skorumpowany lekarz: sensacja

Nie może mi wyjść z głowy notatka, która ukazała się jakiś czas temu w Magyar Hírlap pt. Orvoskorrupció: Gyűjtsön még pénzt! Korupcja lekarska: proszę zbierać pieniądze).

István Mikola to lekarz i polityk, jest posłem do parlamentu z ramienia Fideszu w latach 2000-2002 był ministrem zdrowia a w wyborach 2006 roku kandydatem na wicepremiera. Obecnie przewodniczący parlamentarnej komisji zdrowia.

Mikola zgłosił do prokuratury przypadek położnika, który poradził swojej ciężarnej pacjentce, by "uskładała więcej pieniędzy" na poród, bo suma, którą uzbierała (kilkadziesiąt tysięcy forintów) nie jest wystarczająca. Mikola dowiedział się o tym z listu, który zrozpaczona kobieta napisała w tej sprawie do niego.

Mikola oświadczył, że nieformalne taryfy stosowane przez wielu pracujących w państwowej służbie zdrowia lekarzy nie mają nic wspólnego z oficjalnie tolerowanymi "pieniędzmi wdzięcznościowymi" (hálapénz – pisałem już o tym kiedyś tu i tu) i są niedopuszczalne. Opłaty za indywidualną opiekę na pacjentkami w położnictwie są oburzające zwłaszcza ze względu na tragiczną sytuację demograficzną Węgier.

Hoho! pomyślałem. Jak rzadko ktoś reaguje na to zjawisko, o którym wszyscy wiedzą i wobec którego nikt nic nie robi. Moim zdaniem granica między "pieniędzmi wdzięcznościowymi" i otwartym domaganiem się opłat jest szalenie płynna i tolerowanie jednego zjawiska jest milczącym przyzwoleniem na drugie.

Ale najwygodniej jest milczeć: lekarzom można płacić mniej niż sekretarkom w firmach bo "oni sobie sami dozbierają od pacjentów" co im brakuje, a ponieważ spora część lekarzy "sobie radzi" w służbie zdrowia nie ma niepokojów, i wszyscy są zadowoleni, że fikcja bezpłatnej służby zdrowia jest utrzymywana. Zapotrzebowanie na nią potwierdziło referendum z 2008 roku, w którym większość biorących udział zagłosowała przeciw opłatom za wizytę u lekarza.

Ciekaw jestem czy coś z tego wyniknie. Osobiście wątpię: Fidesz storpedował poprzednie próby reformy służby zdrowia, czemu miałby tu robić coś sam. Ale przeczytać, że ktoś nazwał korupcję w służbie zdrowia po imieniu robi wrażenie. Nie za często się to słyszy.

autostrady czy pociągi

W lecie będąc w Polsce miałem pojechać z Poznania do Miałów. Wybierałem się samochodem aż ktoś mi powiedział, żebym pojechał pociągiem bo będzie szybciej. Zdziwiłem się ale faktycznie, pociągiem godzina a samochodem półtorej. Na Węgrzech byłoby dokładnie odwrotnie.

Pomyślałem trochę nad tym i zdaje mi się, że jest w tym pewna prawidłowość. W Polsce pociągiem w dalszym ciągu na ogół jeździ się szybciej niż samochodem podczas gdy na Węgrzech samochód jest zwykle szybszy. Głębiej zainteresowanym polecam porównania czasu przejazdu pociągiem na Węgrzech i w Polsce z czasem przejazdu między tymi samymi miejscowościami samochodem.

Główną przyczyną tego jest to, że na Węgrzech od lat systematycznie buduje się autostrady (ten rok będzie skurat pierwszym od dwudziestu kiedy premier nie otworzy ani kawałka autostrady) i do dziś powstała ich całkiem niezła sieć podczas gdy w Polsce – wiadomo.

Jednocześnie jednak sieć kolejowa na Węgrzech ulega stałej degradacji, poziom usług jest nędzny i co jakiś czas wyłącza się z eksploatacji kolejne setki kilometrów torów. W Polsce w tym samym czasie poziom usług kolejowych raczej się poprawia, pojawiła się konkurencja i walka o pasażera. Rzecz jasna ma to spory sens przy obecnym stanie dróg.

W efekcie ustrojowo Węgry stałem się krajem podporządkowanym klasie średniej, Polska natomiast pozostała bardziej demokratyczna. Jak to rozumieć? Ano autostrady buduje się w istotnej części z podatków płaconych przez biednych i zamożnych, korzystają z nich natomiast tylko osoby posiadające auto, czyli bogatsze. Biedni dalej będą się tłuc brudnymi, zimnymi, spóźniającymi się pociągami.

W Polsce ten efekt jest, przynajmniej dotąd, mniej odczuwalny. Moim zdaniem nie warto tego zmieniać, oczywiście nie poprzez zaniechanie budowy autostrad ale przez równoległe inwestowanie w sieć kolejową.

„coś pozytywnego o Węgrzech”

Gdy napisałem o badaniach, z których wynika, że na Węgrzech ludzie nie ufają sobie nazwazjem wierny czytelnik Mags tak to skomentował:

(…) Czy moglbys kiedys znalezc Wegra lub Wegierke ktora moglaby na forum
Twojego blogu ukazac pozytywne strony zycia w krainie Bratankow (poza
winem, krajobrazami, architektura i interesujacym kobietami), ich
osiagniecia kulturowe, techniczne w ciagu ostatnich paru lat w skali
europejskiej i globalnej (poza najslynniejszym programista Worda i
Excella ktory polecial w kosmos i podobno nadal cos stamtad po
wegiersku).Jednym slowem cokolwiek co pomoglo by mi zatrzec to
negatywne uczucie ktore rzuca sie cieniem na moja percepcje Madziarow
(…)

Niezłe pytanie, pomyślałem. I postanowiłem przeprowadzić nieformalne badanie w tej kwestii pytając koło dwudziestu znajomych co pozytywnego widzą na Węgrzech, z czego są dumni – poza winem, krajobrazami, architekturą i interesującymi kobietami, zgodnie z sugestią Maga. Od razu zastrzegam się, że czego się dowiedziałem nie na żadnej wartości naukowej bo to po prostu byli moi znajomi a nie próbka statystyczna.

Pierwsze wrażenie to to, że cudzoziemcy, bo ładnych paru ich znalazło się w grupie zapytanych, bardziej lubią Węgry niż sami Węgrzy. Bo cudzoziemcy zawsze powiedzieli coś pozytywnego, ci Węgrzy natomiast… Rozmawiałem z pewnym Węgrem, który na pytanie z czego jest dumny oświadczył mi, że, po pierwsze, z tego, że jest Węgrem oraz, po drugie, z ponad tysiąletniej historii państwa. Dopytywałem: a co jest dobrego obecnie? Na co on: nic, absolutnie nic, cały kraj nam do szczętu rozwalili!!

W podobnej rozmowie z innym Węgrem rzucił on: najpierw niszczyli kraj przez czterdzieści lat a potem przez dwadzieścia, odnosząc się do okresu socjalizmu oraz obecnej demokracji. Zaoponowałem: przecież kiedyś, na przykład, nie można było wyjeżdzać (mój znajomy akurat został skazany zaocznie na więzienie za nielegalny wyjazd z kraju do Niemiec) a teraz, proszę bardzo, nawet Schengen mamy, na co on: ja mam za co jeździć ale ludzie nie mają. Poczułem, że nie przekonam.

Ale zostawmy te anegdotki, weźmy się za listę. Co więc mamy fajnego na Węgrzech, z czego można być tu dumnym, podaję bez ładu i składu, rzeczy mniej i więcej ważne.

  • pokojowy tłum Jak tu się dużo ludzi zbierze to, z wyjątkiem meczy piłkarskich oraz demonstracji skrajnej prawicy, to nie wyzwala to w nich agresji. Podam przykład: kiedy się odbywają sierpniowe fajerwerki w Budapeszcie to schodzi się je oglądać jakiś milion ludzi i nic, nikt nie rzuca butelek w powietrze, nie ma burd, wyzwisk. Pilnuje tego pewnie jakiś trzydziestu policjantów, co zupełnie starcza.
  • bezpieczeństwo Budapeszt – Węgry – są strasznie bezpiecznym miejscem. Na ulicach w nocy można chodzić, od napotkanych ludzi nie oczekuje się agresji. Kolega Francuz zwrócił moją uwagę, że tu nie widzi się bójek na ulicach. Kolejna rzecz, której się nie widuje to
  • pijacy Alkohol można kupić wszędzie i o każdej porze, pálinkę można legalnie pędzić w licznych małych, miejscowych gorzelniach – i nic. Pijanych, poza wiecznie nieco zaprutymi homelessami, nie ma.
  • muzyka Poziom życia muzycznego jest tu wysoki. Wielu ludzi mi opowiadało o różnych aspektach tego. Mamy więc tu Fesztivál Zenekor (Orkiestra Festiwalowa), która, akurat gdzieś widziałem jakąś klasyfikację, zalicza się do pierwszej dziesiątki orkiestr świata. Muzyka dla dzieci jest tu zadziwiająco wysokiej jakość, o czym kiedyś pisałem. Mówiono mi też o nauce muzyki metodą Kodálya, ale tego jestem już mniej pewny bo efektów w postaci poziomu kultury muzycznej przeciętnego Węgra (ani nie grają na instrumentach ani nie śpiewają) mało widać.
  • taksówki W Budapeszcie mamy, moim zdaniem, najlepszy system taksówkarski na świecie. Wystarczy znać parę numerów firm (hieny czatujące na naiwnych na ulicy i tutaj warto omijać) i ma się w zasadzie gwarantowaną taksówkę w ciągu dziesięciu, max piętnastu, minut, którą można zamówić po angielsku, jeśli się chce, można płacić kartą, nie oszukują.
  • rowerzyści Największa masa krytyczna na świecie, bujnie rozwijający się ponadpolityczny ruch rowerzystów – geniale.
  • język w prasie Węgierska prasa nie poraża poziomem, odraża natomiast upartyjnieniem. Tym niemniej język niektórych artykułów w indexie czy Magyar Narancs potrafi zachwycić swoim bogactwem i wyrafinowanym poczuciem humoru.
  • Pesti Est czyli bezpłatny informator kulturalny do zabrania z kina, teatru czy kawiarni plus strona internetowa. Przedsięwzięcie początkowo miało formę złożonej kartki A4 z programem kin, obecnie jest znakomity informator co-gdzie. Jego sukces doprowadził do powstania masy konkurencyjnych wydawnictw, więc przebierać-wybierać.
  • porszívó-orrszívó czyli genialny oczyszczacz nosa dla dzieci. Dzięki niemu nie ma problema zatkanego nosa u małych dzieci. Nie pamiętam już ile z nich posłałem (cały dumny) znajomym do Polski. Mała rzecz a cieszy.
  • romkocsmy czyli knajpki w ruderach. Szalenie stylowe i popularne, konieczna rzecz do pokazania znajomym z zagranicy. Pisałem już o nich szereg razy (tu, tu, tu, tu i ostatnio tu).
  • szoborpark czyli park pomników. Jedyni w Europie Wschodniej Węgrzy genialnie zachowali wszystkie swoje pomniki komunistyczne przenosząc je do parku na przedmieściach Budapesztu, ku pamięci – i ku uciesze turystów. Pisałem o tym tu.
  • gyes czyli trzyletni urlop macierzyński Obiekt westnień cudzoziemców oraz bez wątpienia jeden z powodów obecnych węgierskich kłopotów budżetowych. Najważniejszą pewnie rzeczą jest, że można być w domu z dzieckiem przez trzy lata i nie traci się pracy. Tylko na Węgrzech!
  • Romskie posłanki do Parlamentu Europejskiego Węgierska polityka to dość smutne temat ale i tu są jaśniejsze momenty. Węgry są mianowicie jedynym krajem EU, który do Parlementu Europejskiego Romów i od razu dwóch i to od razu dwie kobiety. W dodatku pochodzą one z dwóch wzajemnie zwalczających się obozów bardzo podzielonej węgierskiej polityki: Viktória Mohácsi dostała się z rekomendacji Fideszu a Lívia Járóka z listy SzDSzu.
  • András Simonyi. Były ambasador Węgier w USA genialnie potrafił się zachować gdy Stephen Colbert zabawił się kosztem Węgier nawołując widzów swojego Colbert Report do głosowania na niego w internetowym plebiscycie na nazwę nowego mostu (nazywa się Megyeri). Zamiast obrazić się jak Kazachowie na Borata wystąpił w programie wykazując się ogromnym poczuciem humoru (pisałem o tym tu i tu). Węgry ogromnie zyskały dzięki niemu w tej chwili. Obecnie jest szefem Korda Studios, jeśli mu tak pójdzie jak w czasie ambasadorowania bo wkrótce Węgrzy zakasują Hollywood.

No, tym razem to dopiero spodziewam się komentarzy. Podawajcie też swoje przykłady co wam się na Węgrzech podoba.
***
Spodobał ci się ten post? Przetłumacz go na inne języki na Der Mundo.

„biją Węgrów!”

Napisał do mnie Marcin, czytelnik tego bloga:

Drogi Jeżu

Jako czytelnik twojego bloga osmielam sie napisac
maila do ciebie. Mianowicie w chwili obecnej pracuje z kilkoma
Slowakami z którymi od czasu do czasu wymieniamy sie informacjami z naszych
krajow. W chwili obecnej bardzo wzburzeni sa oni wypadkami podczas jednego z
meczów ligi slowackiej. Gdzie zabity zostal / zmarł jeden z kibicow
budapesztanskiego Ferancvarosu. Wiem również że w związku z tym
pod słowacka ambasada  na  węgrzech odbywaja sie liczne
demonstarcje.

Czy mogłbys wyjasnic jak wyglada to ze
strony wegierskiej lub co w rzeczywistosci sie stalo?

Odpisuję na blogu bo być może więcej osób sprawa ciekawi.

Sytuację słabo rozumiem bo czytam tylko prasę węgierską a tam trudno oczekiwać obiektywnej informacji. Co jednak wiem mimo wszystko:

  • Mecz odbył się 1 listopada w Dunajskiej Stredzie (po węgiersku Dunaszerdahely) pomiędzy miejscowym klubem, jak rozumiem mającym głównie węgierskich fanów, a Slovanem Bratislava "reprezentującym" Słowaków.
  • Mimo, że był to mecz dwóch klubów słowackich na transparentach były flagi narodowe a Węgrzy dodatkowo wywiesili flagi z napisem "Byliśmy, jesteśmy, będziemy" oraz transparent w kształcie wielkich Węgier, przypomnijmy, zawierających w sobie Słowację.
  • Aczkolwiek na mecze klubu z Dunajskiej Stredy zawsze przyjeżdzają kibice z Węgier (w tym i silnie nacjonalistycznego Ferencvárosu) tym razem było ich więcej – mówi się o tysiącu.
  • Policja była brutalna i pobiła Węgrów choć biła też Słowaków (filmy poniżej). Nie wiadomo dokładnie czemu bito Węgrów. Na ostatnim filmie widać prymitywne zachowanie kiboli słowackich, znając kiboli węgierskich nie przypuszczam żeby oni zachowywali się grzeczniej.

  • Jeden z kibiców, miejscowy Węgier, został zabrany wprost z murawy helikopterem do szpitala, co było pierwszym takim przypadkiem na Słowacji. Mimo plotek o jego śmierci z tego co wiadomo, żyje.
  • Na Węgrzech podniósł się krzyk: biją Węgrów! Media bardzo zajmowały się tematem, pełno go było w internecie, w tym i na youtubie skąd pochodzą powyższe filmy.
  • Przed ambasadą słowacką odbyły się demonstracje, najpierw spontaniczna a potem zorganizowana. W czasie nich spalono słowacką flagę (dziś przeczytałem, że sprawca, którego zresztą o ile pamiętam, szukała policja, sam zgłosił się do ambasady mówiąc, że żałuje swojego czynu). Za zorganizowaną demonstracją stoi Młodzieżowy Ruch 64 Komitatów, (Hatvannégy Vármegye Ifjúsági Mozgalom), skrajnie prawicowe ugrupowanie organizujące regularnie zadymy w Budapeszcie
  • Pojawiły się komentarze, że zajścia były sprowokowane przez siły polityczne żyjące z napięcia między Słowacją a Węgrami. Stosunki pomiędzy oboma krajami są zresztą ostatnio złe.
  • Premier Węgier Gyurcsány miał nagadać premierowi Słowacji Fico podczas ostatniego szczytu wyszegradzkiego.

Tyle co wiem. Dla mnie to historia na temat jak stadionowa chuliganeria staje się bohaterem narodowym.

***

Spodobał ci się ten post? Przetłumacz go na inne języki na Der Mundo.

węgierskie fotoblogi

Zaczął się wczoraj w Budapeszcie szczyt projektu Global Voices. Zajmuje się on monitorowaniem blogów na całym świecie poza Stanami Zjednoczonymi oraz Europą Zachodnią – bo ich i tak jest pełno jest w mediach – oraz publikowaniem streszczeń w języku angielskim. Zapisałem się i codziennie otrzymuję e-mail z linkami do materiałów opublikowanych tego dnia. Niemal zawsze coś ciekawego. Na szczyt wybieram się dziś i jutro i postaram się coś napisać. Teraz natomiast chciałbym zwrócić uwagę na ciekawy post na temat węgierskich fotoblogów, który ukazał się wczoraj (linki z niego zaraz wrzucę do linkowni). Masa świetnych zdjęć Budapesztu.

Zainspirowany GV podaję niżej nazwy blogów z przykładami zdjęć ściągniętych z nich.

Budapest Daily Photo, autor ma też konto na Flickrze.

Budafok

Explore Hungary, zwykle serie zdjęć z wycieczek, również konto na Flickrze.

kino Urania Budapeszt

Ervin Sperla photoblog

budawa mostu Megyeri Budapeszt

Naked Eye

Mercedes

Andrey’s Fotoblog

w kocsmie w Biudapeszcie

Post z Global Voices podaje również parę linków: Aminus3 – strona z szeregiem fotoblogów czy Hungary starts here Flickr Pool.

Od siebie dodaję parę swoich linków:

Random Street

Sebész utca Budapest

No i rzecz jasna starzy znajomi

Hanibal Lecter

Tribute to Bp, gdzie często pojawiają się zdjęcia właśnie Budapesztu – i budapeszteńczyków oraz budapesztenek:)

Tak na marginesie, żaden z blogów nie chodzi pod licencją Creative Commons tak więc poglądać sobie można ale już ściągnąć i użyć – nie. No chyba, że za pozwoleniem.

zerowa tolerancja wobec kierowców

Napisałem mały artykuł dla Wyborczej na temat niedawno wprowadzonej zerowej tolerancji wobec kierowców i jej skutków ale jakoś się nie spodobał. Co zrobić, publikuję go tutaj, bo sprawa moim zdaniem ciekawa.

Bezpieczniej na węgieskich drogach

O 38% procent mniej ludzi zginęło w wypadkach drogowych na Węgrzech w ciągu pierwszych czterech miesięcy tego roku. To rezulat wprowadzonego niedawno zaostrzenia przepisów.

Na początku roku pojawiła się zerowa tolerancja wobec pijących. Kierowcy, u którego sonda wykaże nawet ślad alkoholu, policjant może na miejscu odebrać prawo jazdy. Pawo nie jest malowane: w pierwszym miesiącu od wprowadzenia tej zasady czasowo z prawem jazdy pożegnało się niemal dziewięćset kierowców.

Drugą ważną zmianą jest wprowadzona od początku maja odpowiedzialność właściciela pojazdu za złamane przepisy czy spowodowane wypadki. Kończy to bezkarność kierowców utrzymujących, że to nie oni akurat prowadzili samochód w feralnym momencie. Obecnie muszą potwierdzić to stosownymi dokumentami.

Nie bez znaczenie jest też znaczne zaostrzeżenie, również od początku maja, systemu punktów karnych. Obecnie znacznie łatwiej niż poprzednio jest osiągnąć granicę osiemnastu punktów oznaczającą utratę prawa jazdy. Wzrosła też wysokość grzywien. W początkach maja kierowcę jadącego z prędkością 135 km/h na terenie, gdzie dozwoloną prędkością było 50 km/h ukarano mandatem w wysokości 300.000 forintów, czyli ponad 4.100 złotych.

Bodźcem do rozpoczęcia kampanii jest unijne zobowiązanie do obniżenia do 2015 roku liczby ofiar wypadków drogowych do jednej trzeciej poziomu z 2000 roku. Większość wypadków śmiertelnych powodują nadmierność prędkość i nietrzeźwi kierowcy, stąd kierunek kampanii.

Węgry przewodzą unijnym statystykom wypadkowym. Na przykład w Niemczech, gdzie liczba aut na tysiąc mieszkańców jest dwa razy wyższa niż na Węgrzech, analogiczna liczba śmiertelnych ofiar wypadków była parę lat temu niemal o połowę niższa. W dodatku pomimo spadku liczby ofiar wypadków w innych krajach ta w ciągu ostatnich pięciu lat na Węgrzech stale rosła.

Nieoczekiwaną sprzeciw wobec kampanii przejawił kościół katolicki. Prowadząc samochód po odprawieniu mszy, w czasie której spożywają wino, księża narażają się na utratę prawa jazdy. A do przemieszczania się samochodem są często zmuszeni przez swoje obowiązki duszpasterskie, argumentowała konferencja biskupów.

Zaproponowała by, podobnie jak w ramach porozumienia z państwem z 1974 roku, biskupi mogli wystawiać księżom w swojej diecezji zaświadczenie, że spożywają alkohol w ramach swoich “obowiązków zawodowych”. Rząd okazał się jednak niewzruszony i na propozycję episkopatu nie przystał.

Policja póki co nie poddaje się euforii. Trzeba zaczekać na dane z co najmniej okresu półrocznego, twiedzi Ferenc Pausz, specjalista od bezpieczeństwa na drogach. Nie wystarczy zaostrzać przepisy, trzeba też zmieniać mentalność ludzi, dodaje. Kolejnymi wyzwaniami są prowadzenie pod wpływem narkotyków oraz nieużywanie pasów bezpieczeństwa.

Gulasz z turula

Przeczytawszy Gulasz z turula ucieszyłem się, że Krzysztof Varga nie pisze bloga bo nie miałbym wtedy pewnie w ogóle czytelników. Mamy bowiem wspólne zainteresowania – a on lepiej pisze.

Podobnie jak ten blog, Gulasz z turula to nie jest książka dla turystów pragnących spróbować węgierskiej kuchni, posłuchać muzyki cygańskiej czy popodziwiać zręczność pastuchów z Hortobágy. Pojawią się w niej węgierskie potrawy, restauracje, muzyka a także Hortobágy ale inne i inaczej opisane niż w przewodnikach. Gulasz to książka o fascynującej duszy węgierskiej. I jeśli jest jakaś różnica w podejściu Krzysztofa i moim to to, że on się interesuje Węgrami a ja Węgrami, tfu,  to znaczy jego interesują Węgrzy a mnie Węgry, co oznacza nieco więcej niż samych Węgrów, ale nawet językowo widać jak bliskie są te dwie rzeczy.

Gulasz przeczytałem jednym, na ile mi na to pozwalała praca i Chłopak, tchem. To zdecydowanie książka dla takich jak ja fanatyków Węgier. Zastanowiło mnie jednak na ile jest ona dostępna dla ludzi nie aż tak zainteresowanych krajem i słabiej go znających. Gdy Krzysztof opisuje jak się idzie do restauracji Réti sas, to w myślach idę z nim, koło sklepu z akcesoriami węgierskości przechodzę często. Nie żebym się niczego o Budapeszcie oraz Węgrzech nie dowiedział, ale czytam o rzeczach mi znajomych. Ciekaw jestem jak odbierają to ludzie bez tej węgierskiej perspektywy.

Z drugiej strony jednak Krzysztof daje czytelnikom unikalny wgląd w Węgry. Nie dla turystów jest przecież obiad w mieszkaniu w Zugló (za wyrażenie odświętny dres – str. 8 – należy się autorowi jakaś nagroda literacka), nie znając węgierskiego nie odbędzie się tyle interesujących rozmów niż te spisane w książce. Nie posiadając wiedzy lokalnej nie sposób trafić na grób samobójczyni miss Węgier. Wszędzie tam natomiast zaprowadzi nas ta książka.

Z porażających wyrażeń, swoją drogą, odnotowuję też mimochodem rzuconą opinię na temat Sándora Máraia (dla nieznających: wielkim pisarzem był). Pisze o nim Krzysztof: "autor wstrząsających Dzienników i o wiele mniej wstrząsających mieszczańskich powieści" (str. 76). I jeśli nie z innych powodów to dla tego już było po co przeczytać tę książkę.

Zazdroszczę Krzysztofowi wiedzy na temat historii Węgier. Znając ją widzi siedemnastowiecznych kuruców i labanców w dzisiejszej polityce, w Orbánie odnajduje karykaturę Kossutha a w Gyurcsányu Széchényego.  Mnie tego brakuje, sam nie widzę takich historycznych ciągłości.

W tak gęstej od faktów książce nie mogło się obyć bez paru błędów. Na przykład, słynny pomnik na górze Gellérta postawiony ku czci Armii Czerwonej (obecnie: pomnik wolności) nie był pierwotnie pomnikiem ku czci syna Horthiego (str. 53). Oba pomniki łączyła tylko osoba rzeźbiarza, Zsigmonda Kisfaludi Strobla

Trochę bardziej złożona jest sprawa Pétera Mansfelda (str. 58). Trwa obecnie dyskusja czy faktycznie władze czekały z wykonaniem na nim wyroku śmierci za działalność w 1956 roku aż skończy 18 lat czy też skazano go za późniejsze, bardziej pospolite, przestępstwa. 

Nie do końca ścisłe jest to co Krzysztof pisze na temat zabudowywania siódmej dzielnicy (str. 130). Falę wyburzania starych domów i budowania w ich miejscu w większości nudnych nowych zamienników została zatrzymana przez stowarzyszenie Óvás. Obecnie starych domów na terenie byłej dzielnicy żydowskiej tykać nie wolno, żeby zachować jej charakter. 

Już tylko dla pedanterii dodam, że na fladze węgierskiej w 1956 nie było czerwonej gwiazdy jak pisze Krzysztof na stronie 155, ale komunistyczny herb Węgier. Zawierał on w sobie gwiazdę ale był o wiele bardziej kiczowato bogaty, zainteresowanych odsyłam do wikipedii.  

Widząc fascynację Krzysztofa węgierskimi samobójcami dziwię się, że nie wspomniał o legendzie, w myśl której budowniczy mostu Łańcuchowego miał zabić się po tym jak jakieś dziecko wskazało, że w paszczach lwów brakuje języków – a most miał być doskonały. Urbanlegends.hu cytuje też współcześniejszą wersję tę historyjki. Budowniczy wiaduktu przy dworcu Nyugati miał popełnić samobójstwo gdy okazało się, że budowane oddzielnie dwie połówki mostu nie zeszły się na górze. On sam temu zaprzecza:)

Najsłabszym elementem książki są koszmarne zdjęcia. Niby ilustrują, niby nie, robią wrażenie zebranych szybko i bez planu, "żeby coś było". Pomyślałem jednak, żeby nie być krytykiem tylko negatywnym, że wrzucę tu parę zdjęć w ten sposób dokładając się do książki. Oto one.

Zacznę oczywiście od Marlona Brando z Kádára. A przy okazji parę innych zdjęć z tej uroczej jadłodajni z mojego placu.

jadłodajnia Kádár Budapeszt

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Przy tym stoliku Marlon Brando odbiera zapłatę za obiad

jadłodajnia Kádár Budapeszt

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Zwracam uwagę na ściany pełne pamiątek po wybitnych gościach i syfon na pierwszym planie – jedyne to miejsce w śródmieściu, gdzie tak podają wodę sodową

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Widok z ulicy. Jadłodajnia otwara jest tylko koło południa, rano i wieczorem zaciągnięta jest żaluzja.

Miklós Horthy

Miklós Horthy u moich podeszłych wiekiem znajomych. Tu dyskrenie wystaje zza książek na półce

Miklós Horthy

… a tu, w postaci zachowanego dużego zdjęcia z gazety, leży sobie wśród szpargałów pod stołem.

Marzy mi się, żeby ktoś napisał podobną książkę o Polsce. 

„Budapest is the capital of what European country?”

Od jakiegoś czasu krąży po internecie popularne wideo z fragmentem amerykańskiego teleturnieju telewizyjnego, w którym pada to pytanie a także jakże interesująca odpowiedź na nie. Uczestniczy w nim pewna Kellie Picker, która zajęła szóste miejsce w programie American Idol, a także piątoklasista, w którym występuje w parze. Muszę przyznać, że nie mogę do końca uwierzyć, że wszystko odbyło się bez udawania, choć mogło tak być. W szkole sam myliłem Budapeszt z Bukaresztem:)

Budapeszt widziany z Białorusi

Odwiedził mnie kolega z Białorusi i poszliśmy na piwo do Gödöru. Nie widzieliśmy się już od dawna, więc najpierw omówiliśmy sprawy osobiste (żona, dzieci, praca) po czym przeszliśmy do omawiania naszych krajów.

Zaczynamy od Węgier. Tłumaczę mu, że kraj jest akurat w stanie kryzysu. Wzrost ekonomiczny byle jaki, politycznie  beczka prochu, zaraz znów będą jakieś zamieszki. A kolega nie rozumie, jego zdaniem wszystko lepiej wygląda niż kiedy był tu parę lat temu.

Przechodzimy na Białoruś. Kolega jest inteligentny i wykształcony, i w żaden sposób nie można go określić jako zwolennika Łukaszenki. Tym niemniej, przywykły do medialnych klisz na temat swojego kraju, stara się nieco prostować podkreślając pozytywne elementy sytuacji. Ulice w Mińsku są świetne, cały czas remontuje się masę domów, a jego koledzy pracujący dla rządu mają może niskie pensje ale za to mają przydziały na piękne mieszkania za kopiejki czy też prawie darmowe wakacje w jakimś, prawda, że białoruskim, kurorcie. Opozycja nie jest poważna, być może na danym etapie rorwoju taki Łukaszenko jest nawet konieczny.

Pogadaliśmy sobie – trochę się pokłóciliśmy, i już prawie kolega ma się żegnać kiedy spytał o koncerty w Budapeszcie. Poszedłem i z baru przyniosłem mu Pesti Est. Przejrzeliśmy sekcję z koncertami, poleciłem mu parę miejsc. I wtedy powiedział: na Białorusi nie ma rozrywki. Tam nic się nie dzieje. Kiedy wyszliśmy i szliśmy przez plac koło kłębiących się deskorolkowców dodał, jaka tu atmosfera wolności. 

Czyli różnimy się czymś od Białorusi:)

Budapeszt i Węgry: przewodnik internetowy

Link przysłał mi nieoceniony Rysiek. Przewodnik jest jak należy, jest wprowadzenie, informacje ogólne o kraju i mieście, opisy zabytków, Budapeszt w jeden, trzy dni lub tydzień, polecane restauracje, spis biur turystycznych, zbiór przepisów do gotowania, historia kraju – słowem wszystko. Podejście jest mainstreamowe czyli coś co mnie mniej rusza ale docenić trzeba jak bardzo wyczerpujące są podane tu wiadomości. Brakuje tylko informacji kto to zrobił, podpis Csirke pod tekstem witającym odwiedzających stronę wiele nie wnosi. Jest to tym bardziej intrygujące, że pracy z tym było ogrom a na stronie zero reklam ani nawet zachęty do kupna wersji papierowej. W dodatku przewodnik istnieje też w wersji hiszpańskiej – doprawdy jestem zaintrygowany.

Skoro nie znam rozwiązania tej zagadki mogę się oddać fantazjowaniu na jego temat.

  • Przewodnik został wydany przez jakieś popularne wydawnictwo wydające literaturę turystyczną. Ktoś dla wprawki w pracy z internetem zadał sobie trud przeniesienia tam materiału.
  • Przewodnik zrobiła studentka hungarystyki oraz turystyki i rekreacji. Była to jej praca dyplomowa.
  • Przewodnik jest dziełem prowincjonalnego fascynata Węgrami. Nic dla niego poza Węgrami nie istnieje. Powstawał przez całe lata.
  • Przewodnik został napisany na zamówienie jakiegoś wydawnictwa, które zerwało umowę. Autor chcąc się pomścić opublikował zebrany materiał w internecie uniemożliwiając jego komercyjne wykorzystanie.
  • Przewodnik powstał na zlecenie MSZ-tu. Opublikowany anonimowo miał posłużyć do ilustracji jak żywa jest przyjaźń polsko-węgierska podczas negocjacji poprzedzających ostatni szczyt Unii gdy Polska na gwałt szukała sojuszników do walki o system pierwiastkowy.
  • Przewodnik jest efektem terapii psychopatycznego mordercy seryjnego zabijającego rowerzystów. Miał się zająć czymś co będzie go odwodzić od morderczych myśli, zdecydował się na Węgry.

A może wy macie jakieś inne możliwe wyjaśnienia?