Radio Polonia Węgierska – 9. odcinek podcastu/ Park pomników

W najnowszym odcinku audycji mówię o budapeszteńskim parku pomników.

Pełen program podcastu:

– Powitanie – 00:00
– Listy od Słuchaczy – 05:02
– Wiadomości polonijne – 14:04
– Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 16:59
– Jerzy Celichowski i Jeż Węgierski w eterze – 24:27
– Rozmowa z Marią Felfoldi – przewodniczącą Ogólnokrajowego Samorządu Polskiego na Węgrzech – 28:43
– Książka na Głos – 56:24
– Urywki Historii – cykl Polskiego Instytutu Badawczego i Muzeum w Budapeszcie – 01:01:38
– Pożegnanie – 01:03:56

edną z najnowszych a zarazem najoryginalniejszych pozycji na liście atrakcji do zwiedzania w Budapeszcie jest Park pomników. Kto był to wie, atmosfera trochę jest jak w Disneylandzie, przy kasie lecą pieśni masowe, można kupić ostatni dech komunizmu w puszce czy też stare propagandowe plakaty. W sumie tania rozrywka dla turystów.

Tymczasem jest to unikalny w Europie a może i na świecie sposób upamiętnienia przeszłości. W innych miejscach moment zmiany reżimu zwykle łączył się z usunięciem jego zewnętrznych symboli. Ich zniszczenie pieczętowało zwycięstwo. Sam byłem przy usuwaniu pomnika Dzierżyńskiego w Warszawie: dźwig uniósł postać z postumentu a ta już w powietrzu się rozpadła. Był pomnik, nie ma pomnika.

Inaczej postąpiono w Budapeszcie. Po pierwotnej fazie dyskusji społecznych co zrobić z odziedziczonymi pomnikami – społeczeństwo było podzielone, część chciała je zostawić (mamy ważniejsze rzeczy na głowie), radykałowie chcieli je całkowicie usunąć a część właśnie przenieść je do specjalnego parku – zdecydowano się na tę trzecią opcję.

Decyzję o utworzeniu parku pomników samorząd Budapesztu podjął 5 grudnia 1991 roku. Miał powstać w XXII dzielnicy, która zaoferowało na niego grunt. Konkurs na projekt wygrał architekt Ákos Eleőd.

Park miał umieszczać pomniki w cudzysłowie unikając pokazywania ich jako wesołe panoptikum. Na żelaznej bramie, która nigdy nie jest otwierana, wypalono wiersz Gyuli Illyesa pt. Jedno zdanie o tyranii. Przez park poprowadzono trzy pętle spacerowe (znak nieskończoności), przy pierwszej stoją pomniki wyzwolenia, drugiej – pomniki osobistości ruchu robotniczego, trzeciej – pomniki pojęć i wydarzeń z ruchu robotniczego. Wszystko zamykają dwa pomniki radzieckich parlamentarzystów, które kiedyś stały przy rogatkach Budapesztu.

W słowach historyka sztuki Gézy Borosa park pokazuje zarówno dyktaturę jak i demokrację, tylko ta ostatnia potrafi odważnie i z godnością spojrzeć w twarz przeszłości.

Szacunek dla Węgrów. Oby zawsze udawało im się tak konfrontować swoją historię.

Radio Polonia Węgierska – 8. odcinek podcastu/Przemyśl

W najnowszym odcinku audycji mówię o pomniku Przemyśla w Budapeszcie.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny – przyg. Iga Kolasińska – 05:20
3. Autorski przegląd prasy polskiej Roberta Rajczyka – 06:19
4. Jeż Węgierski w eterze czyli opowieść Jerzego Celichowskiego – 15:40
5. Rozmowa z dziennikarzem Polsatu Markiem Sygaczem – 22:18
6. Książka na Głos – 53:13
7. Urywki historii czyli opowieści Izabeli Gass – 01:01:25
8. Pożegnanie – 01:05:45

Stojący po budańskiej stronie mostu Małgorzaty pomnik z lwem ma na sobie napis Przemyśl. Nie jest to rzecz jasna wołacz ale nazwa miasta. Pod napisem są daty: 1914-1915. Ta oszczędność opisu sugeruje, że sprawa powinna być oczywista dla każdego.

Nie jest. Ten pomnik jest jednym z tych “niewidzialnych” pomników, które mimo prominentnej lokalizacji często nieobecne są w świadomości budapeszteńczyków. Co więcej, nawet ci, którzy istnienia pomnika są świadomi nieraz nie mają pojęcia co on upamiętnia.

Śpieszę z wyjaśnieniem: Chodzi o walki wokół twierdzy Przemyśl w okresie pierwszej wojny światowej. Ta niezwykle ważna fortyfikacja – zamykała drogę do monarchii Austro-Węgierskiej od wschodu, oblegana była wówczas trzy razy.

Po raz pierwszy, pomiędzy 17 września a 10 października 1914 roku, przez wojska rosyjskie, siły monarchii twierdzę utrzymały. Po raz drugi, między 2 listopada 1914 roku a 23 marca 1915 roku, tym razem wojskom rosyjskim udało się po wyczerpującym oblężeniu twierdzę zdobyć. Po raz trzeci twierdzę oblegały połączone siły monarchii i Niemiec a bronili jej Rosjanie. Oblężenie trwało od 31 maja do 3 czerwca 1915 roku i zakończyło się sukcesem oblegających.

Pomnik odnosi się do drugiego oblężenia, w trakcie którego broniącym go wojskom monarchii zajrzał w oczy głód. Próba wyrwania się z oblężenia zakończyła się śmiercią ponad pięciu tysięcy żołnierzy. Przed poddaniem twierdzy wysadzono część umocnień oraz broni. Do niewoli trafiło ponad sto tysięcy żołnierzy, wywieziono ich wgłąb Rosji.

Pomnik, mimo tego, że podpisany jest nazwą polskiego miasta, w której nawet troskliwie umieszczono kreseczkę nad literą “ś”, nie jest odbierany jako polski w charakterze. Bo choć twierdza znajdowała się na terenie dzisiejszej Polski a wśród walczących i poległych, zarówno wśród obrońców jak i oblegających, byli zapewne Polacy, to jednak to oblężenie nie jest uważane za część historii naszego kraju.

Dla mnie to fascynujący przykład jak historia terytorium i historia jakiegoś państwa czy narodu mogą się rozmijać. Przemyśl leży w Polsce ale jego obrona jest dla Polaków czymś dość abstrakcyjnym, turystycznym może dzięki interesującym ruinom ale niczym więcej. Co innego dla Węgrów: mimo, że miasto nawet nie ma węgierskiej nazwy przez swą obronę wspisało się silnie w węgierską pamięć historyczną, czego wyrazem jest ten pomnik.

Węgrzy o Trianonie dziś – trochę statystyk

Mija właśnie setna rocznica Trianonu, z tej okazji grupa badawcza Węgierskiej Akademii o nazwie Trianon 100 przeprowadziła badania na temat stosunku Węgrów do tego wydarzenia. Były to klasyczne badania opinii publicznej przeprowadzone na reprezentatywnej próbce ludności [HU]. Oto najciekawsze ustalenia:

  • Ponad 40% respondentów za najtragiczniejsze wydarzenie w historii węgierskiej uznała właśnie Trianon.
  • Dwadzieścia osiem procent respondentów ma w rodzinie kogoś, kto przeprowadził się na Węgry z utraconych terenów. Obecnie 18% Węgrów na krewnych mieszkających w granicach Wielkich Węgier ale poza obecnymi Węgrami. Znajomych mieszkających na utraconych terenach ma 37% respondentów.
  • Co dwudziesty Węgier regularnie porusza temat Trianonu w rozmowach ale co drugi nigdy tego nie robi.
  • Datę podpisania traktatu poprawnie potrafi podać 27% zapytanych, 31% wie ile ziem utracił wówczas kraj a 20% ile ludności. Zaledwie 9% respondentów zna stosunki ludnościowe w przedtrianońskich Węgrzech.
  • Za najważniejsze powody, które doprowadziły do Trianonu uznawane są geopolityczne dążenia zwycięskich potęg, dążenia do powiększenia terytorium przez sąsiednie kraje oraz przegrana wojna (70-80%). Za ważne czynniki uznano też osobistą niechęć do Węgrów przejawianą przez premiera Francji, nieskuteczność węgierskiej dyplomacji, politykę premiera Mihály Károlya i izolację dyplomatyczną kraju (40-50%). Politykę wobec mniejszości, działalność masonerii, Rewolucję Astrów, Republikę Rad, działalność wrogich wobec Węgier dziennikarzy w mniejszym ale też istotnym stopniu zostały uznane za czynniki odpowiedzialne za traktat.
  • Niemal wszyscy respondenci (94%) uważają, że Trianon był niesprawiedliwy wobec Węgier. „Węgrem jest ten, kogo boli Trianon” – ten pogląd podziela 84% Węgrów. Ponad trzy czwarte ich (77%) uważa, że kraj dotąd nie poradził sobie z tą traumą a 71% zapytanych widzi w traktacie przyczynę roli odegranej przez Węgry w drugiej wojnie światowej oraz napięcia w stosunkach z sąsiadami. 55% respondentów odrzuca pogląd, że członkostwo w EU niweluje skutki traktatu, 61%; że Trianon był wynikiem konieczności dziejowej.
  • Jedna trzecia zapytanych wierzy, że traktat traci moc 100 lat po podpisaniu, czyli teraz (!).
  • Przyjaciół wśród innych krajów Węgrzy widzą w pierwszym rzędzie w Polsce, drugie miejsce zajmują – zaskoczenie – Chiny. Najmniej popularne są Rumunia i Ukraina.
  • Sześćdziesiąt procent Węgrów odwiedziła kiedyś utracone tereny w Słowacji, 51% w Rumunii (Siedmiogród). Najrzadziej odwiedzane jest Zakarpacie – była tam tylko jedna piąta Węgrów. 27% nigdy nie było na utraconych terytoriach.
  • Zdecydowana większość respondentów (80%) uważa, że Węgrze żyjący poza krajem są tak samo dobrymi Węgrami jak ci, którzy w nim mieszkają. 70% popiera nadanie im obywatelstwa węgierskiego ale 58% negatywnie się odnosi do umożliwienie im udziału w wyborach.
Pałac Grand Trianon, źródło: Fortepan

***

A na zakończenie ciekawostka: film animowany dla dzieci o Trianonie [HU]. Peti mieszka w Budapeszcie, jego kuzynka Panka w Kolozsvárze (Kluż). Idylliczny świat wielkich Węgier jak grom z jasnego nieba przerywa Trianon. Rumuński policjant jest nieogolony. I tak dalej.

Sporo jest w nim nieścisłości, błędów historycznych a także ordynarnych przekłamań dlatego zaciekawiło mnie kto jest jego twórcą, nie udało mi się tego niestety ustalić.

Radio Polonia Węgierska – 7. odcinek podcastu/Trianon

W najnowszym odcinku audycji mówię o tym co mnie dziwi w węgierskim stosunku do Trianonu.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie- 00:00
2. Serwis polonijny- 06:58
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka- 08:41
4. Jeż Węgierski w eterze czyli felieton Jerzego Celichowskiego- 17:38
5. Rozmowa tygodnia- gościem dr Robert Rajczyk- 23:52
6. Książka na Głos- 53:56
7. Matki Boskie Węgierskie-58:44
8. Pożegnanie- 01:01:23

Zbliża się setnia rocznica Trianonu. Tak to się tutaj skrótowo nazywa ten kończący dla Węgier I Wojnę Światową traktat pokojowy (przez Węgrów często określany jako dyktat) podpisany w wersalskim pałacyku Trianon. Wszyscy wiemy jak ważna i jak żywa, można niemal powiedzieć, jak aktualna to dla Węgrów sprawa.

Skutki Trianonu dotknęły Węgry na wielu poziomach. Państwo straciło terytoria. Zmniejszyła się też jego ludność a wielu Węgrów znalazło się poza granicami państwa. Wszystko to doprowadziło do kryzysu humanitarnego a także wielu indywidualnych tragedii.

Nie o samym bez wątpienia tragicznym dla Węgier Trianonie chcę jednak teraz mówić ale o stosunku Węgrów do niego, w którym wiele rzeczy nie przestaje mnie zadziwiać. Oto parę z nich.

Do dziś o Trianonie mówi się jako o akcie „niesprawiedliwości.” Tak jakby przedtem nie było wojny, którą Węgry, jako część monarchii przegrały – a nie zapominajmy, że to monarchia tę wojnę rozpoczęła. Jakby nie było węgierskich polityków, którzy ponoszą odpowiedzialność za doprowadzenie do sytuacji, w której inne państwa mogły swobodnie określać kształt granic kraju. Nie wiadomo przy tym jak miałoby wyglądać „sprawiedliwe” potraktowanie Węgier po tej wielomilionowej hekatombie.

Żywa jest religijna narracja trianońska. Przykład: węgierska kalwaria w Sátoraljaújhely. Zawiera ona, jak każda porządna droga krzyżowa, 14 stacji, upamiętniają one utracone na mocy Trianonu miasta. Ta kalwaria to przykład narracji męki i śmierci państwa, której częścią jest wizja zmartwychwstania czyli odtworzenia Wielkich Węgier. Choć zbudowano ją w 1936 roku to na początku lat 2000-nych lokalny samorząd odremontował ją najwyraźniej uznając jej przekaz za aktualny.

Częste jest też traktowanie Trianonu jako „największej tragedii w historii Węgier”. Największej, czyli nie umywają się do niej najazd tatarski (zginęła niemal połowa ludności kraju), półtorawiekowe rządy tureckie czy też, by wziąć bliższe przykłady, pierwsza wojna światowa (ponad 650 tysięcy zabitych), druga wojna światowa (900 tysięcy zabitych, z czego niemal połowa to Żydzi, ofiary Holocaustu), oraz masowe gwałty zaraz po wojnie, których ofiarą padło pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet.

Od traktatu mija właśnie sto lat. Być może rewizjonizm, który zrodził, i który był głównym motorem napędowym węgierskiej polityki zagranicznej w okresie międzywojennym, zredukował się do poziomu naklejek z Wielkimi Węgrami oraz przyśpiewek na meczach piłkarskich, to jednak ta żałoba po Trianonie, jego perwersyjny kult w dużej mierze ciągnie się dalej. Ciekaw jestem co mogłoby to zmienić.

Radio Polonia Węgierska – 6. odcinek podcastu/Gábor Sztehlo

W najnowszym odcinku audycji mówię małoznanym węgierskim bohaterze Gáborze Sztehlo.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Wiadomości polonijne – 04:06
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 07:42
4. Cykl Jerzego Celichowsiego „Jeż Węgierski w eterze” – 17:14
5. Rozmowa z Łukaszem Malczykiem, prezesem Unii Polskich Przedsiębiorców – 20:43
6. Książka na Głos – 47:00
7. Matki Boskie Węgierskie – 58:06
8. Pożegnanie – 01:00:01

Często zabawiam się pytaniem znajomych, Polaków jak i Węgrów, czyj to pomnik stoi na środku placu Deáka. To jest tam w ogóle jakiś pomnik? to najczęstsza odpowiedź. Ci, którzy jakoś mgliście sobie coś na ten temat przypominają zwykle nie wiedzą o kogo chodzi.

Fakt, że pomnik swoją niedosłownością nie ułatwia zadania. Masywna, zarysowana kubistycznie postać chroni schowane z tyłu kruche w porównaniu dziecko. Nieco wyjaśnia dopiero napis z tyłu rzeźby „Gábor Sztehlo 1909-1974, pastor ewangelicki z bożą pomocą ocalił około 2000 dzieci i dorosłych w czasie koszmaru strzałokrzyżowców a później osieroconym ocaleńcom dał dom, wiarę i godność.” Z jakiś powodów nie jest wspomniane, że ocalonymi byli Żydzi.

Sztehlo zorganizował i potem prowadził 32 domy dziecka w okresie od marca 1944 roku do końca wojny. Nie tylko dzieci ale i większość personelu była Żydami. W ich utrzymaniu pomagał mu szwajcarski Czerwony Krzyż. Warto dodać, że w przeciwieństwie do bardziej znanego Wallenberga Sztehlo za swoją działalność ratowniczą mógł łatwo zapłacić głową.

Jednym z ocalonych dzieci był późniejszy zdobywca nagrody Nobla z chemii György/George Oláh.

Po wojnie dla ośmiuset żydowskich sierot oraz dzieci oficerów, wysiedlonych czy więźniów – w tym i strzałokrzyżowców, zorganizował Gaudiopolis. Ta dziecięca republika miała dziecięcy rząd, ustawy, własną walutę a nawet czasopismo satyryczne. Mieszkańcy uczyli się zawodów, uprawiali ogród, organizowali wydarzenia kulturalne. Kiedy instytucję odebrano mu nacjonalizując ją w 1950 roku zaczął zajmować się porzuconymi, przez nikogo nie chcianymi dziećmi z różnymi problemami.

Zmarł w Szwajcarii dokąd pojechał odwiedzić rodzinę, która opuściła Węgry w 1956 roku.

Zadziwiające dla mnie jest, że postać takiego formatu, przywodząca na myśl zarówno Irenę Sendlerową jak i Janusza Korczaka, jest tak słabo znana na Węgrzech. Wydawałoby się, że niewiele jest bardziej bezdyskusyjnych rzeczy niż ratować dzieci ale jednak Sztehlo nie trafił do kanonu wielkich Węgrów. Choć zdecydowanie ma tam swoje miejsce.

Pogański kościół w Verőce

Dziesięć lat temu pisałem o kościele w Verőce, którego poświęcenia odmówili biskupi trzech wyznań chrześcijańskich [HU]: katolicki, kalwiński i ewangelicki. Niedawno przejeżdzaliśmy przez tę wieś więc zboczyliśmy z drogi by zobaczyć tę niecodzienną budowlę zaprojektowaną przez architektów Endre Szűcsa i Pétera Tótha.

Widok z przodu, niech nas nie zwiedzie IHS na frontonie.
Widok z tyłu
W środku

Kościół koniec końców został zresztą poświęcony choć nie przez biskupów ale przez miejscowego pastora kalwińskiego, kapłana unitariańskiego oraz emerytowanego polowego biskupa kalwińskiego.

Ością niezgody był witraż z mitycznym ptakiem turulem. Legenda głosi, że nawiedził on we śnie Emese, żonę węgierskiego władcy, według jednej wersji zapładniając ją a według drugiej komunikając ciężarnej już kobiecie, że z jej łona wypłynie potok, który rozleje się po obcej ziemi. Było to odniesienie do syna Álmosa, który miał wyprowadzić Węgrów z Lewedii, krainy, w której wówczas żyli zaczynając ich wędrówkę w kierunku kotliny Karpackiej. Jak podkreśla opis kościoła [HU], z rodu Emese – dynastii Arpadów – wyszło najwięcej świętych w Europie i na świecie.

Turul trzymający Emese

Innym kontrowersyjnym elementem jest postać na sklepieniu. Choć wygląda jak Maria jest to Boldogasszony lub też Babba Mária [HU] czyli też przechrześcijańska jeszcze, boska postać kobieca wywodząca się z sumerskiego kultu płodności. Do niej to miała trafić po śmierci Emese.

Patronka płodności na sklepieniu

We wspomnianym opisie kościoła fakt, że biskupi odmówili konsekracji świątyni cytowany jest z oburzeniem: Węgrzy nie byli poganami odrzucającymi boga! Wierzyli w jednego boga, nie byli poganami! To jest świątynia a nie, jak sugerują biskupi, tylko jakieś miejsce pamięci!

Upamiętniany jest tutaj Trianon. Kościół uroczyście otwarto 4 czerwca 2010 roku właśnie w rocznicę podpisania tego traktatu (tu raczej używa się słowa „dyktatu”). Tutaj Węgrzy dowolnego wyznania mogą się błagać Boga (Węgrów) o „zmartwychwstanie” kraju, ulubionego terminu używanego przez rewizjonistycznych nacjonalistów.

Sam kościół jest pięknie położony na wzgórzu z pięknym widokiem na szereg wyremontowanych starych chałup do wynajęcia przez turystów. Jest nieduży, to w zasadzie kaplica ale foremny. Formą nawiązuje do ziarna pszenicy. Przypominać ma też niektóre z kościołów epoki Arpadów.

Widok ze środka
A na dole taka oto chałupa. Sprawdzam co to: muzeum Alberta Wassa.
Przed muzeum stoi takie oto gustowne popiersie pisarza.

Świątynia przybliża nie tyle Boga co Węgrów. Warta jest odwiedzin.

Radio Polonia Węgierska – 5. odcinek podcastu/Tokaj

W najnowszym odcinku audycji mówię najbardziej polskiej części Węgier czyli regionie tokajskim.

Pełen program podcastu:

– Powitanie- 00:00
– Serwis informacyjny- 02:48
– Przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka- 05:22
– Jeż Węgierski w eterze czyta autor Jerzy Celichowski- 15:13
– Rozmowa tygodnia z Alicją Śmigielską z Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie- 23:31
– Książka na Głos- 51:43
– Matki Boskie Węgierskie- 01:00:25
– Pożegnanie- 01:02:56

Tegoroczne wakacje zapowiadają się skromniej niż zwykle. Wszyscy mamy mniej pieniędzy, w wielu miejscach w dalszym ciągu w mocy są niesprzyjające turystyce ograniczenia, obawiamy się obecnej wciąż zarazy, która zresztą może znów wybuchnąć. Będzie więc pewnie ostrożniej i bardziej lokalnie. Znakomita to okazja by odkryć dla siebie nieodległe a ciekawe miejsca, które w innych okolicznościach zwykle przegrywają z egzotyczniejszymi celami.

Jednym z takich miejsc będzie z pewnością najbardziej z Polską związana część Węgier czyli region tokajski. O jakim związku tu mowa? Rzecz jasna chodzi tu o wino. W swoim czasie – w XVI, XVII, XVIII wieku – wino tokajskie, węgrzyny właśnie, dominowało na polskim rynku. Tokaje były nie tylko artykułem spożywczym, ale stały się częścią obyczajowości polskiej, głęboko wbudowały się w kulturę. Jan Kochanowski w żartobliwej fraszce Do starosty muszyńskiego wspomina Uhry – Węgry – skąd przywozi on dla siebie wina, mowa jest bez wątpienia o nieodległym regionie tokajskim. Polacy byli więcej niż po prostu odbiorcami win, kupcy z Polski byli obecni w regionie, swoimi zamówieniami kształtowali produkcję, niejednokrotnie się tam osiedlali. Dość powiedzieć, że po rozbiorach, kiedy region tokajski stracił polski rynek, sam też doświadczył uwiądu.

Dziś nie ma wielu widocznych śladów tej wcześniejszej symbiozy. Jednym z nielicznych jest nazwa szamorodni, według tradycji ustnej to odniesienie do win robionych z niewyselekcjonowanych gron – takich, jakimi się same urodziły – na rynek polski. Drugim, jak mi się wydaje, jest szklanka w znanym dwuwierszu o bratankach.

Tym niemniej tradycja kontaktów odżywa i okolice Tokaju dziś także chętnie odwiedzane są przez turystów z Polski. Więcej jest tam aut z polską rejestracją niż z sąsiedniej przecież Słowacji. W wielu restauracjach oferowane są jadłospisy po polsku, wielu wytwórców wywiesza polskie flagi by okazać, że chętnie widzą u siebie Polaków.

Choć w tym roku mniej będzie pewnie imprez masowych, festiwali to i tak warto podokrywać dla siebie różnych wytwórców, piwnice, miejsca. Jeśli ktoś ma małe dzieci można, jak to jest tutaj praktykowane w ramach lokalnej tradycji, w trakcie wyjazdu zapolować na słodkie aszú zrobione w roku urodzenia dziecka i odłożyć je na jego osiemnaste urodziny albo na wesele.

Tym co lubią więcej wiedzieć polecam blog Blisko Tokaju, którego autor Gabriel Kurczewski w unikalnie kompetentny sposób opowiada o regionie, jego związkach z Polską no i samych winach.

Areszt za post na facebooku

Wiem, że statystycznie nie ma to znaczenia ale choć nie znam nikogo, u którego potwierdzony zostałby koronawirus to mam jednak znajomego, którego zatrzymano za post na facebooku na mocy specjalnej ustawy wprowadzonej dla zwalczania epidemii, konkretnie fragmentu przewidującego sankcje za „sianie paniki.”

Znajomy jest stolarzem, zrobił coś dla bramę na prowincji (zresztą dobra robota), sympatyczny człowiek. Nazywa się András Kusinszki. Zanim przejdę dalej oto sam inkryminowany post:

Naprawdę? Czy szczyt czegoś, powodzi, epidemii, kryzysu gospodarczego, czegokolwiek, co może szczytować, oznacza, że to coś osiągnęło wartość maksymalną? A zatem jest tego najwięcej. Czy w przypadku koronawirusa oznacza to, że jest wtedy najwięcej nosicieli wirusa na Węgrzech? Tak? Wydaje mi się, że jeśli wtedy wyjdę z domu to będę miał największą szansę spotkać się z kimś zarażonym wirusem. Też tak uważacie? Pytam, bo mają nas za takich idiotów, że zaczynam w to wszystko wierzyć. A więc, jeśli nie mam racji, nazwijcie mnie ciężkim idiotą a sam będę wiedział, że nim jestem. No ale! Jeśli mam rację to jest tu problem. Nasz drogi przywódca, który nigdy nie błądzi, nigdy nie kłamie, oświadczył (a wielu ekspertów to potwierdziło), że w niedzielę 3 maja będzie w naszym kraju szczytować epidemia. Od poniedziałku 4 maja można poluźnić ograniczenia odnośnie opuszczania domu. Czy będzie to dotyczyć wszystkich czy też tylko emerytów, którzy są ciężarem dla budżetu? Wtedy bym to zrozumiał. Co więcej, odwiedzanie kościołów, klubów emeryta, imprez masowych powinno być wtedy obowiązkowe. Jeśli natomiast poluźnienie ograniczeń dotknie wszystkich to nie rozumiem. Swobodniej moglibyśmy się zatem ruszać przy większym ryzyku. W takim razie po co tyle cierpieliśmy przedtem?

Drogi dyktatorze, drogi przywódco! Wraz z tymi, którym podoba się to, co piszę zwracam się do ciebie byś nie zapędzał narodu w tę uliczkę! Dlatego, że powiedziałeś coś, czym zwiększasz swoją popularność i czego teraz nie zmienisz bo głównym twoim celem jest zachowanie władzy, nie ślij tysięcy na śmierć. Przez to, że nie podajemy prawdziwych danych, że utrzymujemy, że epidemia wygasa, kiedy ona się akurat rozszerza, umrą tysiące. Kto podaje sprzeczne z tym dane może liczyć na sankcje karne. Pracownikom służby zdrowia zakazane jest publiczne zabieranie głosu. Za sianie paniki (czy też podawanie prawdy) można nawet trafić do więzienia. Druga fala hiszpanki miała znacząco więcej ofiar niż pierwsza fala choroby.

Wiemy, niestety, że ciebie nie interesuje los tu żyjących ludzi ani ich śmierć. Ty na to wszystko srasz. Nie wiem, że z czego masz zrobione duszę i serce. Jesteś bezlitosnym tyranem, ale zapamiętaj, jak dotąd wszyscy dyktatorzy zostali obaleni.

Co się stało: Kusinszki zamieścił post 28 kwietnia, 12 maja policja, podobno na podstawie zgłoszenia, zaaresztowała go oraz zatrzymała jego laptopa. Został przesłuchany w charakterze podejrzanego, przeciw czemu złożył skargę. Prokuratura skargę uwzględniła i nie postawiła mu zarzutów. Formalnie śledztwo wróciło do policji, powinno być zamknięte.

Czyli, wydawałoby się, niby nic, przecież nasz bohater o sympatycznie polskim nazwisku nie zostanie ukarany z to, co napisał.

Nie do końca jednak bo każdy zrozumiał, że teraz za post na facebooku mogą być szykany (poza Kusinszkim miał też miejsce niedawno inny podobny przypadek). Bez więzienia czy grzywny zapewne, ale kto lubi areszt, przesłuchanie, zajęcie sprzętu komputerowego, upublicznienie takich faktów? Policyjne wideo z zatrzymania Kusinszkiego do tej pory dostępne jest w internecie. Wielu będzie się bać – i o to chodzi.

Ten wspis dedykuję Konradowi Sutarskiemu, który uważa, że Tusk nie jest Polakiem bo skrytykował Orbána za tendencje dyktatorskie.

Współczesny Orbán aresztuje młodego Orbána, plakat z wystawy ARC w 2017 roku.

Radio Polonia Węgierska – czwarty odcinek podcastu/1%

W najnowszym odcinku audycji mówię o ustawie o 1%: to węgierski wynalazek, który trafił też do Polski.

Pełen program podcastu:

– Powitanie – 00:00

–  Serwis polonijny – 04:55

– Przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 07:44

– Rozmowa Tygodnia z dr Katarzyną Tóth, pediatrą pracującą w Budapeszcie – 12:14

– Polecajki książkowe Igi Kolasińskiej – 32:58

– Książka na Głos – 36:27

– Jeż Węgierski w Eterze, autor Jerzy Celichowski – 46:47

– Matki Boskie Węgierskie – 52:35

– Pożegnanie – 56:24

A oto tekst mojego felietonu:

Okres rozliczeń podatkowych już trwa, w jego ramach między innymi można wskazać organizację społeczną czy też związek wyznaniowy, którym chcielibyśmy przekazać po procencie naszego podatku. Nie wszyscy pewnie wiedzą, że pomysł pochodzi z Węgier, tu został wprowadzony a następnie ściągnięty do Polski.

Koncepcja ustawy o 1% pojawiła się w roku 1991, w trakcie dyskusji parlamentarnej nad zwrotem majątku kościelnego. Głównym pomysłodawcą był Tamás Bauer z liberalnego Związku Wolnych Demokratów (SzDSz). Będąca wówczas w opozycji partia zaproponowała, by zamiast zwrotu majątku wprowadzić system, w ramach którego obywatele sami decydowaliby, jaki związek wyznaniowy chcą wesprzeć częścią swego podatku. Nowy system, poza pełnym rozdziałem Kościołów od państwa, miał też doprowadzić do jednakowego traktowania wszystkich wspólnot wyznaniowych – także nowo powstałych i dynamicznie się rozwijających. Miał także pomóc w ustaleniu faktycznego poparcia, jakim cieszą się one w społeczeństwie.

W tym samym czasie pojawił się pomysł, by analogicznie rozdzielać subwencje państwowe dla organizacji społecznych. W tym czasie pieniądze te rozdzielała specjalna komisja parlamentarna – nietrudno zgadnąć, że jej decyzje zwykle okazywały się przychylne dla organizacji bliskich większości rządowej. Projektodawcom chodziło o uniezależnienie subwencji od bieżącej polityki. Liczyli też, że nowy system będzie służył kształtowaniu bliższych więzi między organizacjami społecznymi a obywatelami i wzrostowi samoświadomości podatników.

Pogoda dla reformatorów nastała dopiero w 1994 r., gdy po wyborach ZWD wszedł do koalicji rządowej. Ustawę, związaną z nazwiskiem ówczesnego ministra oświaty i kultury Gábora Fodora, przyjęto dopiero w 1996 r., kiedy na skutek kryzysu finansów państwa nie dało się już dalej odwlekać reformy systemu finansowania kultury i organizacji społecznych. Początkowo proponowano, by w gestii podatników pozostawić tylko jeden procent podatków, który mogliby przeznaczyć na jakiś Kościół lub organizację społeczną. Jednak na skutek protestów ze strony Kościołów, które nie chciały konkurować z różnymi, w ich oczach nie zawsze szacownymi organizacjami, zdecydowano się w końcu na oddanie w ręce podatników dwa razy po jednym procencie.

Do Polski system trafił w 2001 roku.

Zachęcam wszystkich do wykorzystania tej możliwości, czy ktoś płaci podatki na Węgrzech czy też w Polsce. Sam od kilku lat przekazuję mój 1% podatku na rzecz fundacji Rodzice dla Szkoły Polskiej.


Radio Polonia Węgierska – trzeci odcinek podcastu/Kádár

W najnowszym podcaście mówię o jadłodajni Kádár, tekst poniżej.

Pełna zawartość audycji:

– Powitanie – 00:00
– Wiadomości polonijne – 03:57
– Przegląd polskich tygodników – 07:38
– Rozmowa tygodnia – historyk dr Kamil Paździor – 14:52
– Polecajki książkowe Ingi Kolasińskiej – 36:57
– Książka na głos – 41:11
– Jeż Węgierski w eterze – 46:30
– Matki Boskie Węgierskie – 54:05
– Pożegnanie – 56:41

Niedawno pojawiła się wiadomość, że legendarna śródmiejska jadłodajnia Kádár jest na sprzedaż. Kto tam był to na pewno pamięta obrusy w kratkę, butelki z wodą sodową na stołach, domowe dania, specjalności zakładu takie jak sobotni czulent czy też arany galuskę, na ścianach zdjęcia z autografem podarowane przez większe lub mniejsze gwiazdy (takie jak zdobywca wojewódzkiego tytułu mistrzowskiego w zapasach w jakimś tam roku 1966 czy też jakiś zupełnie zapomniany zespół folkowy), kelnerki, którym napiwek wsuwało się do kieszeni fartuszka czy też wreszcie kelnera o zachmurzonej twarzy Marlona Brando, który urzędował przy wyjściu gdzie przyjmował zapłatę. Czyste retro. Ostatnio miejsce było nienajtańsze, raczej coś na sobotni obiad niż szybki lunch w środku tygodnia.

Może ktoś, kto to kupi będzie chciał podtrzymywać ponadsześćdziesięcioletnią tradycję miejsa ale na to nie liczę, więc to już raczej koniec, Kádár przeszedł do historii. Cieszę się, że tam byłem parę razy, zrobiłem tam nawet parę zdjęć.

Nie pierwsza to rzecz, która na moich oczach przenosi się do przeszłości. Było wśród nich masa romkocsm – kto pamięta jeszcze Iskolę, dwie edycje Mumusa, Muszi, Tűzraktér, stary Fogas czy też pierwotny Instant? Znikł też namiot piwny w Városliget a także wesołe miasteczko obok zoo. Nie ma już tablicy na placu Hunyadi z informacją, między innymi w języku polskim, o zakazie handlu bez zezwolenia, tej pamiątki burzliwych lat 90-tych.

Nie wyliczam tych rzeczy, żeby narzekać, że wszystko co dobre znika, że „kiedyś to było” a teraz to już nie. Chodzi mi o coś innego: dla mnie to kolejny bodziec by starać się odkrywać moje otoczenie – dzielnicę, Budapeszt, Węgry, sąsiednie kraje. Jest tam masa ciekawych rzeczy, które czekają by je poznać. Są one dostępne teraz, trzeba to wykorzystać. Za jakiś czas może ich już nie być, mogą przestać być dostępne, my też możemy być gdzie indziej.