Tadeusz Sobolewski napisał dłuższy tekst na temat filmów węgierskich, który ukazał się w dzisiejszej Wyborczej. Polecam, omawia całkiem sporo filmów, szybko można się sporo dowiedzieć.
Pisze:
hermetyczno-awangardowym oraz popularnym, farsowo-operetkowym, co
tworzy mieszankę trudną do strawienia.
Zgadzam się z tym. Ten "hermetyczno-awangardowy" styl jest często nie do oglądania w tym sensie, że doprawdy mało kto potem te filmy ogląda. Wiele z nich wogóle nie wchodzi do dystrybucji.
Czego mi bardzo brakuje w kinie węgierskim to filmy na temat współczesności i to nie takiej, jak to się tutaj mówi "lemoniady" ale utworów, które by nam coś głębszego powiedziały na temat otaczającej nas rzeczywistości. Jakim wspaniałym tematem byłby film na temat Węgra, który przenosi się na Węgry z Siedmiogrodu, niekusturicowa opowieść o życiu Cyganów, otaczającej nas biedzie (w stylu Loacha), albo też o Chińczykach w Budapeszcie. Albo coś z historii, na przykład o działaniach wojsk węgierskich na wschodzie – albo w Polsce (koprodukcja z polską wytwórnią?) – w czasie drugiej wojny, niczego na ten temat jeszcze nie nakręcono. Wciąż czekam aż się ktoś za takie tematy zabierze.