Tyle się ostatnio buduje w Budapeszcie jak już dawno. Lista jest imponująca:
- Przebudowa placu Kossutha (ten przed parlamentem)
- Przebudowa placu Ferenciek i jego okolic
- Przebudowa placu Borossa (koło dworca Keleti)
- Odbudowa podnóża zamku (Várkert)
- Dokończenie budowy czwartej linii metra
- Nowy stadion Ferencvárosu
- Adaptacja budynku Muzeum Historii Naturalnej na potrzeby Uniwersytetu Służby Publicznej (gmach Ludoviki) i stworzenie kampusu uniwersyteckiego
- Remont klubu Akvárium na placu Erzsébet
- Dokończenie Tüskecsarnok (Kolczastej Hali) do wykorzystania jako akademicki ośrodek sportu
- Remont jednego z budynków łaźni Rudasa
- Przebudowa parku Olimpia
- Remont ulicy Váci
- Remont spacerowego bulwaru nad Dunajem
- Remont ulicy Falk Miksa
Dalsze zamierzenia też robią wrażenie. Rząd snuje plany stworzenia kwartału muzeów na osi ulicy Andrássy zakładające budowę szeregu nowych budynków w Lasku Miejskim (Városliget). Przebudowany ma być wreszcie plac Kálmány Szélla. Dwie linie tramwajowe w Budzie połączone a jedynka pociągnięta aż do ulicy Fehérvári. I tak dalej.
Nie wszystkie budowy rozpoczęto za tej kadencji rządu, myślę tu o czwartej linii metra, wspólną cechą tych inwestycji jest, że dokończone mają być przed wyborami.
Trudno się z nich nie cieszyć (no chyba, że ktoś nie przepada za piłką nożną, wtedy go pewnie stadion mało rusza), też się cieszę. A zarazem nieco się dziwię.
Bo drugą wspólną cechą tych inwestycji jest to, że są to inwestycje państwowe. W Budapeszcie obecnie nie powstaje nic istotnego finansowanego przez prywatny kapitał. Co więcej, biznes w mieście nie ma się najlepiej, czego przykładem są puste sklepy (nie chodzi o brak towarów ale najemcy). Na ulicy Király niedawno w ramach projektu artystycznego pomalowano okna wystawowe zamkniętych lokali sklepowych, zaskakuje ile ich jest.

Sklep jest pusty ale przynajmniej okno ładniej wygląda
Sytuacja ta dobrze ilustruje wiarę rządu w państwo: proszę, państwo inwestuje, sektor prywatny wegetuje. A państwo pieniądze ma bo biznes podatki płaci (obywatele rzecz jasna też).
Pamiętam jeszcze początek lat dziewięćdziesiątych w Polsce. Szaro, brudno, smutno. I zmiany: najpierw odremontowany sklep czy bar, potem prywatny zakład, dopiero później – na końcu – budynki użyteczności publicznej, szkoły, instytucje kulturalne, place i ulice. Bo najpierw trzeba było dać sektorowi prywatnego rozwinąć się by tyle podatków wpłacił by było na inwestycje publiczne.
Tu jest odwrotnie. To państwo ma pociągnąć kraj. I te wszystkie remonty to takie symboliczne odejście od kierunku transformacji ponad dwadzieścia lat temu.