Wrogowie ludu

Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, że w Polsce w pierwszej połowie lat 50-tych jakiś polski dziennikarz pracuje jako korespondent Associated Press, przesyła regularne relacje m.in. z procesów politycznych i w dodatku rozbija się po mieście białym kabrioletem amerykańskiej produkcji? Nie wiem był ktoś taki w Polsce, ale właśnie dowiedziałem się, że na Węgrzech miało to miejsce. Dziennikarz nazywał się Endre Márton a wszystko to opisała jego córka Kati Márton w książce A nap ellenségei. Családom regénye (Wrogowie ludu. Powieść o mojej rodzinie) wydanej zarówno po węgiersku jak i po angielsku.

Márton i jego żona Ilona byli oboje dziennikarzami. Kati i jej siostra dowiedziały się o ich/swoim żydowskim pochodzeniu dopiero w wieku dorosłym, rodzice, którzy przeżyli Holokaust zdecydowali się wychować je po katolicku.

Rodzina Mártonów mieszkała w Budapeszcie i prowadziła mieszczański tryb życia. Dzieci miały francuską guwernantkę, rodzice grywali w brydża, wielką uwagę przywiązywano do eleganckiego ubrania – wszystko to w latach 50-tych. Jako wielcy anglofile Mártonowie świetnie znali angielski i przyjaźnili się z pracownikami zachodnich ambasad. Nie dość, że Márton był korespondentem Associate Press, jego żona pracowała dla konkurencji czyli United Press. Koniec końców i tak Márton pisywał korespondecje dla obu agencji ponieważ pisanie szło mu o wiele lepiej niż jego żonie.

Rzecz jasna wszystko to było tańcem na ostrzu brzytwy i w 1955 roku oboje Mártonów jedno po drugim trafiło do więzienia, gdzie spędzili ponad rok. Wyszli przed powstaniem 1956 roku, z którego Márton przesyłał korespondencje dla prasy zachodniej. Ironią losu jest, że w trakcie powstania z prośbą o ukrycie zwrócił się do niego ubek, który przesłuchiwał go przedtem w więzieniu. Márton przechował go w swoim mieszkaniu udekorowanym wówczas amerykańską flagą.

Jakiś czas po powstaniu Mártonowie zwrócili się do władz z prośbą o zgodę na wyjazd, którą otrzymali. Przenieśli się do Stanów, gdzie Márton pracował w Associated Press aż do emerytury.˙

Kati Márton, nota bene później żona Richarda Holbrooka, książkę swoją napisała w dużej mierze w oparciu o zachowane teczki tutejszej ubecji (AVO). Zawierają masę szczegółów, całe zapisane z podsłuchu rozmowy telefoniczne, fotografie, relacje tajniaków i kapusiów. Więcej, niż zwykle zachowuje się w normalnym życiu. Kati Márton mogła przeczytać do jakiego sklepu zaszli w dany dzień, kiedy miała na sobie określoną sukienkę, z kim spotykała się jej matka a także raporty, które regularnie dla AVO pisywała francuska guwernantka czy też co napisał w liście do swojej kochanki jej ojciec (podarty list AVO zebrało z kosza na śmieci i skrupulatnie dołączyło do akt).

Poznała też ciemniejsze sekrety swoich rodziców. Przed wypuszczeniem ich z więzienia pod presją Zachodu podpisali deklarację o współpracy i potem regularnie co tydzień spotykali się w kawiarniach z oficerami prowadzącymi informując ich o swej pracy.

Książka nie kończy się na wyjeździe z Węgier. Kati Márton opisuje zainteresowanie węgierskich służb jej rodzicami, które trwało aż do lat 70-tych. Opisuje też spotkanie z pewnym byłym korespondentem prasy węgierskiej pracującym w Stanach, który regularnie pisał raporty na temat jej ojca. W trakcie spotkania nie przejawił jakiejkolwiek skruchy czy przynajmniej poczucia nieprawidłowości swojego postępowania.

Dziwna książka. Opisując nader nietypowe biografie Mártonów pokazuje jednak pewną prawdę o czasach, w których im przyszło żyć. Irytujący jest nieco zachwyt nad sobą Kati Márton, która do dziś pamięta wszystkie swoje ciuszki, które rodzice zdobyli dla niej przez kontakty w ambasadach: nikt w klasie nie miał takich! W sumie jednak czyta się to z zainteresowaniem. To jedna z książek, która wykorzystując dane ubeckie nie popada przy tym w całkowite od nich uzależnienie. Jej subiektywność – Kati Márton do dziś pełna jest uwielbienia wobec swojego ojca – nadaje jej raczej ludzki niż naukowo-pryncypialny charakter. Warto przetłumaczyć na polski, warto przeczytać.