W sobotę nie mieliśmy czasu na gotowanie, więc zapowiedziałem Chłopakowi, że idziemy do bufetu, a może raczej baru arabskiego, który widziałem na ulicy Kertész. Zgodził się chętnie. Koło tego miejsca przechodziłem już ładnych parę razy ale nigdy jakoś tam nie udało mi się zajść mimo, że wyglądał ponętnie. Wreszcie pojawiła się okazja.
Podchodzimy, widzę, że nazywa się Hummus bar. Wchodzimy, w środku dwóch młodych facetów gra w trik trak.
Siadamy, żeby zaczekać na Śliwkę, która ma do nas dołaczyć a jeden z nich przynosi mi szklaneczkę bardzo słodkiej herbaty z miętą. Smakuje i mnie i Chłopakowi.
Przychodzi Śliwka i zamawiamy jedzenie: falafele i hummus z pitą. Pojawiają się szybko i są pyszne.
Na podłodze spostrzegam hebrajską gazetę i pytam jednego z facetów czy są Arabami czy Izraelczykami. Izraelczykami, dowiaduję się. Ale, mówi, wszyscy okolicznie Arabowie tu przychodzą. Jedzą, piją, rozmawiają. Kiedy rozmawa schodzi na Palestynę temperatura wzrasta i właściciele robią się nieco nerwowi, ale nigdy jeszcze nie było problemów.
Pięknie: Arabowie kłócą się na temat Palestyny w izraelskim barze w środku Budapesztu. Jedzenie zbliża.