Węgrzy mają nowy hymn

Klub piłkarski z niedużego (nieco ponad 20 tysięcy mieszańców) nadgranicznego miasta Dunajská Streda (po węgiersku Dunaszerdahely) kojarzy się głównie nie tyle ze swymi sportowymi wynikami co raczej z politycznym kontekstem swojej działalności. Miasto to bowiem jest jedną z miejscowości na Słowacji z największym odsetkiem Węgrów: jest ich tam 75%. Kibice klubu to Węgrzy, można powiedzieć, zagorzali Węgrzy, którzy swoje przywiązanie do węgierskości manifestują tak samo chętnie jak miłość do DAC-u (Dunaszerdahelyi Atlétikai Club).

Pierwszy raz zrobiło się o nich głośno w 2008 roku, kiedy w trakcie meczu z klubem Slovan Bratislava doszło do brutalnego wystąpienia policji, która ostro spałowała (głównie) węgierskich kibiców (pisałem o tym tu).

Teraz jednak słychać o nich z innego powodu. Przed meczami kibice śpiewają hymn węgierski, co spotkało się z atakami słowackich nacjonalistycznych polityków, a także piosenkę Nélküled zespołu Ismerős Arcok. Na ogół ktoś, często dzieci, śpiewa ją stojąc na murawie stadionu a kibice włączają się z trybun.

Nélküled przed meczem na stadionie w Dunajskiej Stredzie

To tę piosenkę zaśpiewał wraz z kilkoma dziećmi z Dunajskiej Stredy, wstając z miejsc, cały stadion narodowy im. Puskása przed inauguracyjnym meczem z Urugwajem w listopadzie zeszłego roku. I tak narodził się nowy węgierski hymn.

Nélküled przed meczem na stadionie narodowym im. Puskása

Ismerős Arcok gra narodowego rocka. Teksty zespołu pełne są wezwań do solidarności narodowej, melancholii nad węgierskim losem, rozpaczy z powodu niesprawiedliwości Trianonu, itp. Wokalista Attila Nyerges powiedział, że lubi czytać Alberta Wassa (zainteresowanym tym pisarzem polecam moje wcześniejsze wpisy na jego temat tu, tu i tu) i to się w tych tekstach wyczuwa.

Piosenka Nélküled to jak dotąd największy hit zespołu. W wyczuwalnie wassowskim języku wyraża ból oderwania od ojczyzny. Zarówno tekst jak i muzyka są emocjonalne, dlatego stały się przebojem, by nie powiedzieć szlagierem, świetnie sprawdzając się zarówno na stadionie w Dunajskiej Stredzie jak i w narodowym.

Nélküled wykonawane poza stadionem – blisko 40 milionów odsłon

Tekst wziąłem i przetłumaczyłem, starając się go nie upiększać, by dać czytelnikom bloga lepsze pojęcie o czym mowa. Dla znających węgierski podaję też wersję oryginalną.

Bez Ciebie

O tylu sprawach dotąd nie mówiłem
Może nie być już kiedy jeśli je teraz pominę
Na opowieść o tym jak dobrze, że się spotykamy
Jak starzy przyjaciele, to samo mówimy, tak samo odczuwamy
Jak samotna sosna rozdarta piorunem
Jak kopnięty kamień, jak wyschnięty strumień,
Jak zmęczony wędrowiec, co wzrokiem o pokarm prosi
Nadziei na dom, ojczyznę, spokój już w sobie nie nosi
I choć wszystkiego zrozumieć nie sposób
Póki sam nie doświadczysz ciężkiego losu
Cokolwiek by nie było, i żyjąc i w śmierci
Jednej krwi jesteśmy
Jak zerwany konający kwiat
Jak pięć milionów Węgrów, których nie słyszy świat
Jak nasiono, które w pył spadło i nic nie wyda już z siebie
Jeśli się nami nie zajmiesz my też tacy będziemy, bez Ciebie.
..

Nélküled

Annyi mindent kéne még elmondanom
S ha nem teszem, talán már nem is lesz rá alkalom
Hogy elmeséljem, milyen jó, hogy itt vagyunk
S mint a régi jó barátok egyet mondunk s egyet gondolunk
Mint a villám tépte magányos fenyő
Mint a vízét vesztett patak, mint az odébb rúgott kő
Mint a fáradt vándor, ki némán enni kér
Otthont, házat, Hazát, nyugalmat már többé nem remél
S bár a lényeget még nem értheted
Amíg nem éltél nehéz éveket
Hogy történjen bármi, amíg élünk s meghalunk
Mi egy vérből valók vagyunk
Mint a leszakított haldokló virág
Mint az öt millió magyar, akit nem hall a nagyvilág
Mint porba hullott mag, mi többé nem ered
Ha nem vigyázol ránk olyanok leszünk mi is, nélküled.…

Wracając do stadionu: obecny na inauguracji dziennikarz Indexu Gábor Miklósi nie dość, że nie wstał w trakcie wykonywania Nélküled, ale w tym czasie trzymał w ręku książkę pt. Mit akar Soros? (Czego chce Soros?), i co więcej, w sprawozdaniu z meczu napisał, że zdanie “Jednej krwi jesteśmy” skojarzyło mu się z Księgą dżungli.

W kręgach prawicowych zawrzało. Jego zachowanie uznano za prowokację. W telewizji TV2 na przykład to, że jakiś dziennikarz nie wstał przy wykonywaniu piosenki rockowej było głównym newsem, „Index znieważył Węgrów żyjących poza krajem” grzmiała prezenterka. Inne prawicowe media też wyraziły swoje oburzenie.

Później okazało się, że Attila Nyerges we wcześniejszym wywiadzie powiedział, że zdanie “Jednej krwi jesteśmy” zostało zainspirowane właśnie Księgą dżungli, ale to już nie miało znaczenia.

Bo Nélküled to już nie tylko ogromnie popularna piosenka. Ona nabrała charakteru sakralnego, ją można już znieważyć. Tak rodzą się hymny, tak zrodził się ten hymn (przynajmniej dla prawicy).

na zdrowie, miłej zabawy

Na Węgrzech kichniesz i z pewnością zaraz usłyszysz od kogoś „na zdrowie!” („egészségére!”). Pisałem o tym intrygującym automatyzmie już kiedyś.

Niedawno uświadomiłem sobie, że powiedzenie „na zdrowie” używane jest w podobny sposób szerzej. Innymi inputami, które wywołują ten output są sytuacje przy jedzeniu i, rzecz jasna, piciu. Na przykład skończyłeś obiad u ciotki a ta mówi „na zdrowie”. Dziękujesz za kawę u kolegi i już leci „na zdrowie”. Pochwalisz ciastko w gościnie i zaraz gospodarz wyskakuje ze swoim „na zdrowie”.

W restauracji kelner podając talerze, sprzątając ze stołu, słysząc pochwałę dania, przynosząc kolejną wodę mineralną czy też przyjmując zapłatę zawsze – zawsze – robi to mówiąc „na zdrowie”, ewentualnie „na zdrowie łaskawego Pana/Pani”, co po węgiersku brzmi zresztą tak sztucznie („kedves egészségére”) jak i po polsku, taka kelnerska nowomowa. Te „na zdrowie” usłyszymy pewnie kilka razy podczas jednej wizyty w restauracji jak również cukierni, kawiarni czy też barze. Co ciekawe, ta fraza jest tak sztywno osadzona w sytuacje tego rodzaju, nikt nie wykazuje się w zasadzie nawet szczątkową kreatywnością by na, dajmy na to, pochwałę zupy powiedzieć „bardzo się cieszę, że Państwu smakowało!”

Na zdrowie, źródło: Fortepan/Gyula Nagy
Na zdrowie łaskawych pań, źródło: Fortepan/Sändor Bauer

I co więcej, „na zdrowie” można usłyszeć także na końcu masażu, lekcji jogi czy gimnastyki, ogólnie w sytuacjach usług związanych z ciałem. I tutaj nie ma żadnych wariacji, jest „na zdrowie” i cześć.

Innym takim automatycznym wyrażeniem jest „miłej zabawy!” („jó szórakozást!”, dosłownie: „dobrej rozrywki!”), które słyszy się w kontekście szeroko rozumianych sztuk performatywnych takich jak przedstawienia teatralne, koncerty czy inne wszelakie występy. Pół biedy jeśli wygłosi je konferansjer przed spektaklem kabaretu czy też koncertem popowym. Gorzej jeśli występ, który nas czeka nie ma nic wspólnego z rozrywką czy też zabawą: niedawno usłyszałem tę frazę w teatrze przed psychologicznie ciężką sztuką.

Według znanej anegdoty w swoim czasie „jó szórakozást!” życzył słuchaczom burmistrz Demszky przed Requiem Mozarta wykonanym dla uczczenia ofiar powstania 1956 roku.

Znowu, w takich sytuacjach nikomu do głowy nie przychodzi jakieś samemu utworzone, własne zdanie odpowiednie do danego wydarzenia lub choćby nawet neutralniejsze „udanego wieczoru”, bez „miłej zabawy” się nie obędzie.

Miłej zabawy, źródło: Fortepan/Tivadar Lissäk

Węgrów, z którymi rozmawiałem o tym zjawisku ono nie dziwi, nie widzą też w nim niczego nie na miejscu. Sam jednak jeżę się co usłyszę sobie to „na zdrowie” lub „miłej zabawy” i obiecuję sobie uważać na to co i kiedy mówię.

Węgierska studniówka

Na Węgrzech nie ma studniówki, jej pewnego rodzaju odpowiednikiem jest szalagavató bál czyli bal maturalny, dosłownie natomiast “bal przypięcia wstążki”. Odbywa się w okolicach listopada, nie ma arytmetycznej zależności między jego datą a terminem matur jaka to jest w przypadku studniówki. Impreza jest nieco dziwna, wyewoluowała w coś nieco odległego od tego czym była pierwotnie.

Wstążka

Korzenie balu sięgają połowy XIX wieku. W Bańskiej Szczawnicy (Selmecbánya) istniał wówczas zwyczaj by uczniowie kończący szkołę dla zaznaczenia tego nosili zieloną wstążkę, uroczystość jej przypięcia, połączonego z kopnięciem w tyłek, kończyła zabawa – bal właśnie.

Zwyczaj ten kultywowany jest do dziś, niekiedy zamiast wstążki nosi się opaskę na ramieniu.

Opaska – sfotografowałem ją przy innej okazji

W międzyczasie jednak bal zmienił charakter. W tej chwili jest to raczej wielki show dla rodziców i rodziny, ewentualna zabawa odbywa się w ramach aftera, który organizuje się na marginesie wydarzenia.

Niedawno byłem na takim balu w Alternatív Közgazdasági Gimnázium czyli Alternatywnym Gimnazjum Ekonomicznym, które jest jedną z pierwszych niepaństwowych szkół na Węgrzech. Powstała kiedy pojawiały się nieśmiałe koncepcje reform rynkowych, stąd ta nazwa. I dziś nie jest to typowa szkoła średnia, więc to co widziałem nie jest pewnie w pełni reprezentatywne dla balów w innych miejscach.

Bal odbył się w wynajętej sali widowiskowo-sportowej. Gdy przyjeżdzamy, rodzice i zaproszeni goście zajmują miejsca na widowni, która jest niemal pełna. Na parkiecie kręcą się uczniowie ze szkolnego studia audio/video, rozstawiają kamery i mikrofony, ustawiają lampy.

Przemówienie dyrektora spodobało mi się do tego stopnia, że mogę je zacytować z pamięci: „Dobry wieczór. Jest moim obowiązkiem życzyć Państwu miłego wieczoru”. Tak, AKG nie jest typową szkołą gdzie ta przemowa byłaby nieco dłuższa, choć nie bogatsza w treść.

Kolejnym punktem programu jest przypinanie wstążek. Rocznik podzielony jest na mniejsze grupy (nie ma klas jako takich), które po kolei wychodzą na środek sali. Tam podchodzą do nich wybrani przez nich przypinający. Taką osobą może byś ktokolwiek: kolega – koleżanka, ktoś z rodziny, przyjaciel. Bycie wybranym nie ma wielkiego znaczenia.

Przypinanie wstążek
Poduszka ze wstążkami

Samo wyjście na środek odbywa się przy akompaniamencie muzyki wybranej przedtem przez daną grupę. Gdy jedna organizatorzy (wspomnieni uczniowie ze studia audio/video) nie mogli znaleźć wybranych przez jedną z grup kawałków, ta po prostu siedziała i czekała aż je gdzieś tam w internetach znaleźli. Wszystko bez stresu i popędzania szeptem „bo wszyscy czekają”, luz.

Po udekorowaniu wstążkami grupa prowadzona przez wychowawcę obchodzi w koło salę, gdzie dokoła siedzą pozostali uczniowie, każdy strzela z każdym piątkę, bywa, że się ściskają, coś tam sobie mówią.

Obchodzenie sali z przybijaniem piątki

Po tej części następują występy. Są specjalnie przygotowane z udziałem profesjonalnych choreografów tańce. Jest oglądanie filmów z pierwszego obozu letniego a także nagrań, którzy ówcześni nowi uczniowie AKG zrobili wtedy z przekazem dla siebie kiedy będą opuszczać szkołę – czyli teraz. Powtarza się motyw „mam nadzieję, że dalej lubisz grać w piłkę”.

Tańce – nie, to nie motyw polski, kolory są przypadkowe
Są i takie tańce, w szlafrokach
Takie też są
Oglądanie starych nagrań

Wychowawcy występują z krótkim programem pastiszów Abby w odpowiednio dyskotekowych strojach. Teksty napisali sami. Inna grupa nauczycieli przygotowała film o zabawnych supermenach (grają ich rzecz jasna sami) rozgrywający się w szkole.

Występ nauczycieli
Ogląądanie filmu o przygodach nauczycieli-supermenów w szkole

Jest pokaz tańca towarzyskiego w wykonaniu jednej z uczennic z jej nauczycielem tańca, który przygotowywał końcowy walc. Parę kawałków gra rockowy zespół złożony z uczniów rocznika.

Taniec indywidualny

Powoli zbliża się kulminacja wieczoru czyli walc. Przygotowanie go zajęło dwa miesiące ale opłaciło się bo wszystko udaje się bezbłędnie. Chłopaki są w niekiedy nieco niedopasowanych frakach ale dziewczyny! Ach, one są wszystkie w sukniach ślubnych! Wypożyczenie ich to mały majątek, do tego dochodzi fryzjerka i makijażystka: taki bal wypada dużo drożej dla dziewczyn niż dla chłopaków.

Walc!
Były też takie figury

Po walcu wszyscy schodzą na parkiet, gdzie paru ojców kręci kilka tanecznych kółek ze swymi niepokojąco ślubno-weselnymi w charakterze córkami ale większość po prostu głównie fotografuje się i trochę przy tym rozmawia.

Po walcu

Po przebraniu się, co zdaje się być przyjmowanym z ulgą przez chłopaków a przez dziewczyny z pewnym żalem – one zdają się przeżywać bal i cieszyć się nim najbardziej – całe towarzystwo, już bez zaproszonych gości, przenosi się wynajętami autobusami na miejsce regularnej balangi.

Dziwny jest trochę ten bal. Co roku maturzyści odbywają dyskusje na jego temat i nie wszystkim podoba się ten jego przerośnięty format, ale, jak to bywa w przypadku ślubu i wesela, to z powodu tradycji zapada decyzja, że będzie tak „jak zawsze”.

Dziwna jest też jego atmosfera: zdaje się, że to koniec szkoły, wielkie żegnanie, podsumowania i łezki, a tymczasem po balu w poniedziałek wszyscy idą do szkoły jakby gdyby nic dalej przez parę miesięcy szykować się do matury.

A same wstążki nosi publiczniej niewielu, jakaś jedna trzecia.

Spanie w jaskini

Od kiedy obejrzałem w Indexie wideo przedstawiające wycieczkę niebieskim szlakiem w górach Bukowych w ramach której (w zimie!) uczestnicy spali w jaskini wiedziałem, że to coś co sam chciałbym zrobić. Udało się to w zeszły weekend. Fakt, że nie było to spanie zimowe, ale po tej wprawce już sobie ostrzymy zęby na powtórkę w jakiś zimowy weekend.

Do jakini ruszyliśmy z Szilvásvarad. Szliśmy zielonym szlakiem, który przez jakieś trzy kilometry prowadził piękną doliną Szalajka. Nie oferuje ona wiele dzikiej natury bo pełna jest turystycznych atrakcji typu kioski z pamiątkami, bufety, wybetonowane stawy itp.

Dalej jednak zrobiło się ciekawiej. Droga prowadziła przez, tak, bukowy las. Spotkaliśmy stado złożone z ośmiu dzików, które zauważywszy nas w panice uciekły. W jazie na stawie zauważyliśmy popielicę, którą widziałem (lekka przesada, mignęła tylko) pierwszy raz w życiu. Było też parę ciekawych owadów i kwiatów.

Maleńka żabka – było ich w jednym miejscu masa
Dzwonki leśne
Torzyśniad kasztanówka – kolega ustalił nazwę tej ćmy wrzucając jej zdjęcie na grupę w facebooku, która się specjalizuje w identyfikacji owadów, odpowiedź zwykle przychodzi w parę minut. Zdjęcie kolegi anonimowo ofiarowane temu blogowi.
Oset. Zdjęcie kolegi anonimowo ofiarowane temu blogowi.
Owadzia chuć w wykonaniu Chrysochus asclepiadeus (nie ma polskiej nazwy). Zdjęcie kolegi anonimowo ofiarowane temu blogowi.
Las bukowy
Las iglasty

W sumie nie nudziliśmy się po drodze tym bardziej, że nieco pobłądziliśmy. Odpowiadało za to głównie lekko nonszalanckie podejście to ustalania jak dalej iść: raz iPhone kolegi, raz mapa. Przy okazji znów doświadczyłem frustracji, która mnie tu często ogarnia gdy korzystam z map turystycznych z powodu niejasnego oznaczania szlaków. Z Polski pamiętam pasek w danym kolorze wijący się na mapie tak jak idzie droga, tu sprawy są bardziej skomplikowane. Zaznaczona jest droga z literą oznaczającą dany szlak albo albo też kolorowym symbolem szlaku, nie jest łatwo to szybko odcyfrować.

Szlaki oznaczone literami
Szlaki oznaczone symbolami

Do jaskini dotarliśmy o dziewiątej wieczorem. Trzeba wiedzieć, że nie da się jej zarezerwować a miejsca nie ma tam zbyt wiele, więc gdyby była pełna czekałaby nas noc pod gwiazdami (albo chmurami bo zapowiadali deszcz) lub też musielibyśmy przejść do położonego dwa kilometry dalej domku przyrodników, gdzie moglibyśmy się przespać na ganku.

Domek Őr-Kő z widoczną werandą, nasz noclegowy plan B (dotarliśmy tam następnego dnia)

Zbliżamy się, kolega mówi: nie słychać głosów, dobrze, nikogo nie ma. Ulga. Aż tu nagle widzimy w lesie czołówki, czyli jednak ktoś tam jest. Nerwy. Nie – to taśmy odblaskowa na drzewach. Podchodzimy, widać już wejście, nikogo nie ma – hura! Nagle drzwi do jaskini (ma takie – zaraz więcej szczegółów na jej temat) i pojawia się głowa, czyli jednak ktoś jest. Oj. Pytamy, ilu ich tam jest, okazuje się, że to samotna dziewczyna (uff), która nie cieszy się z naszego przybycia i akurat próbuje zasnąć.

Jak wspomnialem, jaskinia jest nieduża. Spać tam może jakieś 6-8 osób (nas było pięcioro). Ma drzwi, do spania zrobione są nary z desek. Jest w niej piec, komin wychodzi na zewnątrz. Powietrze jest trochę stęchłe, jak to bywa w piwnicach.

Jaskinia! na górze widać komin, a na prawo przygotowany chrust
W środku, półka z różnymi przydatnymi rzeczami. w niebieskim i w białym worku śmieci, które potem zniesiemy ze sobą.
Piecyk akurat obstawiony plecakami
Nary przy wejściu
Nary naprzeciw wejścia, tu spaliśmy. plastik na suficie pewnie chroni przed kapiącą wodą.

Rozpaliliśmy małe ognisko z zrobiliśmy sobie kolację z liofilizowanych dań z Decathlonu (między innymi takie) oraz herbaty. Kiedy jedliśmy mysz nadgryzła drożdżówki w torebce, które kolega położył na kamieniu.

Noc była piękna i gwiazdzista. Widziałem sowę, która przeleciała z gałęzi na gałąź – kolejne zaliczone zwierzę.

Następnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę Bélapátfalva. Droga tym razem prowadziła głównie w dół. Po drodze mieliśmy piękny punkt widokowy a także żołnierskie groby, ciekawostka dla Polaków, nie partyzanckie do czego jesteśmy przyzwyczajeni ale niemieckie otaczane czymś w rodzaju kultu.

Punkt widokowy
Sam widok
Napis na krzyżu przy grobie mówiący o „bohaterskiej śmierci” poległych
Grób z hełmem

W międzyczasie zmoczył nas coraz mocniej padający deszcz tak więc gdy już dotarliśmy do miasteczka (Bélapátfalva to wbrew nazwie nie wieś) z prawdziwą przyjemnością weszliśmy coś zjeść i rozgrzać się do restauracji o nazwie Szomjás csuka czyli Spragniony szczupak.

Góry w chmurach
Deszcz na wodzie
Niebo w deszczu

Wracając jednak do jaskini: to fascynujące miejsce ponieważ jest w pełni samorządna. Nie ma właścicieli, nie ma zarządzających (stąd nasze nerwy czy będzie w niej ktoś: nie ma jak tam zarezerwować miejsca). Jej wyposażenie jest dziełem anonimowych miłośników turystyki. A w środku czekały na nas opał (żeby nie trzeba było szukać kiedy akurat jest ciemno albo mokro), zapałki, świeczki, piła, łopata, apteczka a nawet kilka konserw. Zauważyłem też parę butów w dobrym stanie: potrzeba ci to sobie weź. Niestety, były tam też dwa worki ze śmieciami, które na pewno zostawił ktoś przekonany, że wyrzuci je potem sprzątaczka, która jakoś się nie pojawiła. Zamiast niej wzięliśmy je ze sobą my i po dziesięciu kilometrach niesienia wyrzuciliśmy je do pierwszego kosza na śmieci.

Nie widziałem jeszcze tak oddolnie zorganizowanego miejsca na Węgrzech. Choćby z tego powodu warto się tam wybrać.

Stacja Bélapátfalva-Cementownia
Wielkomiejskie graffiti
Pomnik króla Beli IV, który nadał miejscowości prawa miejskie

węgierskie imaginarium

Wieś leży dwadzieścia pięć kilometrów od Kecskementu, to środek Wielkiej Niziny Węgierskiej a w zasadzie i środek Węgier. Kto bywał w tych okolicach z pewnością nie zapomni płaskich, depresyjnych przestrzeni tak doktliwie opisanych w Langoszu w jurcie Krzysztofa Vargi. Lakitelek to miejsce gdzie ten naturalnie dany węgierski spleen, gdzie węgierskość, wzmocnione są ręką człowieka i odczuwalne intensywniej.

Jeśli ktoś słyszał o Lakiteleku to zapewne z powodu spotkań prawicowej/narodowej inteligencji, które miały tam miejsce w drugiej połowie lat 80-tych: pierwsze we wrześniu 1987 roku a drugie niemal dokładnie rok później. Na pierwszym powstało Węgierskie Forum Demokratyczne (Magyar Demokrata Fórum), które na drugim przekształciło się w partię. MDF wygrało pierwsze wolne wybory w 1990 roku i potem sformowało pierwszy demokratyczny rząd.

Na spotkaniach pojawił się Imre Pozsgay, przedstawiciel reformistycznego skrzydła partii komunistycznej, i dlatego też zabrakło tam miejsca dla antykomunistycznych dysydentów: przedstawiciele MSzMP (Węgierska Socjalistyczna Partia Robotnicza) stwierdzili, że nie chcą spotykać się z osobami, przeciw którym toczy się postępowanie w sprawie wykroczeń, typowy element antydysydenckich szykan, a organizatorzy spotkań ku temu się przychylili. (Opozycja polska, gdy znalazła się w podobnej sytuacji w trakcie negocjacji prowadzących do rozpoczęcia rozmów okrągłego stołu, na taki kompromis nie poszła i dlatego w okrągłym stole wzięli udział uznawani przez władze za ekstremę także tacy działacze jak Michnik czy Frasyniuk). Pozsgay stał się później zresztą kandydatem prawicy na prezydenta i niewiele brakowało by pierwszym prezydentem znów niepodległych Węgier został wybrany były członek Biura Politycznego (pisałem o tym tu).

Głównym organizatorem spotkań był nauczyciel literatury w miejscowej szkole, poeta Sándor Lezsák. Był on później przez lata prominentym działaczem MDF-u. Po wykluczeniu z partii w 2004 roku założył Forum Narodowe, które w 2006 roku nawiązało współpracę z Fideszem. Potem do parlamentu wybierano go już z list Fideszu, obecnie jest wicemarszałkiem z ramienia tej partii.

Lezsák założył w Lakiteleku Wyższą Szkołę Ludową (Népfőiskola). Ta fundacja nawiązuje w swych deklaracjach do działalności przedwojennych i skandynawskich szkół ludowych, według strony internetowej, bywa nazywana jedną z „duchowych stolic” kraju. Od lat trafiają tam ogromne ilości pieniędzy z budżetu państwa, co umożliwia dynamiczny rozwój (więcej szczegółów tu [HU]).

Wygląda na to, że całość z ośrodka konferencyjnego, którym była na początku, zmierza w stronę ośrodka wypoczynkowego, do którego przyjeżdza się po prostu by wykąpać się w basenach termalnych (są), pojeździć na koniach (właśnie oddano do użytku stajnie) czy spędzić czas w bardziej niż przyzwoitym hotelu (czterogwiazdkowiec się właśnie buduje), a wszystko o narodowym charakterze, o czym zaraz.

Plan ośrodka – już nieaktualny. Teren jest obecnie co najmniej trzym razy większy, dodane zostały ostatnio stajnia, „katedra wina”, teren do foot golfa, hotel a buduje się jeszcze jeden, są też tam szklarnie i szereg innych obiektów.

Bardzo wyczuwalny jest zamysł twórców miejsca by nadać mu właśnie narodowy, węgierski charakter. Uczyniono to z jednej strony poprzez zalanie go przeróżnymi narodowymi buzzwordami i symbolami, a z drugiej poprzez pewne budynki czy też inne elementy przestrzeni.

Te buzzwordy, nie znajduję odpowiedniejszego słowa, to nazwy, frazy, nazwiska czy daty, wszystkie ważne dla osób o przekonaniach narodowych, które wystarczy rzucić by dla znających temat wszystko było jasne bez dodatkowych wyjaśnień. Jest od nich aż gęsto w terenie, prawica jest dobra w tworzeniu takich rzeczy. To po prostu trzeba zobaczyć, przykłady poniżej.

Wszechobecne drogowskazy
Drogowskazy z bliska. Gdyby ktoś nie wiedział gdzie urodził się János Arany (tabliczka: Arany János szülőfaluja) informację tę znajdzie umieszczoną pomocnie z drugiej strony
Jeden z niezliczonych, nieodmiennie realistycznych, posągów wielkich Węgrów (wielkich Węgierek brak): Zoltán Kodály.
Jan Paweł II (z lewej) jest chyba jedynym nie-Węgrem wśród posągów.
Drewnianych ławek też jest masa, na każdej nazwisko, Lajos Für to były minister obrony, polityk MDF-u,
Bez tego nie mogło się obyć, sprawa dość oczywista. Ciekawa jest makatka z prawej, pochodzi z Kirigzji, a z Azji Środkowej, jak wiadomo, przybyli tutaj Węgrzy.
Trochę rowaszu, dla ułatwienia zrozumienia tekst podany jest także łacinicą, rowasz jest tu jak najbardziej na miejscu.
Kaplica jak kaplica, ale na szczycie ma węgierską Świętą Koronę.
Piękna robota snycerska, elementy ludowe, artysta, o ile pamiętam, pochodzi z Siedmiogrodu, to też jednoznaczny kod kulturowy.
Urokliwe krzesła ze stołówki, symbol księżyca i słońca pojawia się na fladze seklerskiej.

Elementy przestrzeni nawiązują do węgierskiej mitologii, są tam więc i jurta i kurhan, jest i stajnia w kształcie turula.

Jurty prosto z Mongolii – można tam przenocować czując się jak przodkowie wędrujący do terenów obecnych Węgier (jeśli faktycznie używali takich akurat jurt).
Niby murowana ale ta sala zebrań i tak nawiązuje do kształtu jurty.
„Katedra wina” ma kształt kurhanu. Nie udało mi się ustalić co jest w środku.
Stajnia w kształcie turula.

Jest jeszcze jedna rzecz, która, sądzę, że bez specjalnego zamysłu twórców miejsca, w dyskretny sposób wzmacnia jego mniej już stereotypowo węgierski charakter. Nie wiem dlaczego, ale i w architekturze wcześniejszych budynków (intensywna rozbudowa wciąż trwa), w wyposażeniu pokoi gościnnych, czy też w funkcjonowaniu stołówki odczuwa się jakoś klimat końca lat 80-tych. Ma Lakitelek jakoś nastrój okresu schyłku kadaryzmu, czasami przywodzi na myśl on ośrodek wczasów pracowniczych, zamiast blichtru nowoczesności odczuwa się tam prowincjonalność. Zważywszy na to, że w wieloletnim już podziale kulturalnym społeczeństwa węgierskiego na segmenty liberalny/miejski oraz konserwatywno-narodowo-ludowy tradycja Lakiteleku zdecydowanie wiąże się z tym drugim, nie sądzę by zakłócało to tak troskliwie tworzony klimat miejsca.

Oldskulowe fotele.

To imaginarium jest zdecydowanie warte zobaczenia. Mniej dlatego by poznać jacy są Węgrzy a raczej jak niektórzy Węgrzy sami siebie wyobrażają.

Nie całkiem narodowe w charakterze ale po prostu ładne kwiaty przed jednym z budynków.

kilka sugestii dla szpiegów w Budapeszcie

Pamiętam jak będąc chłopcem jeszcze czytałem jakąś książkę historyczną, w której pojawiał się niemiecki szpieg próbujący działać w Londynie w czasie wojny. Nocne wyładowanie na brzegu z łodzi podwodnej przebiega bezproblemowo, nasz szpieg dociera też bez przeszkód do Londynu. Przygotowany jest perfekcyjnie. Język zna na tyle znakomicie, że potrafi rozwiązywać krzyżówki. Ubrania są angielskie, nawet metki bez zarzutu, pieniądze oryginalne. Wszystko powinno grać ale w końcu jednak wpada i to przez jakiś idiotyczny szczegół, którym zwraca na siebie uwagę a którego obecnie nie mogę sobie przypomnieć.

Ta historyjka przyszła mi do głowy kiedy niedawno uświadomiłem sobie dwa takie drobiazgi, które szybko wydają, jeśli nawet nie szpiegów to przynajmniej ludzi „nie stąd”, czyli spoza Budapesztu czy też Węgier.

Z nieznanych mi powodów podając nazwy paru ulic każdy szanujący się budapeszteńczyk poda nie tylko nazwisko ale i imię patrona. Odnosi się tylko do kilku, dalece nie wszystkich przypadków. Mówi więc tu się Petőfi Sándor utca, Paulay Ede utca, Frankel Leó utca oraz Blaha Lujza tér (a nie Petőfi, Paulay czy też Frankel utca albo może Blaha tér). Jednocześnie są Andrássy út, Bajcsy-Zsilinszky utca, Podmaniczky utca, Kossuth tér, itd. jak wspomniałem normą jest używanie tylko nazwiska patrona ulicy, wersja z imieniem to odstępstwo od reguły. Czemu tak jest nie wiem, praktycznego wyjaśnienia to nie ma. Nie ma innego Petőfiego żeby trzeba było odróżniać, nie ma drugiej Blahy a słów to wymówienia jest więcej.

Paulay Ede utca a nie, w żadnym wypadku, Paulay utca

Drugi taki zwyczaj kultywowany przez lokalsów to mówienie dzień dobry/dobry wieczór wszystkim ludziom spotkanym na klatce schodowej, nie tylko sąsiadom ale także nieznajomym, nawet jeśli oczywistym jest, że tu nie mieszkają. Tych samych ludzi już metr od wejścia zignorujemy przykładnie. Co więcej, jeśli jesteśmy w jakimś domu by odwiedzić znajomych też napotkawszy kogoś na klatce schodowej spieszymy z naszym dzień dobry/dobry wieczór.

A tak przy okazji, czy ktoś może potrafi podać więcej przykładów ulic, przy których podaje się pełną nazwę patrona? Zarówno ja jak i szpiedzy w Budapeszcie będziemy bardzo wdzięczni.

z językami na Węgrzech jest cieńko

Troszkę statystyki: ponad połowa Węgrów nie zna żadnego języka obcego. W dodatku sytuacja wygląda kiepsko jeśli spojrzeć na relatywną pozycję Węgier względem innych krajów europejskich czy unijnych. W UE gorzej jest tylko w Rumunii i  Wielkiej Brytanii choć w tej ostatniej mówi się językiem dość popularnym za granicą.

Na powyższym obrazki (źródło: Quibit) czerwony to kołor reprezentujący osoby znające tylko jeden język, zielony znające jeden język obcy, żółty dwa, niebieski więcej niż dwa. Dla porównania zaznaczyłem też ramką Polskę.

Sytuacja wśród młodzieży jest podobna. Na Węgrzech najmniej w całej Unii jest uczniów uczących się dwóch języków obcych (6.2%).  W Polsce, znów dla porównania, jest ich 93.9%.

W sumie językowo Węgrzy są dość wyizolowani zwłaszcza, że węgierski nie jest podobny do żadnego innego języka  tak jak, dajmy na to, polski jest podobny do czeskiego czy francuski do włoskiego.

Ta izolacja ma swoje konsekwencje kulturowe i polityczne: łatwiej jest manipulować społeczeństwo, które nie znając innych języków zdane jest wyłącznie na krajowe media w większości podające rządową propagandę.

PS Niemal dziesięć lat temu też pisałem o językowych statystykach, choć były to badania pewnie o innej metodologii i dlatego pewnie nienadające się do porównań to jednak wyłaniał się z nich ten sam trend: Węgrzy językowo siedzą w Europie przy oddzielnym stole.

Oblężenie Budapesztu

W czasie niedawnej wizyty w Warszawie Orbán rzucił dowcipem. Komentując polskie stulecie niepodległości powiedział: przynajmniej coś dobrego wtedy się stało. Chodziło mu rzecz jasna o Trianon, na mocy którego Węgry utraciły dwie trzecie terytorium. O tym, że również wówczas odzyskały niepodległość, się nie zająknął.

W węgierskiej narracji historycznej niepodległość jest tak ważna jak w Polsce. Największe święta narodowe to rocznica wybuchu powstania 1848 a potem rewolucji 1956 roku. W obecnej walce z “Brukselą”, którą rząd bohatersko toczy odwołań do walki o wolność nie brakuje. A kiedy niepodległość nadeszła, Węgrzy obchodzą żałobę.

Dla osób, które nieco poznały Węgry nie ma w tym niczego zaskakującego. Tutejsza historia jest na tyle powikłana, że, w porównaniu z Polską, Węgrzy mało się nią zajmują. W rodzinach nie ma tradycji opowiadania o przeszłości, Węgrzy nie mają swoich bohaterów, z wieloma rzeczami z historii nie wiedzą co zrobić.

Mało książek lepiej pomaga zrozumieć ten specyficzny stosunek Węgrów do historii jak monografia Krisztiána Ungváryego pt. Budapest ostroma czyli Oblężenie Budapesztu.

 

Samo oblężenie było istotnym epizodem w historii drugiej wojny światowej. Trwało 102 dni a intensywność walk porównywalna była z bitwą stalingradzką przy czym w ich trakcie w Budapeszcie przebywało 800 tysięcy ludności cywilnej. Oblężenie, które trwało do 13 lutego 1945 roku, związało znaczące siły radzieckie i spowolniło ich posuwanie się w kierunku Berlina. W marcu, kiedy siły radzieckie były już 60 kilometrów od Berlina, połowa wszystkich niemieckich sił pancernych operowała jeszcze na terenie Węgier.

Węgrzy obecni w Budapeszcie podczas oblężenia występowali w bardzo różnych rolach. Zacznijmy od żołnierzy. Mieszanymi niemiecko-węgierskimi siłami broniącymi miasta dowodzili Niemcy. Poszczególne oddziały węgierskie znajdowały się pod bezpośrednią komendą niemiecką, węgierskie dowództwo obrony nie miało nic do powiedzenia.

Wielu żołnierzy, czy też nie widząc sensu obrony czy też kalkulując, że zwiększa to ich szanse na przeżycie, przeszło na stronę oblegających. Żołnierzy do walki u boku Armii Czerwonej werbowano też spośród jeńców. Ci stawali przed niełatwym wyborem: walka przeciwko byłym towarzyszom broni czy też niewola w Związku Radzieckim. Jak wyliczył Ungváry (bardzo wysoka) śmiertelność była taka sama w obu przypadkach.

Warto dodać, że formalnie Węgry znajdowały się pod okupacją niemiecką a próba zmiany frontu podjęta przez regenta Horthyego w październiku 1944 roku zakończyła się niepowodzeniem. Już wówczas wszyscy żołnierze musieli sobie odpowiedzieć na pytanie wobec kogo powinni być lojalni.

Węgierscy strzałokrzyżowcy nominalnie kierowali administracją cywilną oraz zorganizowali część oddziałów. Wielu z nich, nie zważając na walki, oddawało się prześladowaniu Żydów, których, między innymi, mordowano nad Dunajem wrzucając trupy do wody. Odznaczył się wśród nich były franciszkanin ojciec Kun, który paradował z pistoletem przy habicie organizując tortury i mordowanie Żydów.

Masy cywili były nieprzygotowane do oblężenia. Władze nie poczyniły żadnych planów na wypadek walk w mieście, jeszcze w listopadzie zapewniano, że do nich nie dojdzie. Nie zorganizowano ewakuacji. Pojawienie się wojsk radzieckich było zaskoczeniem: w pewnym momencie patrol radziecki zjechał do miasta wagonikiem kolejki zębatej budząc zdumienie wśród przechadzających się spokojnie cywili. Cierpienia ludności nie skończyły się z końcem walk jako że żołnierze Armii Czerwonej dopuszczali się niezliczonych gwałtów a wiele osób wywieziono na „maleńką robotę”, z której nie wszyscy wrócili.

Ruch oporu nie miał znaczenia militarnego, odznaczył się jednak w aktach sabotażu, ratowania zagrożonych a także akcjach zbrojnych skierowanych przeciwko strzałokrzyżowcom. Niektóre organizacje, np. KISKA, formalnie część struktur obrony, były zinfilitrowane przez ruch oporu w takim stopniu, że strzałokrzyżowcy im nie dowierzali i w końcu zarządzili ich rozwiązanie. Szereg grup zostało zdekonspirowanych przez tajną policję, ich członkowie poddawani byli torturom i skazywani na śmierć. Częścią ruchu oporu były grupy komunistyczne. Syjoniści w pierwszym rzędzie zajmowali się ratowaniem ludzi, w tym celu produkowali gigantyczne ilości fałszywych dokumentów.

Żydzi cierpieli najwięcej spośród ludności cywilnej. Terror oblężenie potęgowało zamknięcie w getcie i bezbronność wobec szalejących strzałokrzyżowców co rusz popełniających kolejne zbrodnie.

Która z tych grup reprezentuje prawdziwie węgierską historię? Gdzie byli bohaterzy a gdzie zdrajcy? Do kogo się przyznawać a kogo wstydzić? Czy to było wyzwolenie czy podbicie Budapesztu?

Na te pytania nie ma łatwej odpowiedzi. Tak jak nie ma łatwej narracji w węgierskiej historii. Stąd ta cisza nad nią.

Środowiska skrajnej prawicy od kilkunastu lat organizują obchody rocznicy próby wyrwania się z oblężenia podjętej przez resztki sił obrońców 11 lutego pod nazwą Dzień honoru. Jak zauważył Ungváry, nie o honor tu chodziło ale o strach przed niewolą radziecką: takie próby wyrwania się z oblężenia podejmowano tylko na froncie wschodnim, na zachodzie po prostu się poddawano. To upamiętnienie w jednoznaczny sposób przyjmuje perspektywę niemiecką czy strzałokrzyżowców, jakby na to nie spojrzeć, nazistowską.

Ungváry przypomina postać generała dywizji Gerhada Schmidhubera, który zapobiegł przygotowywanej przez SS i strzałokrzyżowców masakrze getta umożliwiając zamkniętych w nim 70 tysiącom ludzi dotrwanie do końca wojny. Uważa, że upamiętnienia skupiające się na tej postaci mogłyby zjednoczyć ludzi o różnych poglądach. Jak pisze, żadna z sił politycznych jednak nie poparła tej inicjatywy, oblężenie Budapesztu pomijane jest generalnie ciszą.̣

***

Książka doczekała się siedmiu wydań na Węgrzech, dwóch w Niemczech, dwóch w Wielkiej Brytanii i dwóch w Stanach. Czas na tłumaczenie na polski.

wiele mówiące słowa

Zaciekawiły mnie ostatnio słowa, których pozornie oczywisty, lustrzany odpowiednik w tłumaczeniu ma inne, bywa, że radykalnie odmienne, znaczenie lub kontekst w drugim języku, rzecz jasna chodzi mi o polski i węgierski. Mam trzy przykłady takich słów.

Węgierski polgári to po polsku mieszczański. Przy czym po węgiersku używa się tego słowa z pełną afirmacją, jest więc polgári mieszkanie czy też polgári rodzina i jest to cool. Tak na marginesie węgierska inteligencja kulturalnie zawsze aspirowała, także w czasach socjalistycznych, do bycia właśnie polgári, w Polsce analogiczne aspiracje odnosiły się do szlachty. Powiedzmy zatem po polsku: pochodzi z mieszczańskiej rodziny, mają mieszczańskie mieszkania – toż to już wstyd i poruta. To samo, słownikowo, słowo, a inny kontekst znaczeniowy.

Albo weźmy takie węgierskie igénytelen. W słowniku to sympatycznie brzmiący niewymagający. Tyle, że w węgierskim igénytelen to burak, któremu jest wszystko jedno: mieszkać może w mieszkaniu lub w oborze, jeść z talerza albo z gazety, ubierać się w cokolwiek. Najbliższy temu słowu byłyby pewnie prymityw, nawet abnegat brzmi tu zbyt pozytywnie bo dopuszcza jakieś, ignorowane ale jednak być może istniejące, smak czy potrzeby estetyczne. Kto zna węgierski doceni smaczek dosłownie przetłumaczonego na węgierski zdania Proszę się nie trudzić, nie jestem wymagający: Ne fárodjon, igénytelen vagyok.

Esztéta to, znowu, według słownika, po prostu esteta. Tyle, że węgierskie słowo oznacza w zasadzie krytyka sztuki i do bycia esztétą można się spokojnie przyznawać w towarzystwie wywołując zapewne szmer uznania, a po polsku użyjąc tego określenia w stosunku do siebie ryzykujemy, w najlepszym razie, ośmieszenie się brakiem skromności a w gorszym wywołanie zażenowania wobec demonstracji tak bezkrytycznego pięknoduchostwa.

Każda z tych par słów jest oczywiście inna. Mimo tych różnic wspólna jest odmienność pomiędzy obrazem świata, jego pojęć i wartości doświadczanych przez użytkowników obu języków.

fajne ale miejscami nieco zawodne słowniki

pogrzeb bez księdza

Dawno, dawno temu fraza „pogrzeb bez księdza” wywoływała we mnie obraz ceremonii pogrzebowej jakiegoś komunisty z groteskowymi, pseudo-kościelnymi rytuałami w wykonaniu działaczy partyjnych, orkiestrą wojskową lub milicyjną grającą Międzynarodówkę a potem marsz żałobny Chopina, czasami kojarzyła się z pogrzebem samobójcy zakopywanego chyłkiem pod cmentarnym płotem przez rodzinę bardziej zrozpaczoną z powodu braku księdza właśnie niż samej tragicznej śmierci zmarłego.

Niedawno miałem okazję wziąć udział w takim pogrzebie bez księdza. Opisuję go tutaj nie dlatego, by reprezentował on jakiś nowy ustalony zwyczaj – zapewne sposobów grzebania zmarłych bez księdza jest tyle ile takich pogrzebów – ale jako przykład jak to może wyglądać.

Zmarła znajoma, założycielka i kierowniczka jednego z wydawnictw. Na cmentarzu, w przenikającym, wilgotnym, jak trzeba zimnie, zebrało się ponad sto osób, głównie starszych, wszyscy o inteligenckim wyglądzie. Nie mieściliśmy się w domu pogrzebowym. Jak zwykle przyciszone rozmowy, cześć-cześć, w ręku u niemal każdej osoby biały kwiat. Daleko, w środku domu pogrzebowego, pod dyskretnym krzyżem z żarówek, otwarta, prosta trumna.

Do mikrofonu podchodzi stojący dotąd z tyłu, około trzydziestopięcioletni, mężczyzna. Zaczyna mówić o zmarłej, przedstawia jej życie. Mówi prosto, bez zwyczajowych na pogrzebach peanów. Pozbawiony ozdobników jest nie tylko styl jego wypowiedzi ale i jej treść: opowiada o trudnym rozwodzie matki – okazuje się, że to jej syn, o nałogu palenia, który towarzyszyło jej przez niemal całe dorosłe życie i przyczynił się do jej śmierci.

Po synu pojawia się córka, która czyta fragment Buddenbrocków, ten, który dała jej matka gdy ona szła do szpitala urodzić dziecko. Mówi o bliskiej więzi jaką z nią miała.

Na końcu mówi przedstawiciel wydawnictwa. Opowiada o tym czym było w życiu zmarłej wydawnictwo. Ton jego wypowiedzi jest miejscami osobisty, bardziej, niż w przypadku powściągliwych dzieci zmarłej. Mówi, że to, czym jest, w dużej mierze ukształtowała zmarła, która była dla niego poniekąd też mentorką.

Po tym córka mówi, że można złożyć kwiaty koło trumny. Podchodzimy tam po kolei, każdy wkłada swój kwiat do wazy czy też kładzie go na postumencie. Boję się trochę widoku w otwartej trumnie ale zwłoki przykryte są szarym całunem i nie przerażają.

Po złożeniu kwiatów stoimy przez jakiś czas przed domem pogrzebowym. Widzę, że rodzina stoi przy trumnie, są tam dzieci, które zachowują się swobodnie. Nie ma pogrzebowego przygnębienia zwykle dominującego na tego typu uroczystościach.

Oczekiwanie się przedłuża, coraz bardziej wygląda na to, że złożenie do grobu odbędzie się później. Być może rodzina będzie to chciała zrobić sama, dlatego można było złożyć kwiaty wcześniej.

Coraz więcej ludzi odchodzi. Po jakimś czasie odchodzę i ja.

pogrzeb bez księdza, nagrobek bez krzyża