budapesztańskie getto dla cudzoziemców


Ka
tmoso parę dni temu pisała o swoim wyjeździe do Bratysławy. Zachwycała się jak tam, w przeciwieństwie do Budapesztu, ludzie są spontanicznie mili i otwarci. Cieszyła się słowackim jedzeniem: stołówki na uniwersytecie, gdzie jada, ma już dosyć.

Skomentowała to kemcsoport (pierwszy jej komentarz w życiu!). Ściślej mówiąc to sobie przyjaźnie bluzgnęła:

Mialam okazje studiowac na dwoch uniwersytetach w Bp, na ELTE i na CEU.
Mimo, ze poziom nauczania jest na pewno lepszy na CEU, uniwersytet
zaprzecza istocie pojecia uniwersytet przez praktyke zamykania
studentow w getcie V dzielnicy i obarczanie ich iloscia nauki, ktora
odbiera im ochote do eksplorowania kultury i jezyka kraju, w ktorym
zyja. Moja subiektywna opinia jest taka, ze Wegrzy sa daleko bardziej
otwarci i uprzejmi niz Slowacy, niemniej nie o nia tu chodzi: prawdziwy
Budapeszt nie ma nic wspolnego z pseudo multikulti tlumem
znerwicowanych studentow CEU, zachecam do eksploracji!

Postanowiłem działać i zaprosiłem Katmoso na obiad poza jej rodzinnym CEU. Poszliśmy na ramen w pobliskim barze Momotaro (tak na marginesie, przedziwne miejsce, kuchnia eklektyczna, japońsko-chińska, jedzenie znakomite, niedrogie, ciekawostką jest, że restauracja ma dwie sale, między którymi przechodzi się przez kuchnię: jedna z nich surrealistycznie zachowała łowiecki wystrój restauracji, która się tam poprzednio mieściła) a potem na kawę w równie niedalekiej kawiarni Sir Morik.

Obiad udał się miło a ja cieszyłem się, że poznałem osobiście Katmoso, bo moim zdaniem ładnie pisze swojego bloga.

Potem zacząłem sobie rozmyślać. Wiem, że sporo studentów CEU nie bardzo opuszcza "getto V dzielnicy" jak to ujęła Kemcsoport. Kiedy tam studiowałem napisałem dla nich nawet mały przewodnik po okolicznych miejscach, gdzie można sobie coś zjeść. Tekst się, rzecz jasna, zdezaktualizował więc nie będę tu go zamieszczał, nie o niego teraz chodzi. Sporo cudzoziemców, którzy tutaj mieszkają, po zwyczajowej dwutygodniowej próbie nauczenia się języka poddaje się i zadowalając się, jak to nazywam, restauracyjnym węgierskim ("számlát kérek" – poproszę o rachunek) zaczyna żyć w niewidzialnym getcie dla cudzoziemców wyznaczanym rekomendacjami tygodnika Budapest Sun, portalu caboodle czy też bloga pestiside. Budapeszt to obecnie w miarę kosmopoliczne miasto więc i anglojęzyczne getto jest spore, nie zawsze się więc je zauważa. Sami Węgrzy utrzymują dyskretny dystans od cudzociemców nie ułatwiając przechodzenia za mury getta, które zresztą należy rozumieć głębiej niż tylko jako restauracje i kina z obsługą mówiącą po angielsku. Ile się traci ten tylko wie, komu udało się wgryźć w ten ciekawy kraj trochę głębiej.

Zacząłem się zastanawiać czy w tej sprawie można coś zmienić. Cudzoziemcy niech się po prostu starają, ale czy Węgrzy mogliby coś zrobić? Chyba tak. Pomyślałem co by było gdyby tutejszy urząd turystyczny zaczął produkować i rozdawać naklejki informujące w jakim języku można się w danym miejscu porozumieć. "English spoken here", "Mówimy po polsku", i tak dalej. O ile pamiętam stewardessy Lufthansy noszą małe flagi oznaczające języki w jakich można się do nich zwracać, chodziłoby o coś podobnego. Nieważne ile tego by było, liczyłby się sam przekaz, że cudzoziemcy – wszelcy – są mile widziani. Czyż nie chciałoby się im zaraz trochę bardziej eksplorować?