czemu Węgrzy nie emigrują?

Takie pytanie zadał mi czytelnik Marcin, z którym już wcześniej odbyłem ciekawą dyskusję na temat bicia węgierskich kiboli przez słowacką policję w Dunajskiej Stredzie. Pretekstem stał się artykuł w Wyborczej na temat wpływu emigracji z nowych krajów unii do starych jej członków (praktycznie niezauważalny), w którym pojawiły się statystyki dotyczące migracji. Zacytujmy:

Choć Polacy są zdecydowanie największą grupą migrujących z Europy
Środkowej, to nie nas najbardziej dotknęły migracje. Z kraju
wyprowadziło się w ciągu ostatnich czterech lat i pozostaje tam nadal
3,1 proc. Litwinów, 3 proc. Cypryjczyków, 2,5 proc. Rumunów i po 2
proc. Polaków i Słowaków. Najrzadziej (0,4 proc.) wyjeżdżali Węgrzy.
Byli nawet mniej skłonni do emigracji niż wielu obywateli "starej" UE.

Tak też faktycznie jest. Potoczna obserwacja to potwierdza: Węgrzy nie emigrują.

Nie jest to zresztą zjawisko nowe. Jeszcze za socjalizmu niewielu Węgrów opuszczało swój kraj. Powodem było z pewnością to, że wtedy żyło się tam relatywnie nieźle, ale słuchając z jaką odrazą opowiadają Węgrzy o ówczesnych półkryminalnych (trudno było w socjalizmie wszystko robić legalnie) polskich handlarzach – oni (Węgrzy) takich rzeczy nie robili i jeśli jeździli to z godnością i własną walutą to wyczuwam, że chodzi tu o coś więcej.

Sądzę, że decydującą rolę grają tu lęk przed niepewnością oraz siła więzi środowiskowych żywiąca się na braku zaufania do innych. O tych cechach Węgrów mówiła Mária Kopp w wywiadzie na temat publikacji Stan ducha Węgrów 2008, o której pisałem jakiś czas temu.

Nie jest tak, że wszystkim żyje się tu teraz dobrze czy też na tyle lepiej niż w Polsce, na Litwie czy w Rumunii, żeby sama myśl o emigracji była wykluczona. Tu też sporo ludzi niezadowolonych ze swojego życia ale, w odróżnieniu od wymienionych krajów, raczej znoszących swój los niż próbujących szukać szczęścia za granicą. Silny lęk przed niepewnością powoduje, że przedkładają to, co znane choć może frustrujące nad szansę poprawy sytuacji obarczoną jednak pewną niepewnością. Sam mam w tutejszej rodzinie młodego krewnego, który mimo, że strasznie narzeka na swój los to jednak nie jest skłonny spróbować szukać lepszej pracy choćby w Budapeszcie, nie mówiąc już o jakiejś tam Irlandii czy Anglii.

Brak zaufania do innych z kolei powoduje, że, przynajmniej mentalnie, człowiek zależy (jest uzależniony?) od rodziny i znajomych. Bo przecież tylko na nich można liczyć, bez nich człowiek na ma szansy niczego osiągnąć ani załatwić, a za granicą ich nie ma. Wielu ludziom w głowie się pewnie nie mieści, że można żyć bez takiego kokonu ochronnego, wtedy się zginie, uważają.

Ciekawe, że obie te cechy tak negatywnie wpływające na życie na Węgrzech utrudniają też wyrwanie się stąd.

***

Spodobał ci się ten post? Przetłumacz go na inne języki na Der Mundo.

zerowa tolerancja wobec kierowców

Napisałem mały artykuł dla Wyborczej na temat niedawno wprowadzonej zerowej tolerancji wobec kierowców i jej skutków ale jakoś się nie spodobał. Co zrobić, publikuję go tutaj, bo sprawa moim zdaniem ciekawa.

Bezpieczniej na węgieskich drogach

O 38% procent mniej ludzi zginęło w wypadkach drogowych na Węgrzech w ciągu pierwszych czterech miesięcy tego roku. To rezulat wprowadzonego niedawno zaostrzenia przepisów.

Na początku roku pojawiła się zerowa tolerancja wobec pijących. Kierowcy, u którego sonda wykaże nawet ślad alkoholu, policjant może na miejscu odebrać prawo jazdy. Pawo nie jest malowane: w pierwszym miesiącu od wprowadzenia tej zasady czasowo z prawem jazdy pożegnało się niemal dziewięćset kierowców.

Drugą ważną zmianą jest wprowadzona od początku maja odpowiedzialność właściciela pojazdu za złamane przepisy czy spowodowane wypadki. Kończy to bezkarność kierowców utrzymujących, że to nie oni akurat prowadzili samochód w feralnym momencie. Obecnie muszą potwierdzić to stosownymi dokumentami.

Nie bez znaczenie jest też znaczne zaostrzeżenie, również od początku maja, systemu punktów karnych. Obecnie znacznie łatwiej niż poprzednio jest osiągnąć granicę osiemnastu punktów oznaczającą utratę prawa jazdy. Wzrosła też wysokość grzywien. W początkach maja kierowcę jadącego z prędkością 135 km/h na terenie, gdzie dozwoloną prędkością było 50 km/h ukarano mandatem w wysokości 300.000 forintów, czyli ponad 4.100 złotych.

Bodźcem do rozpoczęcia kampanii jest unijne zobowiązanie do obniżenia do 2015 roku liczby ofiar wypadków drogowych do jednej trzeciej poziomu z 2000 roku. Większość wypadków śmiertelnych powodują nadmierność prędkość i nietrzeźwi kierowcy, stąd kierunek kampanii.

Węgry przewodzą unijnym statystykom wypadkowym. Na przykład w Niemczech, gdzie liczba aut na tysiąc mieszkańców jest dwa razy wyższa niż na Węgrzech, analogiczna liczba śmiertelnych ofiar wypadków była parę lat temu niemal o połowę niższa. W dodatku pomimo spadku liczby ofiar wypadków w innych krajach ta w ciągu ostatnich pięciu lat na Węgrzech stale rosła.

Nieoczekiwaną sprzeciw wobec kampanii przejawił kościół katolicki. Prowadząc samochód po odprawieniu mszy, w czasie której spożywają wino, księża narażają się na utratę prawa jazdy. A do przemieszczania się samochodem są często zmuszeni przez swoje obowiązki duszpasterskie, argumentowała konferencja biskupów.

Zaproponowała by, podobnie jak w ramach porozumienia z państwem z 1974 roku, biskupi mogli wystawiać księżom w swojej diecezji zaświadczenie, że spożywają alkohol w ramach swoich “obowiązków zawodowych”. Rząd okazał się jednak niewzruszony i na propozycję episkopatu nie przystał.

Policja póki co nie poddaje się euforii. Trzeba zaczekać na dane z co najmniej okresu półrocznego, twiedzi Ferenc Pausz, specjalista od bezpieczeństwa na drogach. Nie wystarczy zaostrzać przepisy, trzeba też zmieniać mentalność ludzi, dodaje. Kolejnymi wyzwaniami są prowadzenie pod wpływem narkotyków oraz nieużywanie pasów bezpieczeństwa.

“Dudni kamień, dudni…”

Napisała Ala na swoim blogu o książce Istvána Szilágyiego pt. Dudni kamień, dudni…. Napisała ładnie i bardzo pozytywnie, aż nabrałem ochoty książkę przeczytać. Wpis wszystkim polecam.

O książce poprzednio nie słyszałem i zastanowiło mnie czy to ze zwykłej ignorancji czy też może dlatego, że przekładów jest taka masa, że nikt nie jest w stanie tego ogarnąć. Postanowiłem nieco się na ten temat dowiedzieć.

Zacząłem od przeszukania stron internetowych bibliotek narodowych. W Polskiej znalazłem publikację Ruch wydawniczy w liczbach, niestety z danymi tylko z 2004 roku. Wówczas tłumaczeń z węgierskiego było 19 (str. 34). Posłałem więc na jakiś adres e-mailowy, który tam znalazłem, pytanie co do przekładów z innych lat. Na stronie Biblioteki im. Széchényego niestety żadnych danych wogóle nie było ale że oferowano tam możliwość zadawania pytań przez internet natychmiast spytałem się o ilość tłumaczeń z polskiego. 

Odpowiedzi, ku memu pewnemu zdziwieniu, nadeszły szybko, za co chwała obu bibliotekom. Bez wchodzenia w szczegóły, dowiedziałem się, że w latach 2005 i 2006 przetłumaczono z węgierskiego na polski po 9 tytułów, a w 2007 roku – 10. Na węgierski w 2006 roku (późniejszych danych jeszcze nie ma) przełożono 8 powieści i jedną sztukę "autorów o polskim obywatelstwie" (przypuszczalnie z polskiego – taką dziwną kategorią operuje Węgierski Centralny Urząd Statystyczny).

Mamy więc po około dziesięciu tytułów przekładanych z jednego języka na drugi. Dużo to czy mało? Nieco zależy od przyjętej perspektywy. Jeśli spojrzeć na to skąd pochodzą tłumaczenia to węgierskich jest dużo. Cztery razy mniejszy kraj a wydaje taką samą ilość tytułów jak Polska. Jeśli natomiast spojrzeć na to do kogo trafiają te tłumaczenia to polski stoi lepiej: ta sama ilość tytułów na cztery razy mniejszym rynku oznacza dużo wyższe nasycenie polską literaturą niż patrząc w drugą stronę.

W sumie jednak liczby są niewielkie. O dziesięciu tytułach można wiedzieć. Czyli jeśli nie słyszałem o książce Szilágyiego to dlatego, że jestem ignorantem;)