Radio Polonia Węgierska 40 / Mundruczó w Netflixie

W najnowszym odcinku podcastu mówię (28:00) o filmie Mundruczó w Netflixie a mowa jest o jednym z najciekawszych współczesnych reżyserów węgierskich.

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd polskiej prasy tygodniowej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenia
6. Pożegnanie
Autorzy: R.Rajczyk, A.Szczęsnowicz-Panas, J.Celichowski, P.Piętka

Obejrzawszy w Netflixie seriale Rojst czy 1983 zastanowiłem się czy jest tam może coś węgierskiego. Jedną rzecz znalazłem ale nie byle jaką a mianowicie kanadyjski film pt. Pieces of a Woman węgierskiego reżysera Kornela Mundruczó.

Film opowiada o kobiecie, której dziecko umiera chwilę po porodzie. Ta tragedia powoduje rozpad jej związku, zrozumienia nie znajduje także u manipulującej matki, która zarzuca jej, że decydując się na poród domowy doprowadziła do dramatu. Jest zupełnie sama i inaczej być nie może bo tym co przeżywa nie ma jak się z kimś innymi podzielić.

Choć film dzieje się gdzieś w Ameryce Północnej postać pomagającej przy porodzie domowym duli węgierskim odbiorcom jednoznacznie kojarzy się z Ágnes Geréb, promotorką porodów domowych na Węgrzech bezlitośnie tępioną przez medyczny establishment. To popularna postać, w obronie której odbywały się manifestacje uliczne. Kiedy siedziała w areszcie w dniu jej urodzin pod więzieniem ludzie śpiewali dla niej piosenki.

Mundruczó nie unika ciężkich tematów. Zrobił przedstawienia teatralne na temat eutanazji oraz prostytucji. Wyreżyserował film o uchodźcach oraz film o rewolcie psów ze schroniska – wielką alegorię buntu uciśnionych. W węgierskiej kinematografii nader często pojawiają się filmy rozrywkowe czy też subtelnie artystyczne, na ich tle Mundruczó mocno się wyróżnia.

W jego filmach czy spektaklach nie ma taniego moralizowania. Pokazuje ludzkie, bardzo współczesne, dramaty, konfrontuje odbiorcę z nimi. Niepokoi, zmusza do przyjrzenia się sprawom, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy, bywa, że z wyboru, bywa, bo brak nam do tego odwagi albo też nie potrafimy o nich myśleć. Choć zdawać się może, że to wydumane tematy to jednak kto może powiedzieć, że nigdy nie dotknie go tragedia śmierci nowonarodzonego dziecka? Filmów i przedstawień teatralnych Mundruczó się nie zapomina.

Film zresztą ma pewien aspekt polski. W teatrze TR Warszawa Mundruczó, który i wcześniej tam pracował, wyreżyserował niedawno spektakl pt. Cząstki kobiety, który, można przypuszczać, jest teatralną wersją filmu.

Mundruczó to jeden z najciekawszych współczesnych węgierskich reżyserów. Warto dodać, że swoje filmy i przedstawienia teatralne robi razem z Katą Wéber, która jest w zasadzie ich współautorką. Szkoda, że na Netflixie nie ma do ich filmu polskich napisów – są węgierskie – ale i tak dla wielu jest to możliwość wielkiego przeżycia fimowego – a także bycia na bieżąco z kulturą węgierską.

Radio Polonia Węgierska 39/ przedwojenny węgierski światowy przebój

W ostatnim odcinku podcastu opowiadam (24:00) o węgierskim szlagierze, który – przed wojną – podbił cały świat. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Autorski przegląd polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenie
6. Pożegnanie

Jeśli ktoś myśli, że szczytem osiągnięć węgierskiej muzyki rozrywkowej są sukcesy LGT, Omegi czy też może dua Szörényi-Bródy to się myli. Ich niepodważalne osiągnięcia nie umywają się do sukcesu Rezső Seressa, autora światowego przeboju Szomorú vasárnap czy też po polsku Smutna niedziela z 1935 roku.

Ta piosenka o smętnej melodii zyskała ponurą sławę nieformalnego hymnu samobójców. Podobno pewien samobójca obok listu pożegnalnego miał przy sobie nuty do niej. Podobno służąca, która wypiła truciznę została znaleziona z nutami ręku. I tak plotka ruszyła w świat.

Sensacja stała się dla piosenki świetną reklamą. Artykuły na jej temat pojawiły się najpierw w prasie węgierskiej a następnie światowej – szwajcarskiej, włoskiej, francuskiej, niemieckiej. New York Times napisał, że pod jej wpływem Węgrzy masowo popełniają samobójstwo skacząc do Dunaju.

Seress, dotąd mało znany, zaczął być popularny. Piosenkę nagrano w czterdziestu językach, w tym i po polsku (wykonywał ją między innymi Mieczysław Fogg), doczekała się ponad setki wydań płytowych. Był to przebój światowy pierwszej klasy.

2c0896ef8d7af17e71d5e90bd3012076d72bfc4c48abb518af62eef243f391b1678bc7ca562bf13f916ecaf4a88dcb2417d5cb5799e9d0c3b5c050ebcd160a82f3aa7074d835c1e10694942e5fddeb19

Mimo tego sam Seress nie zmienił trybu życia. Nie opuszczał w zasadzie siódmej dzielnicy Budapesztu gdzie mieszkał, grywał w tamtejszej restauracji Kulács. Dostał zaproszenie by dać koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku, ale odmówił. Podobno dlatego, że grać na pianinie nauczył się sam i uważał, że nie umie tego robić dobrze. Nigdy nie nauczył się zapisu nutowego, swoje kompozycje gwizdał a spisywali je inni.

W czasie wojny jako Żyda wysłano go do służby w batalionach pracy. Przeżył bo podobno rozpoznał go niemiecki oficer, który przed wojną słyszał go jak gra w Kulácsu.

Po wojnie, mimo sporego sumy na koncie w USA, do której nie miał dostępu, klepał biedę. Mieszkał w domu, w którym żyło wielu muzyków i aktorów. Gábor Presser, członek zespołów Omega i LGT, który był sąsiadem Seressa, wspominał potem, że każdego dnia w określonej kolejności odsłuchiwał on różnych nagrań Szomorú vasárnap.

Swoje życie zakończył samobójstwem skacząc z okna.

Pomnik morderców

Jeden z najbardziej zdumiewających pomników w Budapeszcie jest turul z XII dzielnicy. Oficjalnie ma on upamiętniać ofiary drugiej wojny światowej z tej dzielnicy. Tak jednak nie jest bo zdaniem wielu jest to raczej pomnik wystawiony mordercom-strzałokrzyżowcom.

Dwunasta dzielnica to szczególne miejsce z punktu widzenia historii strzałokrzyżowców. Tutaj ich partia osiągała świetne wyniki wyborcze, tutaj też, w końcowej fazie wojny, działała ich najprężniejsza – najbrutalniejsza – organizacja. Zamknięty wokół Budapesztu pierścień zaciskał się coraz bardziej, jej aktywność tym niemniej koncentrowała się na „wrogach wewnętrznych” czyli Żydach, których łapano, grabiono, torturowano, gwałcono i mordowano. Pisałem o tym więcej tu omawiając wstrząsające książki Gábora Zoltána Orgia i Szomszéd.

Te książki poruszyły też dziennikarza portalu 444 Dániela Ácsa, który postanowił zająć się temat i zrobić film dokumentalny na temat pomnika, który już wcześniej budził wielkie kontrowersje. Godzinny film dostępny jest w internecie z angielskimi napisami. Ten wpis w dużej mierze opieram na pochodzących z niego informacjach.

Pomnik postawiono w 2005 roku. Zrobił to kontrolowany przez Fidesz samorząd dzielnicy – bez wymaganych zezwoleń. Próby działań administracyjnych mające na celu usunięcie nielegalnego obiektu budowlanego spotkały się z protestami organizowanymi przez skrajnie prawicowy Jobbik razem z Fideszem, co było pierwszym przykładem takiej współpracy. Na demonstracjach pojawiały się maszerujące kolumny Węgierskiej Gwardii, bojówki Jobbiku, grzmiało hasło Precz z Żydami (Mocskos zsidók).

Problemem nie były jedynie administracyjne braki. Pomnika nieprzypadkowo broniła skrajna prawica: turul to od czasów strzałokrzyżowców jej jednoznaczny symbol. Sam pomnik ustawiono w centrum obszaru działalności dzielnicowej organizacji strzałokrzyżowców od odległości kilkuset metrów od miejsc ich kolejnych zbrodni.

Nie tak dawno okazało się, że z pomnikiem łączy się jeszcze jedna ciemna sprawa. Na jego bokach umieszczono kilkaset nazwisk mieszkańców dzielnicy, którzy zginęli w czasie wojny. Zbierano jej między innymi przez ogłoszenia w dzielnicowej gazetce samorządowej. W październiku 2019 roku w czasopiśmie Mozgó Világ ukazał się artykuł [HU] opisujący zbrodniczą działalność w ramach partii strzałokrzyżowców Józsefa Pokorniego, dziadka obecnego burmistrza dzielnicy z ramienia Fideszu Zoltána Pokorniego. Okazało się, że jego nazwisko widnieje na pomniku. Nazwisko mordercy obok nazwisk ofiar.

Nazwiska na pomniku są na paskach z boku.

Krótko po tym burmistrz wygłosił poruszające przemówienie i obiecał zająć się sprawą pomnika, którego poprzednio bronił („turul będzie stał póki ja jestem burmistrzem”). Pisałem o tym tu.

Wracając do pomnika, jeszcze w okresie pierwszej wojny światowej turul był symbolem męstwa wojskowego. Dlatego często spotkać go można na licznych pomnikach upamiętniających ofiary tej wojny stojące w większych i mniejszych miejscowościach na Węgrzech.

W okresie międzywojennym jednak przejęła go skrajna prawica, między innymi Stowarzyszenie Turula (Turul Szövetség), które głosiło hasła całkowitego wyeliminowania Żydów z życia publicznego.

Pod symbolem turula dzielnicowa organizacja strzałokrzyżowców dokonywała swoich zbrodni. Jednym z ich form było rozstrzeliwanie osób uznanych przez nich za Żydów nad Dunajem tak by ciała od razu wpadały do wody – tak zamordowano tysiąc trzysta osób.

Jeszcze wtedy kiedy walki toczyły się już na terenie dzielnicy miejscowi strzałokrzyżowcy wymordowali uznanych za Żydów chorych i personel szpitala przy ulicy Maros, szpitala im. Dániela Bíró oraz mieszkańców domu starców przy ulicy Alma. Aktywnym udziałem w tych trzech zbrodniach odznaczył się József Pokorni.

Organizacja strzałokrzyżowców w XII dzielnicy liczyła 110 członków. Z tego 22 skazano po wojnie na karę śmierci, 38 dostało inne wyroki. Część, w tym i József Pokorni, zginęła jeszcze w czasie wojny, część uniknęła kary.

Najsłynniejszą postacią tej organizacji był András Kun, były franciszkanin, który chodził w habicie z partyjną opaską na ramieniu i pistoletem przy pasie. Wygłaszał on kazania w kościołach, zagrzewał do działania, pełnił rolę charyzmatycznego ideologa. Szaleństwo jego działań przekroczyło próg wrażliwości przywództwa partii i został on zaaresztowany. Z więzienia wypuścili go Rosjanie, którzy wypuścili wszystkich więźniów bez badania kim są. Zatrzymany powtórnie został skazany na wyrok śmierci, który wykonano.

András Kun, kadr z filmu
András Kun, kadr z filmu

Po krótkiej fali rozliczeń bezpośrednio po wojnie strzałokrzyżowców nie nękano w sposób systematyczny. Nie byli oni celem żadnej z kampanii prześladowań, które dotykały przedwojennych oficerów, posiadaczy, kler, bogatych chłopów, socjaldemokratów itp. Związane z nimi śledztwa prowadzono tylko po rewolucji 1956 roku. W 1967 roku zorganizowano process strzałokrzyżowców z XIV dzielnicy. Nie jeden z byłych nyilasów wstąpił do partii.

Historycy, których samorząd poprosił o zbadanie sprawy pomnika po nagłośnieniu sprawy nazwiska Józsefa Pokorniego na pomniku doszukali się na nim w sumie 21 nazwisk strzałokrzyżowców. Okazało się przy tym, że brak jest nazwisk wielu znanych ofiar, między innymi uczestnika ruchu oporu generała Jánosa Kissa czy też ratującego Żydów księdza Ferenca Kálló, obu zamordowanych przez nyilasów. Pojawia się nazwisko Istvána Poisa, który choć sam nie był Żydem to jednak nie chciał opuścić aresztowanej żony Żydówki. Oboje ich zamordowali nyilasowie, ale jej nazwiska na pomniku brak. Jak zauważył jeden z badających pomnik historyków Krisztián Ungváry, nie byli oni ofiarami wojny, zostali zamordowani przez rodaków, sąsiadów.

Pojawia się pytanie czy stawiając ten pomnik samorząd tych wszystkich faktów nie znał, co fatalnie świadczyłoby o jego kompetencjach, zignorował je czy też była to świadoma próby rehabilitacji strzałokrzyżowców w historii węgierskiej. Nie wiadomo, która z tych opcji jest gorsza.

Historycy zaproponowali by pomnik przemianować na pomnik pierwszej wojny światowej, przenieść na inne miejsce a nazwiska usunąć. W głosowaniu na posiedzeniu samorządu głosami Fideszu (sam Pokorni się wstrzymał) propozycję przeniesienia pomnika odrzucono.

Nazwisko Józsefa Pokorniego na pomniku już nie ma. Ale problem, który jest większy, niż to nazwisko czy też nawet sam pomnik, pozostał.

Miejsce po nazwisku Józsefa Pokorniego. Było obok nazwiska Istvána Poisa.
Turul, problem dla dzielnicy, problem dla kraju

Radio Polonia Węgierska 38 / kolęda ocalona na Węgrzech

Zapomniana w Polsce derencka kolęda ocalała na Węgrzech – o tym zaskakującym efekcie moich poszukiwań opowiadam w najnowszym podcaście (26:00). Pełen program podcastu wraz z moim tekstem poniżej.

1.Powitanie
2. Serwis informacyjny (R. Rajczyk)
3. Autorski przegląd polskich tygodników (R. Rajczyk)
4. Jeż Węgierski w eterze (J. Celichowski)
5. Rozmowa z dr Tomaszem Kurpierzem (IPN), autorem monografii H. Sławika (R. Rajczyk)
6. Pożegnanie

Parę tygodni temu opowiadałem o kolędzie z Derenka: ainteresowałem się tym czy jest może znana w Polsce i okazało się, że nikt tam o niej nie słyszał. Dowiedziałem się przy tym, że kolęda jest popularna na Słowacji, gdzie wykonywana jest po słowacku i rusińsku. Czyżby więc mowa była o kolędzie słowackiej a nie polskiej? No i czy sami derenczanie to raczej Polacy czy Słowacy?

Postanowiłem szukać dalej i udało mi się znaleźć dwóch znawców muzyki ludowej z Podhala, Jana Karpiela-Bułeckę oraz Krzysztofa Trebunię-Tutkę, którzy niezwykle życzliwie i cierpliwie odpowiadali mi na moje pytania. Okazało się, że tekst wykonywanej przez zespół Drenka Polska kolędy, mimo pewnych zniekształceń oraz naleciałości węgierskich, to gwara spiska bliższa polskiemu niż słowackiemu. Jan Karpiel-Bułecka zadał sobie trud napisania tego tekstu czystą gwarą, taką jaka jest w użyciu i obecnie.

Czyli ta kolęda, zapoznana w Polsce, przetrwała w jej polskiej wersji tu, na Węgrzech, dzięki derenczanom, a w szczególności zespołowi Drenka Polska. Żartobliwie można by powiedzieć, że to drugi, obok biblii królowej Zofii, zabytek kultury polskiej, który przeżył na Węgrzech.

Co do samej kolędy to nie warto szukać w niej jakiegoś jednoznacznie określonego charakteru narodowego. Spisz to region, gdzie kultury i tożsamości się przenikają. Krzysztof Trebunia-Tutka napisał mi:

Myślę, że w tradycji muzycznej najpiękniejszą rzeczą jest właśnie to przenikanie motywów muzycznych, tanecznych i słownych pomiędzy Słowakami, Rusinami (Łemkami) i Polakami. Wielu czuje się członkami dwóch (lub trzech) narodów (mieszane pochodzenie, mieszane małżeństwa itd.) Dzięki Bogu (i Unii Europejskiej) – dziś można dosyć spokojnie się do tego przyznać. Na swoich koncertach (Trebunie-Tutki, Śleboda, Kapela Młodych Tutków) podkreślam nasze polskie (małopolskie), ale też karpackie pochodzenie.

Do tej wyliczanki mógłby pewnie, dzięki Derenkowi, dołączyć i Węgry. Ta kolęda wszędzie jest u siebie.

Szalenie ciekawe są dla mnie te odkrycia. Tutejsza polonia, niewielka liczbowo, ma w rękach taki unikalny skarb. Przypomina on o naszych związkach ze Spiszem, warto go kultywować.

Margit Dezsőné Bozsik i Viktória Gáborné Jurecska podczas wizyty w szkole polskiej przy ambasadzie w 2013 roku, to im i wielu innym derenczanom zawdzięczymy przetrwanie kolędy.

Polsko-spisko-słowacka kolęda z Derenka

Nie tak dawno pisałem o starej kolędzie, którą usłyszałem w wykonaniu zespołu Drenka Polska. Dowiedziałem się, że ta kolęda jest znana na Słowacji ale nie w Polsce. Pojawiło się niewypowiedziane a ciekawe pytanie: czy może derenczanie mają więcej wspólnego ze współczesnymi Słowakami niż Polakami?

Zacząłem głębiej szukać i skontaktowałem się ze znawcami muzyki Podhala Janem Karpielem-Bułecką oraz Krzysztofem Trebunią-Tutką, którzy cierpliwie i wyczerpująco odpowiadali na moje pytania, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Dowiedziałem się o skomplikowanej sytuacji narodowościowej na Spiszu (większa część regionu leży na Słowacji), skąd wywodzą się derenczanie. To napisał mi Jan Karpiel-Bułecka:

Cudowne jest to, że ci ludzie jako Spiszacy zachowali polską świadomość narodową. Po prostu wyemigrowali ze Spisza jeszcze przed słowacką, póżniej czechosłowacką, indoktrynacją. (…) Dziś spiscy górale na Słowacji za Polaków się nie uważają, choć mówią, grają i noszą się po naszemu. Smutne, ale jest to robota Węgrów, którzy nie dali polskiego księdza ani nauczyciela z obawy przed utratą kawałka terytorium. Woleli dać Słowaków, aby im namieszać w głowach. I tak im z tego nic nie wyszło, bo znaczna część słowackich Spiszaków i Orawian uważa się za Górali a nie Słowaków, ale też nie Polaków. Obecna słowacka władza jak kiedyś czechosłowacka wpiera im, że są takim małym słowiańskim narodem i przeciwstawiają im literacką polszczyznę jako dowód. Oni natomiast doskonale ten język rozumieją i szybko się go uczą.

Te informacje uzupełnił Krzysztof Trebunia-Tutka:

Na Spiszu przez wieki mieszkali też Rusini (zwani po polskiej stronie Łemkami), którzy mieli poczucie odrębności etnicznej (pismo, religia), ale nie utożsamiali się wprost z Ukrainą. Do dziś niektórzy uważają się za grupę górali ruskich stanowiących odrębny naród (w 1918 r. utworzyli nawet Ruską Ludową Republikę Łemków), a inni uważają się za ruską (łemkowską) grupę etniczną narodu ukraińskiego.

A to Jan K-B napisał mi o samej kolędzie:

Uprzejmie informuję, że odsłuchałem wszystkich wersji i jest to jak z tego wynika kolęda słowacka ale w polskojęzycznych częściach Spisza, Orawy czy Kysuc ludność tłumaczyła sobie teksty w naturalny sposób. Siłą rzeczy powstawały tzw. makaronizmy celem utrzymania rymu. Baby z Derenka śpiewają ,,kie jasno gwiozda” a nie „ked jasna hvezda”, jedynym słowakizmem jest użycie ,,lem” ale kiedyś było to powszechne i na Podhalu. Jak Pan słyszy i Rusnacy i Łemkowie mają swoja wersje. Bo różnice językowe są niewielkie.

Ciekawe rzeczy dodał Krzysztof T-T:

Przez cały okres powojenny, a nawet w okresie międzywojennym Spisz był dosyć mocno podzielony granicą. Mimo kontaktów zespołów regionalnych, spotkań podzielonych granicą rodzin, pracy w strefie nadgranicznej, nie było tak mocnego przenikania repertuaru ludowego jak wcześniej (Austro-Węgry).

Te nagrania współczesne niczego do końca nie przesądzają, bo oczywiście są po słowacku, ale tak się dzieje też po polskiej stronie, że gwara stopniowo upodabnia się do języka ogólnopolskiego. 

Myślę, że w tradycji muzycznej najpiękniejszą rzeczą jest właśnie to przenikanie motywów muzycznych, tanecznych i słownych pomiędzy Słowakami, Rusinami (Łemkami) i Polakami. Wielu czuje się członkami dwóch (lub trzech) narodów (mieszane pochodzenie, mieszane małżeństwa itd.) Dzięki Bogu (i Unii Europejskiej) – dziś można dosyć spokojnie się do tego przyznać. Na swoich koncertach (Trebunie-Tutki, Śleboda, Kapela Młodych Tutków) podkreślam nasze polskie (małopolskie), ale też karpackie pochodzenie.

Wydaje mi się, że kolęda jest ze Spisza (raczej części obecnie należącej do Słowacji, ale kiedyś będącej też w granicach Rzeczypospolitej – jak Stara Lubownia i pozostałe 14 „miast spiskich” danych przez Zygmunta Luksemburczyka w zastaw królowi polskiemu). Mogła mieć więc swoje wersje w gwarze spiskiej (polsko-słowackiej) i ruskiej (rusnackiej), a potem została zaadoptowana do języka ogólnosłowackiego (2 poł. XX w). Tak stało się z wieloma melodiami z tamtych stron.

A JK-B sprawił mi wspaniały prezent podając tekst kolędy napisany gwarą góralsko-spiską oczyszczony z węgierskich naleciałości.

KIEDY JASNO GWIOZDA z njeba wychodziyła
wtedyj Panienka Maryja syna porodziyła.
Jak Go porodziyła, siumnie mu śpiywała
Loloj, luloj synu Boski bo jo by barz spała.
Mamo moja mamo, cekoj lem godzinke
Nim jo zońde jaz do raju po twojom pierzynke.
Oj synu mój synu jakbyś ty to zrobioł
Nie minena lem godzinka jageś sie narodziył.
Mamo moja mamo, cy bedzies wierzyła
Ze jo stworzył niebo i ziym i całom nature.

Tekst kolędy wrócił tak do źródeł.

Nasza derencka kolęda ma więc po prostu spiskie korzenie, a ponieważ spiska kultura stała się częścią i polskiej i słowackiej, a także zresztą rusińskiej, kultury, to i do nich kolęda należy, choć znana jest akurat na Słowacji a nie w Polsce. Dzięki Derenkowi obecna jest i w kulturze polskiej na Węgrzech. Jest unikalna, warto ją kultywować.

Derenk, kawałek Spisza na Węgrzech

Radio Polonia Węgierska 37 / cała prawda o „znajomych”

Nie zrozumiesz Węgrów dopóki nie zrozumiesz czym jest tutaj znajomy. O tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu (21:20). Pełen program tu, moja gadka poniżej.

– Powitanie
– Serwis przyg. Robert Rajczyk
– Autorski przegląd polskiej prasy przyg. Robert Rajczyk
– Jeż Węgierski w eterze przyg. Jerzy Celichowski
– Urywki historii przyg. Maciej Jasiński
– Pożegnanie

Czasami wydaje mi się, że drugim słowem po słowie „mama”, którego się uczą węgierskie dzieci jest słowo „znajomy”.

Kto mieszka czy mieszkał na Węgrzech wie, że w sytuacji gdy potrzeba hydraulika, lekarza, mechanika samochodowego i tak dalej, pierwszą rzeczą, o którą Węgier spyta jest: czy znasz kogoś? Nie jest to pytanie: czy możesz kogoś polecić? ale właśnie: czy znasz kogoś?

Różnica z pozoru niewielka ale jednak istotna. Tu nie chodzi o wybór najlepszego, sprawdzonego i wartego rekomendacji fachowca czy też informację o sposobie rozwiązania problemu ale pytanie o to, czy w danej sytuacji istnieje możliwość powołania się na nieformalny kontakt. Tak jakby to, że się kogoś zna liczyło się bardziej niż to jak dana instytucja powinna normalnie działać. Tak jakby formalne reguły funcjonowania instytucji, społeczeństwa, państwa nie miały tu żadnego znaczenia.

Ten kult znajomości, ich paniczne poszukiwanie w sytuacji potrzeby, pokazuje jak niskie jest poziom zaufania społecznego na Węgrzech. Obcemu nie można zaufać, dlatego potrzeba znajomego. Jeśli zwrócić się do danego fachowca bez powołania się na znajomości nie można liczyć na to, że sumiennie wykonana zlecone mu zadanie, nawet jeśli wchodzi to w zakres jego obowiązków.

Ciekawe, że w zasadzie nie liczy się na ile dobry jest dany hydraulik, lekarz czy też mechanik samochodowy bo nie tego tyczy się pytanie tylko czy się go zna. I to nie koniecznie osobiście, wystarczy, że sąsiadka ma kuzynkę, której brat chodził do postawówki z danym hydraulikiem, lekarzem czy też mechanikiem samochodowym, to już jest znajomy.

Zważywszy na to, że każdy hydraulik, lekarz czy też mechanik samochodowy, zarówno ten dobry jak i kiepski, ma podobną ilość znajomych, widać, że samo kryterium bycia znajomym nie stanowi koniecznie gwarancji jakości poszukiwanej usługi.

Kult znajomości jest oznaką strachu. Bez kokonu znajomych chroniących przed światem, który przeraża, nie ma jak żyć. Nie wiem kiedy to mogło by się zmienić, póki co więc zapamiętajmy to słowo: znajomy to po węgiersku ismerős.

Stary, nie znasz może jakiegoś mechanika samochodowego? źródło: Fortepan / Piarista Levéltár/Holl Béla
O tak, sąsiadka ma kuzynkę, której brat chodził do postawówki z chłopakiem, który jest teraz mechanikiem samochodowym, źródło: Fortepan / Szűcs Lóránd

Radio Polonia Węgierska 36 / antyrockowy musical

Czy można zrobić rockowy musical z antyrockowego paszkwilu? Można. O tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu (20:40). Program poniżej, jeszcze niżej cały mój tekst.

1. Powitanie
2. Serwis ( R. Rajczyk)
3. Autorski przegląd polskich tygodników (R. Rajczyk)
4. Jeż Węgierski w eterze (J. Celichowski)
5. Urywki historii (I. Gass)
6. Pożegnanie

Czy można zrobić rockowy musical z antyrockowego paszkwilu? Można. I to z jakim rezultatem.

Może zacznijmy od paszkwilu: w 1971 roku pisarz Tibor Déry napisał niewielką powieść pt Képzelt riport egy amerikai popfesztiválról czyli Wyobrażony reportaż z amerykańskiego festiwalu pop. Głównymi bohaterami są mąż i żona, węgierskie emigracyjne małżeństwo. Ona uciekła od męża na festiwal rockowy, on jej teraz szuka. Można się domyśleć, że całość skończy się tragicznie: kobieta umiera od przedawkowania heroiną, mężczyzna, ugodzony nożem w plecy, trafia do szpitala.

Sam festiwal co do szczegółów zgadza z Altamont Speedway Free Festival, który odbył się w Kalifornii w grudniu 1969. Owiany jest ponurą sławą z powodu fali przemocy, która się na nim pojawiła. Emblematyczne stało się morderstwo Mereditha Huntera popełnione przez członków gangu Hells Angels zatrudnionych jako ochroniarze na koncercie The Rolling Stones.

Déry oparł się na relacjach w zachodniej prasie niemal słowo w słowo wykorzystując zamieszczone tam artykuły. Obecnie brzmi to absurdalnie ale wówczas dostęp do zachodnich czasopism oraz znajomość języków obce były bardzo ograniczone i coś takiego było możliwe.

Obraz festiwalu jaki wyłania się z tekstu jest ponury: narkotyki, ogłupiająca muzyka, przemoc, błoto, głód i zimno. Tłum idący na koncert kojarzy się bohaterom z kolumną popędzanych na egzekucję Żydów a Hells Angels ze strzałokrzyżowcami.

I to z tego tekstu teatr Víg postanowił zrobić musical. Najpierw do współpracy zaprosili słynne duo rockowych twórców Jánosa Bródy i Levente Szörényiego, który odmówili pracy z tym tekstem z powodu jego antyrockowego charakteru. Zgodzili się natomiast Gábor Presser oraz Anna Adamis. Presser tłumaczył później, że gdy zapytał Déryego czy dobrze rozumie, że w tekście chodzi o to, że gdziekolwiek człowiek wyjedzie zawsze ze sobą zabierze Węgry, ten to potwierdził. To miało przeważyć w decyzji.

I tak w 1973 roku powstał pierwszy węgierski, jak to nazwano, tragiczny musical rockowy. Odniósł on oszałamiający sukces. Oryginalny spektakl doczekał się czterystu przedstawień a i potem wystawiano go jeszcze wielokrotnie na różnych scenach, w tym po niemiecku oraz po angielsku. Muzyka z musicalu do dziś cieszy się popularnością. Paradoksalnie jak na utwór będący przeniesieniem na scenę antyrockowego paszkwilu niektóre z tych piosenek trafiły do kanonu węgierskiego rocka i niewielu tylko pamięta okoliczności ich powstania.

Legendarna okładka płyty z muzyką musicalu autorstwa Györgya Keménya

Zainteresowanym tą muzyką polecam trzy kawałki: Valaki mondja meg, Ringasd el magad oraz Vinnélek vinnélek.

Radio Polonia Węgierska 35/ jak pozostać Polakiem za granicą

Jak pozostać Polakiem za granicą? Rozwiązanie tego problemu podaję w najnowszym podcaście (23:50). Pełen program poniżej, jeszcze niżej mój tekst.

1. Powitanie
2. Serwis (R.Rajczyk)
3. Przegląd polskich tygodników (R.Rajczyk)
4. Jeż węgierski w eterze (Jerzy Celichowski)
5. Urywki historii (I.Gass)
7. Pożegnanie

Mieszkając w Polsce człowiek nie zastanawia się nad tym co to znaczy być Polakiem. Polakiem się jest i już. Cokolwiek się robi jest polskie z definicji. Cokolwiek się robi definiuje polskość.

Inaczej jest gdy się mieszka za granicą. Wtedy człowiek skazany jest na naśladowanie modelu polskości, który tworzy się gdzie indziej. Bo za granicą dominuje przecież kultura większościowa.

Wielu w tej sytuacji ucieka do tradycyjnych, bezpiecznych markerów Polaka: polskiej kuchni (bigos, barszcz, pierogi), do kultury ludowej (te wszystkie zespoły tańca), do kanonu kultury polskiej, do kościoła. Często są to rzeczy, które w czasach kebabów czy muzyki elektronicznej, znajdują się jedną nogą w przeszłości. Rzadziej wybór pada na kulturę współczesną – może dlatego, że nie jest ona często ostentacyjnie „narodowa”.

Wracając jednak do definicji Polaka, zdaje się, że jednym z jej elementów stała się niedawno Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Udział w imprezach WOŚP-u, rzucenie czegoś do puszki stało się czymś co ostatnio w Polsce „się robi” a sam finał został stałym punktem kalendarza. Dlatego cieszy, że w Budapeszcie trzeci raz z rzędu powstał sztab WOŚP-u i właśnie odbywa się finał tej imprezy, w ramach której zbieramy na laryngologię, otolaryngologię i diagnostykę głowy.

W ramach finału w sobotę odbędzie się aukcja online, przez cały tydzień można brać też udział w zdencetralizowanym biegu pod hasłem „Biegaj z głową, kieruj się sercem”. Szczegóły dostępne są na facebooku tutejszego sztabu facebook.com/wospbudapeszt

Mała reklama: na aukcji, między innymi, wylicytować będzie można przechadzkę po Budapeszcie śladami ciekawych pomników, którą poprowadzę ja. Zobaczymy pomnik, który gada do drzewa, pomnik, na którym pojawia się nazwa Niedzicy, pomnik, którego nigdy nie odsłonięto a postawiono go w nocy pod odsłoną policji, pomnik, który ma 20 centymetrów wysokości, będzie pies a nawet goła baba!

Zapraszam więc do udziału w imprezach WOŚP-u. Choćby dlatego, że to jeden ze sposobów bycia Polakiem.

Prawdziwi Polacy bo angażują się w WOśP

Radio Polonia Węgierska 34/ kiedy pijane nastolatki śpiewają hymn

W ostatnim podcaście opowiadam o węgierskim zwyczaju śpiewania hymnu w czasie zabawy sylwestrowej (26:45). Pełen program poniżej, jeszcze niżej mój tekst.

1. Powitanie
2. Serwis informayjny
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Opowiadała mi znajoma jak jeszcze na etapie narzeczeństwa pojechali z ukochanym na Sylwestra do Paryża. Tam w trakcie zabawy okazało się, że niedaleko od nich przy stoliku siedzą Węgrzy. Kiedy wybiła północ wstali i zaczęli śpiewać jakąś smutną piosenkę. O jejku, czy ktoś umarł? pytała.

Oczywiście nie. Śpiewali oni po prostu węgierski hymn.

To zwyczaj, który nie przestaje mnie fascynować. Węgrzy w trakcie zabawy sylwestrowej o północy albo słuchają hymnu albo go śpiewają. I to nie tylko na jakiś oficjalnych przyjęciach ale także na szalonych domówkach nastolatków czy też w wiejskich kocsmach. Śpiewanie hymnu jest szeroko przyjęte.

Sylwestrowi wykonawcy hymnu, źródło: fortepan ofiarodawca Gyula Nagy

Kto słyszał kiedyś węgierski hymn wie, że ma melancholijną, bardzo piękną zresztą, melodię. Mniej znany jest tekst hymnu autorstwa Ferenca Kölcseya, który napisał go w 1823. Oto jego pierwsza zwrotka (jest ich osiem) w wolnym tłumaczeniu:

Boże pobłogosław Węgrów
I obdarz swymi łaskami
Wspomóż ich swą prawicą
Gdy walczą z wrogami

Dawno już ich dręczy los
Daj im rok szczęśliwy
Odpokutował już lud
Swe przeszłe i przyszłe winy

Niesamowite jest nasycenie fatalizmem w tekście. Przebija poczucie klęski i bezsilności, jeden Bóg może pomóc, ponieważ zresztą to on sam te wszystkie nieszczęście zsyła jako karę za grzechy. Jedyne, co można zrobić to starać się go przebłagać.

Ciekawe, oficjalnie za hymn państwa został przyjęty dopiero w 1903 roku, ponad 30 lat po uzyskaniu statusu narodu współtworzącego monarchię, kiedy Węgry były niemal u szczytu swej potęgi. Kraj był wówczas parę lat po millenium państwowości obchodzonego z wielką pompą, akurat zbudowano parlament, gospodarka rozwijała się, kwitły kawiarnie budapeszteńskie. Czemu wybór padł akurat na taki tekst? No i czemu stał się on częścią obchodów Sylwestra? Chciałbym znać odpowiedzi na te pytania.

Hala na placu Lehela i związane z nią historie

Są rzeczy, które się albo kocha albo nienawidzi, obojętność w ich przypadku nie wchodzi w rachubę. W Budapeszcie dobrym przykładem jest hala targowa na placu Lehela.

W przeciwieństwie do większości tutejszych hal targowych, które, wliczając w to i centralną halę targową koło mostu Wolności, to budynki z końca XIX wieku, ta hala jest postmodernistyczna. Inną ma formę, mało tam symetrii, inne są materiały i, dość żywe, kolory. Charakterystyczne metalowe flagi nie mają precedensu. Do innych hal nawiązuje przeszklonym dachem o żelaznej strukturze. Większość znajomych, których o halę zapytałem, jej nie lubi. Mimo, że hali przyznano szereg nagród architektonicznych, między innymi nagrodę specjalną w konkursie Prix d’excellence Międzynarodowej Federacji Nieruchomości FIABCI także wielu przedstawicieli środowiska architektów odnosi się do hali krytycznie. Mniej się jednak ona podoba.

Hala w całj okazałości
Charakterystyczna flaga
Wjazd na parking na dachu
Róg budynku
Zadrzewiony balkon
Ściana, jest nieregularność, są kolory
Budka na dachu, kolejna flaga
Odciąg na dachu
Klatka schodowa z zewnątrz
Widok z boku
W środku, dach jak w innych halach
Klatka schodowa widziana od wewnątrz
Przeszklone ściany
Wewnętrzna klatka schodowa
Kolory, konstrukcje
W środku, nie tylko architektura ale i sprzedający oraz kupujący
Kwaszonki jak w każdej szanującej się hali

(Tak na marginesie, halę polecam odwiedzającym Budapeszt. To świetny rynek z szerokim wyborem świeżych towarów, niewysokie ceny, autentyczna węgierska atmosfera a przy tym zero turystów. Coś mniej banalnego niż centralna hala targowa.)

Hala, którą w nawiązaniu do nautystycznego kształtu potocznie nazywa się Statkiem przekupek (Kofahajó), jest nie tylko jest zdolna do wzbudzania estetycznych emocji ale stoi za nią szereg interesujących historii.

Oddano ją do użytku w 2002 roku na miejscu otwartego rynku, który funkcjonował tu od końca XIX wieku. Jej twórcą był László Rajk, architekt, scenograf, ważna postać węgierskiej opozycji demokratycznej, polityk.

Hala była bodajże najważniejszym, a z pewnością najwiekszym, budynkiem, który zaprojektował. Do jego głośnych prac należy również instalacja na Műcsarnok stworzona razem z Gáborem Bachmanem na powtórny pogrzeb Imre Nagya w 1989 roku.

źródło: Fortepan, autor: tm

Był autorem wielu scenografii teatralnych, prac graficznych, okładek książek wydanych w podziemiu, między innymi fragmentów Dzienników Gombrowicza.

Dzienniki Gombrowicza, okładka Rajka, źródło: László Rajk Missing Series

Rajk był aktywnym członkiem opozycji demokratycznej, współzałożycielem podziemnego wydawnictwa AB. W jego mieszkaniu na ulicy Galamb w latach 1981-1983 działał tak zwany Butik Rajka czyli sklepik z bibułą. W określonych porach można było tam kupić nielegalne wydawnictwa. Działalność butiku skończyła się konfiskatą mieszkania.

Później Rajk był działaczem Związku Wolnych Demokratów, partii, która wyłoniła się z kręgów opozycji demokratycznej. W jej ramach dwukrotnie wybrano go jako posła do parlamentu.

Nie był to pierwszy László Rajk w węgierskiej polityce. Jego ojciec, który tak samo się nazywał, był prominentnym komunistą. Walczył na wojnie w Hiszpanii, aresztowany w Budapeszcie w czasie wojny śmierci uniknął dzięki interwencji brata Endre Rajka, prominentnego strzałokrzyżowca, który w mundurze galowym pojawił się na jego procesie w 1944 roku (wtedy strzałokrzyżowcy byli u władzy) ratując go z opresji.

Po wojnie w 1946 roku został ministrem spraw wewnętrznych. W oparciu o prowokacją polityczną organizował pierwszy proces pokazowy, brał udział w fałszowaniu wyborów, likwidował niezależne organizacje społeczne. Na skutek napięć wewnątrz partii stanowisko stracił w 1949 otrzymując dużo mniej ważne stanowisko ministra spraw zagranicznych.

Nazwisko jego zapisało się w historii jednak nie z powodu tych osiągnięć ale z powodu procesu zwanego od jego nazwiska procesem Rajka. Zaaresztowano go w maju 1949 roku pod zarzutami szpiegostwa dla Amerykanów oraz współpracy z policją Horthyego. Ponieważ, mimo tortur i innych form nacisku, Rajk nie był skłonny przyznać się do winy w końcu oskarżono go o kontakty z Jugosławią, która wówczas była uznawana za wrogie państwo. (Jedną z osób próbujących namówić Rajka do przyznania się do winy był János Kádár, który po nim objął stanowisko ministra spraw wewnętrznych, sam zresztą później został aresztowany i spędził dłuższy czas w więzieniu).

Proces Rajka był pokazowy. Cały kraj zmuszony był słuchać w radio transmisji. György Faludi (pisałem o nim tu), który wówczas pracował jako dziennikarz tak opisywał jak wyglądało to w jego redakcji:

Kiedy wszedłem do biblioteki Rajk w długim monologu wyznawał akurat winy, o których nawet ÁVO [węgierski odpowiednik UB] nie miało pojęcia. Almássi, policyjny donosiciel siedział za biurkiem plecami do pozostałych. Pozornie zatopiony był w jednym z tomów zebranych prac Stalina. Co jakiś czas oglądał się do tyłu i przyglądał się bacznie siedzącym tam trzydziestu osobom czy z odpowiednio wrogim wyrazem twarzy słuchają zeznań Rajka, czy może przypadkiem jakimś gestem nie zdradzają sympatii dla niego. Pokolbeli víg napjaim, str. 300

Rajk przyznał się w końcu do winy, wydano wyrok śmierci, który wykonano 15 października 1949 roku.

Zrehabilitowano go w ramach rozliczeń ze stalinizmem w 1955 roku. Jego ponowny pogrzeb odbył się 6 października następnego roku. Wzięło w nim udział dwieście tysięcy ludzi, była to przygrywka do rewolucji, która wkrótce miała się rozpocząć. Według anekdoty jeden ze znajomych Rajka widząc zebrany tłum miał powiedzieć „Biedny Laci, gdyby żył to kazałby do nas strzelać”.

Júlia Rajk i László Rajka junior na pogrzenie László Rajka seniora, źródło: Fortepan, ofiarodawca: Pál Berkó

To co się stało z Rajkiem seniorem silnie dotknęło jego rodzinę. Błyskawicznie wyrzucono ich z zajmowanej willi, żonę Rajka aresztowano i skazano na pięć lat więzienia. Kilkumiesięcznego wówczas László Rajka juniora oddano pod nazwiskiem István Kovács do domu dziecka, gdzie przebywał przez dwa lata. Przekazano go rodzinie jego matki wystawiając go z samochodu na rogu ulic Váci i Bulcsú, tam czekała na niego uprzedzona babcia. Także żonie Rajka zmieniono nazwisko: Júlia Lászlóné Rajk zmieniła się w Júlię Lászlóné Györk. Nazwisko Rajk miało zniknąć z powierzchni ziemi. Proces jego odzyskiwania dla ich obojga nie był ani łatwy ani szybki.

Po wyjściu z więzienia urosła pozycja Júlii Rajk, bo zaczęła się nazywać (na Węgrzech formalnie nazywała się, jako mężatka, Lászlóné Rajk). Wywalczyła publiczny pogrzeb dla swojego męża, brała udział w publicznych dyskusjach poprzedzających rewolucję. Po interwencji armii radzieckiej schroniła się z synem w ambasadzie Jugosławii, skąd wywieziono ich do Rumunii na internowanie. Po powrocie nie była poddana represjom – chodziły plotki o cichej umowie z Kádárem, która miała to zagwarantować.

Zachowywała się odważnie interweniując w wielu sprawach wśród najwyższych władz, których członków znała przecież osobiście, niejednokrotnie jeszcze z okresu nielegalnej działalności komunistycznej. Kádár, który nie miał czystego sumienia z powodu udziału w procesie i morderstwie jej męża, nie raz jej ustępował.

Kiedy raz milicja zatrzymała jej syna – to akurat nie była polityczna sprawa – Júlia zwróciła się o interwencję do władz i Kádár miał wówczas oświadczyć „drugiego procesu Rajka nie będzie”, co ilustruje znaczenie tego nazwiska w polityce.

Júlia brała udział w działaniach opozycyjnych. Podawała informacje do zagranicznych agencji prasowych, podpisała list w obronie czechosłowackiej Karty 77 („Júlia Rajk, emerytka”). Wraz z wdową po Mihályu Károlyim założyła schronisko dla psów. Była to pierwsza od 1951 roku organizacja społeczna na Węgrzech. W latach 40-tych to jej mąż likwidował podobne istniejące wówczas stowarzyszenia.

W 1980 roku zdiagnozowano u niej raka. Próbowano leczyć ją między innymi we Francji. Wracając stamtąd już na noszach pod kocem przemyciła węgierskie publikacje emigracyjne dla butiku z samizdatem syna. Kiedy w lipcu odbyły się kolonie dla dzieci z Polski zorganizowane przez tutejszą opozycję demokratyczną miała się z nimi spotkać ala z powodu jej choroby nie doszło to do skutku. Zmarła 6 września 1981 roku.

Mimo tego wszystkiego co przeszła nigdy nie zdobyła się na jednoznaczne odrzucenie komunizmu. Systemu, który zamordował jej męża, ją natomiast wtrącił do więzienia odrywając od kilkumiesięcznego dziecka.

Od systemu odciął się jej syn. Sam nie miał dzieci a że zmarł w 2019 historia tej gałęzi rodziny Rajków się skończyła.

To wszystko przychodzi mi głowy gdy widzę kontrowersyjną halę na placu Lehela.