wino. Z archiwum Sándora Patakyego.

Jeden z wozów i dziś stoi we wsi.

A na sam koniec bonus: pochodzące z 1998 roku nagranie z festynu, z którego ruszał szlak winny. Wozy pojawiają się po pierwszej minucie nagrania. Jakość typowa dla tego okresu ale wartość historyczna nieoceniona.

Albert Wass, tajny feminista i romanofil

Idzie Sekler z synem do lasu drzewa rąbać. Rąbią, rąbią, aż tu naraz przypadkowo syn machnął siekierą i ojcu rękę odciął. -Synek, uważaj – na to ojciec – bo jak jeszcze raz to zrobisz to tak cię zdzielę w mordę, że popamiętasz!

Seklerzy często są bohaterami dowcipów. I tacy w nich są jak w tym powyższym: twardzi faceci. Węgrzy mają wobec nich kompleks bo Seklerzy postrzegani są jako super-Węgrzy, którzy się niczemu nie dają (w przeciwieństwie do miękiszonów zamieszkujących Węgry). Sama Seklerszczyzna, a także Siedmiogród, postrzegane są jako bastion autentycznej, nieskażonej węgierskości. Tam mniej odczuwalne mają być deprawujące wpływy nowoczesności pozwalając zachować dawną kulturę, to tam ludzie jeszcze chodzą (niekiedy) w strojach ludowych, a tamtejsza kuchnia jest bogatsza.

A teraz weźmy pisarza, który za swój temat weźmie właśnie Seklerszczyznę i Siedmiogród, będzie pisał o nich w kontekście rewizjonistycznym a w dodatku zostanie przez Rumunów skazany na karę śmierci za zbrodnie wojenne – nic dziwnego, że ten pisarz stanie się sztandarową postacią kultury obozu nacjonalistycznego. Zakup, posiadanie czy też czytanie jego książek to deklaracja polityczna. Rzecz jasna, chodzi o Alberta Wassa.

Jeden z licznych pomników Wassa, tym razem w Szarvas

Nie jest to autor, po którego spontanicznie bym sięgnął ale podjąłem już próbę wyjścia z mojej bańki i przeczytania paru jego książek. Padło na Farkasverem (Wilczy dół – pisałem o tym tu) oraz Adjátok vissza a hegyeimet! (Oddajcie mi moje góry – o tym natomiast tu). Pierwszą z nich przeczytałem z pewnym zainteresowaniem, taka rzetelna, przedwojenna powieść, druga natomiast, paroksyzm resentymentu i nienawiści, okazała się być dla mnie odrzucająca.

Od wielu ludzi słyszałem, że najlepszą powieścią Wassa jest trzytomowa Funtineli boszorkány (Czarownica z Funtinel). Po dłuższym okresie zbierania się do lektury w końcu zacząłem ją czytać – i przeżyłem szok bo okazała się to być hardcorową feminstyczną powieścią z sympatią mówiącą o Rumunach, zupełnie wolną od węgierskiego nacjonalizmu.

Tytułowa czarownica z Funtinel to niepiśmienna początkowo dziewczynka, potem kobieta. Choć jej narodowość nie jest jasno określona – podobnie do narodowości niemal wszystkich bohaterów książki – to z jej imienia Nuca można wywnioskować, że to Rumunka. Przybywa z daleka z ojcem, który buduje w lesie dla nich chatę. Zajmuje się on myślistwem, gdy jednak trafia do więzienia za udział w bójce, dziewczynka musi sobie w tych trudnych warunkach dawać radę. Z czasem okazuje się, że posiada nadnaturalne zdolności: mężczyźni, którzy próbują ją zgwałcić, umierają.

Mówi jej o tym cygańska wróżka, która sama przeżyła horror wielokrotnych gwałtów: To ty pomścisz nas wszystkie, za to co nam zrobili, te kogucie śmiecie, ci parszywcy, te świnie … Tak, to ty! Ty jesteś czarownicą, dziewczyno. (…) Kto z tobą śpi, ze śmiercią śpi. Kto ciebie pożąda, śmierci pożąda. Zepsujesz mu duszę i pod twoim spojrzeniem męski rozum rozpłynie się jak dym. Ty niesiesz zemstę, ty zbierasz zapłatę za to, co zrobili z dziewczynami kiedykolwiek na ziemi …

Jej życie nie będzie szczęśliwe. Pozna miłość – pokocha węgierskiego arystokratę, urodzi syna, który jednak zostanie jej odebrany. W międzyczasie szereg gwałcicieli straci z jej powodu życia a ona zyska sławę czarownicy. Szybko się zestarzeje i zniknie. Zawsze będzie jednak silną, niezależną kobietą.

Biorąc pod uwagę kto jest autorem, zaskakuje brak wątków nacjonalistycznych. Jak wspomniałem, narodowość większości bohaterów jest nieistotna wobec ich innych cech. Tam gdzie pojawiają się Węgrzy, nie są przedstawiani w pozytywnym świetle. Jeden z nich cały czas narzekający „przegrałem wojnę” poniekąd uosabia węgierską niemoc. Próby madziaryzacji nie-Węgrów przedstawione są z rumuńskiej perspektywy i to całkiem negatywnie.

Podobnie nieoczywisty jest przedstawiony w książce obraz chrześcijaństwa, w zasadzie nieodłącznego komponentu nacjonalizmu. W życiu Nuki nie ma boga. O religii w ogóle niemal nie ma mowy. Postaci księży, którzy się w niej pojawiają, są bezbarwne. Jedyna sympatyczniejsza spośród nich to były już ksiądz, obecnie bandyta, wyrzucony z kościoła przez biskupa, któremu nie podobały się jego, wygłaszane od serca i lubiane przez ludzi, kazania.

Książkę czyta się dobrze. Zgrzyta jedynie w kilku miejscach, na przykład przy cukierkowatym opisie świąt Bożego Narodzenia, czy też przy naiwnej próbie oddania jak Rosjanin próbuje mówić po węgiersku. Ale w sumie trudno było mi ją odłożyć.

Kiedy już ochłonąłem nieco z szoku, że coś takiego mogło wyjść spod ręki Wassa zastanowiło mnie jak szeroka jest świadomość charakteru tej książki z jednej strony w kręgach feministycznych a z drugiej wśród Rumunów. Wydaje się mi ona być ważna z obu perspektyw, bo nie wiem ile jest w literaturze węgierskiej tak mocnych feministycznych powieści, zwłaszcza z tego okresu, podobnie też, ile jest książek o tematyce siedmiogrodzkiej tak ciepło przestawiających rumuńskich bohaterów.

O Czarownicę z Funtinel zapytałem znajomą wykładowczynię gender studies. Słyszałam o niej, powiedziała, mówili mi, że powinnam ją przeczytać ale jakoś tego dotąd nie udało mi się zrobić. Femistyczna powieść? Coś takiego, nigdy bym nie pomyślała. Druga, profesorka historii, rzuciła mi krótko: Wass to faszysta, dlatego nie warto go czytać. Czy ta książka ma szansę trafić kiedyś do kanonu węgierskiej literatury feministycznej?

Próbowałem znaleźć jakiegoś badacza literatury by dowiedzieć się czegoś o recepcji książki w kręgach literaturoznawczych. Bądź co bądź to powieść o części obecnej Rumunii, specjaliści powinni więc o niej słyszeć. Zakładałem, że to niemożliwe, by książka mogła się ukazać po rumuńsku. Wass jest tam uważany za zbrodniarza wojennego a wyroku śmierci na niego nigdy nie uchylono mimo podejmowanych prób zmiany tego stanu rzeczy.

I tu niespodzianka: Czarownicę z Funtinel przetłumaczono na rumuński i wydano w roku 2000 pod tyułem Lângă Scaunul Domnului. Zrobiło to wydawnictwo Mentor, tłumaczem był Cornel Câlţea. Książka spotkała się z pozytywnym odbiorem krytyków, literaturoznawców no i samych czytelników, czego najlepszym dowodem jest to, że nigdzie nie można już jej dostać, choć byli i tacy, którzy wyrzucali tłumaczowi, że nie powinien był przekładać Wassa (źródło [HU]).

Wass napisał Funtineli boszorkány w 1959 roku żyjąc na emigracji dziesięć lat po napisaniu jadowitych Adjátok vissza a hegyeimet! Zaskakujące jak to wszystko kim był, co zrobił i co napisał mieściło się w jednym człowieku.

Jak Węgry mogły wpłynąć na przebieg drugiej wojny światowej

Węgry w czasie drugiej wojny światowej nie odegrały istotnej roli ale, zdaniem Krisztiána Ungváryego, węgierskiego historyka zajmującego się tym okresem, bardzo mało brakowało by stało się inaczej. Pisze o tym w swojej niedawno wydanej książce pt. Kiugrás a történelemből.

Argumentuje, że sukces, jak wiemy, nieudanej, węgierskiej próby zmiany stron w wojnie, którą podjęto 15 października 1944 roku, miałby dalekosiężne skutki zarówno dla Węgier jak i całego świata.

Mówi się często, że pisanie alternatywnych historii może być ekscytującym zajęciem ale doprowadzenie do innego przebiegu wypadków jest zwykle splotem ogromnej liczby czynników czyniąc te alternatywy nieprawdopodobnymi czy wręcz nierealnymi. Nie było to tak, uważa Ungváry, w omawianym przez niego przypadku.

Tu chodziło o szereg bardzo konkretnych działań podjętych przez parę osób, głównie Miklósa Horthyego, które zaważyły na niepowodzeniu operacji. Warto je teraz omówić.

Przed 15 października 1944 roku Horthy, przez tajnych wysłanników, uzgodnił się z Sowietami przejście Węgier na stronę aliantów. Tym niemniej w proklamacji, którą odczytano przez radio tego dnia, powiedział tylko, że dopiero rozpoczął negocjacje pokojowe. Tekst nie określał jasno jak powinna zachować się armia, co doprowadziło do zamieszania. Umożliwiło to poniekąd odwołanie całej operacji poprzez rozkaz generała Jánosa Vörösa, szefa sztabu, wzywający do dalszej walki po stronie Niemiec, który odczytano przez radio wieczorem. Horthy na to zezwolił. Zdaniem Ungváryego kolejnym decydującym błędem Horthyego było to, że w trakcie próby przejścia na stronę aliantów przez Węgry pozostał on w Budapeszcie, gdzie Niemcy mieli większe siły wojskowe i możliwość wpływania na niego, zamiast przeniesienia się do silnego zgrupowania wojsk węgierskich, gdzie miałby pełną ochronę.

Tak więc te bardzo konkretne kroki wynikające z braku zdecydowania Horthyego a także mentalnej niezdolności do zwrócenia się przeciw Niemcom oraz współpracy z Sowietami doprowadziły do niepowodzenia całego przedsięwzięcia.

Ungváry analizuje sytuację militarną, rozmieszczenie wojsk, stosunek do Niemców wśród kluczowych dowódców i dochodzi do wniosku, że zmiana stron w przypadku lepszego przywództwa miała jednak wszelkie szanse na powodzenie. Wystarczyłoby, by wojska węgierskie zaprzestały walki z Armią Czerwoną i przepuściły ją, atak na Niemców nie był konieczny.

Drugą tezą autora jest, że skutki udanej zmiany stron przez Węgry podobne byłyby w skali do efektu oblążenia Stalingradu czy też lądowania w Normandii: wojna byłaby krótsza o kilka miesięcy i odpowiednio mniejsze byłyby straty ludzkie. Ungváry popiera swoje tezy poprzez znowu, szczegółową analizę sytuacji wojskowej. Głównym argumentem jest tutaj utrata przez Niemcy dostępu do węgierskich złóż ropy naftowej, których produkcja trzykrotnie przekraczała ówczesną produkcję w Niemczech. Bez węgierskiej ropy Hitler nie byłby w stanie walczyć aż do maja 1945 roku.

Udana zmiana stron w wojnie przyniosłaby wiele korzyści także samym Węgrom. Pominąwszy mniejsze straty ze względu na krótsze i mniej intensywne walki na terenie Węgier (nie doszłoby na przykład do oblężenia Budapesztu), kraj zakończyłby wojnę w korzystniejszej pozycji jako jeden z członków koalicji alianckiej. To umożliwiłoby, między innymi, trwałe odzyskanie części ziem utraconych na mocy traktatu z Trianon.

Książka z jednej strony jest przygnębiająca bo pokazuje, że istniała korzystniejsza alternatywa do przebiegu wydarzeń ale z drugiej strony pokazując, że węgierska historia nie jest efektem jakiegoś fatalizmu czy przemożnego wpływu czynników zewnętrznych ale w dużej mierze odpowiadają za nią sami Węgrzy, daje pewne podstawy do optymizmu: skoro głównymi twórcami swojego losu są jednak Węgrzy to w przyszłości, wyciągnąwszy właściwe wnioski z historii, podobnych błędów da się uniknąć.

Polacy z Węgier zbierają na generator dla Ukrainy – rozliczenie

W ramach zbiórki na portalu zrzutka.pl udało się zebrać 4 080 złotych, doszło do tego 10 000 forintów, które dostałem w gotówce. Przedstawiam teraz ostateczne rozliczenie ze zbiórki.

Pieniądze te wydałem w następujący sposób:

  1. Zapłaciłem za generator zamówiony wcześniej przez partnerską organizację Jednist. Dostał on napis po ukraińsku Od Polaków z Węgier z wyrazami solidarności i został on posłany do Dniepru. Koszt: 123 980 forintów.

2. Za pozostałe pieniądze zamówiłem na amazonie generator Kraftech. Niestety, sprzedawca okazał się nieuczciwy i przysłał inny generator, który odesłałem (kiedy podawałem informację o rezultatach zbiórki wydawało się, że to generator Kraftech pojedzie do Ukrainy).

Zamówiłem generator Hechta w węgierskim sklepie internetowym gdzie przyjęto zapłatę ale potem poinformowano mnie, że generator nie jest dostępny po czym zaoferowano mi inny produkt.

W końcu udało mi się kupić generator bezpośrednio u Hechta, który z podobnym napisem został wystałny do Ukrainy. Koszt: 205 990 forintów.

3. Za resztę pieniędzy kupiłem batony, które pojechały do Ukrainy razem z generatorem. Koszt: 29 340 forintów.

W sumie wydałem 359 310 forintów. 4 080 złotych to 329 020, wraz z 10 000 forintów to 339 020 forintów, różnicę dołożyłem z własnej kieszeni.

Raz jeszcze wielkie podziękowania wszystkim, którzy dołożyli się do zbiórki!

Radio Polonia Węgierska 99 / puli

Pies puli to kynologiczny symbol węgierskości, o nim mówię w najnowszym podcaście Radio Polonia Węgierska (16:05).

Wśród węgierskich ras psów pierwszą pozycję bez wątpienia zajmuje puli. Nie jest on największy – większe są choćby myśliwskie wyżły węgierskie, krótko- i szorstkowłosy, charty węgierski czy też, również węgierski, gończy, a także komondor czy kuvasz, nie jest też jedynym psem pasterskim bo są nimi również wspomniane komondor i kuvasz oraz pumi i mudi, nie jest w końcu jedynym psem z dredami bo podobną sierść ma i komondor ale jednak to ten średnich rozmiarów, czarny, biały, szary bądź obdarzony zmiennym, płowiejącym kolorem sierści, żwawy, inteligentny piesek stał się kynologicznym symbolem węgierskości.

Puli to starożytna rasa, która towarzyszy Węgrom od ponad tysiąca lat. To psy pasterskie, ich rolą było zaganianie stada i podnoszenie alarmu w przypadku ataku dzikich zwierząt, do walki z nimi stawały głównie wówczas większe komondory choć i puli, dzięki chroniącej ich przed ugryzieniem przez wilka grubej sierści, były w stanie w obronę się aktywnie włączyć.

Puli są słynne ze swoich długich, naturalnie splatających się w dredy włosów. W opisach można spotkać się z informacją, że psy te nie nadają się do trzymania w domu z powodu woni, którą te psie kołtuny wydają, lub też, że w tego powodu właśnie trzeba je regularnie myć no i że wysychanie psa trwać może dłużej, niż jeden dzień. Dredy, które tym psim rastafarianom opadają na oczy stały się nawet tematem dowcipu. Co robi puli, któremu obetnie się dredy nad oczami? Chowa się za firankę.

Ilustracja poglądowa do dowcipu o firance

Dredy psa puli mogą sięgać do ziemi. Dzięki temu wyglądają one podobnie z przodu i z tyłu i często na pierwszy rzut oka nie da się powiedzieć gdzie się dany pies zaczyna a gdzie kończy.

No właśnie, gdzie się ten pies zaczyna a gdzie kończy?

Tę ich cechę wykorzystano kiedyś w reklamie budweisera. Młody, czarnoskóry mężczyzna przechodzi z pulim na smyczy w upale koło baru. Napis Bud light kusi go wizją chłodnego piwa ale znajdująca się obok tabliczka No pets gasi entuzjazm. Ale, że pies to puli, wkłada sobie go na głowę, wchodzi do baru odgrywając rastafarianina i zamawia piwo. Gdy siedząca obok przy barze kobieta pociąga jeden z dredów, „fryzura” nagle zaczyna warczeć.

Jeśli dodać, że w 2013 węgierski artysta Gábor Miklós Szőke wykonał z kawałków drewna (imitujących dredy) olbrzymią rzeźbę psa puli w ramach festiwalu kultury ludowej organizowanego przez Instytut Smithsonian to widać, że puli to coś więcej niż biologiczna kategoria, psia rasa, których wiele. To część kultury, dzięki tym psom świat jest bogatszy.

Pies puli jako rzeźba, źródło: Smithsonian