mnie cieszy a innych oburza

Urzekła mnie kiedyś tablica, którą dla uczczenia Rezső Seressa wmurowali koło wejścia mieszkańcy domu gdzie kiedyś żył. Pisałem o tym:

Tablicę ufundowali nie, jak to zwykle bywa, samorząd albo stowarzyszenie twórcza, ale po prostu mieszkańcy domu jako "wyraz swego szacunku". Miłe.

Niedawno przechodziłem tamtędy z wujem Śliwki, który odwiedził nas w Budapeszcie, i z dumą mu tablicę pokazałem. -Żeby jeszcze mieszkańcy musieli takie tablice wieszać, parsknął z odrazą. Oczywiste było, że uważa, że to zadanie dla władz.

Nieco się zdziwiłem choć nie do końca. W Europie Wschodniej bardzo popularne jest przecież odwoływanie się do państwa kiedy pojawi się jakaś inicjatywa kulturalna, którą trzeba sfinansować. A mnie zachwyciło gdy będąc w Londynie zobaczyłem na ścianie zrekonstruowanego teatru Globe masę tabliczek od różnych prywatnych darczyńców: od księcia Walii Karola po uczniów jakiejś wiejskiej szkoły podstawowej. Takie tabliczki widziałem zresztą w wielu miejscach, tam społeczeństwo samo funduje sobie wiele rzeczy nie oglądając się na państwo. I w dalszym ciągu chciałbym, żeby taka postawa była popularniejsza u nas.

***

Spodobał ci się ten post? Przetłumacz go na inne języki na Der Mundo.

Irígy Hónaljmirigy

Nie mamy telewizora ale z rzadka tylko tego żałuję. Niedawno jednak przyszedł taki moment, że zrozumiałem jak wiele niekiedy tracę.

Byliśmy ze Śliwką w jakimś hotelu gdzie, rzecz jasna, był telewizor. Włączyliśmy sobie, akurat szedł jakiś program muzyczny. Usłyszałem znajomy rumuński przebój dyskotekowy (tytułu, niestety, nie znam), spojrzałem na ekran, grał Irígy Hónaljmirigy. Aczkolwiek słyszałem, bardziej o nich niż ich, już wcześniej dopiero teraz ich doceniłem bo zrozumiałem, że jest to zespół raczej do oglądania niż nie słuchania.

Irígy Hónaljmirigy, czyli trudna do przełożenia dadaistyczna zabawa słowna, dosłownie Zazdrość gruczoł pachowy, to węgierska grupa trudniąca się parodiami muzycznymi znanych przebojów. Ich teksty często "tłumaczą" na węgierski, co jest tu rzeczą przyjętą: do niedawno przynajmniej co większe szlagiery światowe zaraz się pojawiały w węgierskiej wersji językowej wykonywane przez miejscowych piosenkarzy. Rzecz jasna, te "tłumaczenia" zespołu nie mają nic wspólnego z wiernym przekładem oryginału.

IHM, bo tak się ich nazwę tutaj skraca, są ogromnie popularni. Koncerty tych jajcarzy wypełniają największe hale widowiskowe. Ich humor jest ludowy, niekiedy prostacki w odwołaniach ale przy tym nieprymitywny – i śmieszny. Rzecz jest tym godniejsza uwagi, że humor nie jest najmocniejszą stroną Węgrów.

Zapraszam więc do obejrzenia klipu, który tak zwrócił moją uwagę. Pojawiająca się topless DJ Miki Beluccsii to nawiązanie do byłej gwiazdy porno Niki Belucci, która faktycznie jest obecnie DJem swoją popularność w dużej mierze zawdzięczającą występom topless.

Miłośnikom Karla Gotta dedykuję ten z kolei klip:

kwartet Arco

Śliwka wygmerała gdzieś w internecie informację, że kwartet Arco’lor daje koncert przed świętami. Muzyki kwartetu można było sobie posłuchać z internetu, i, jeśli się podoba, trzeba tylko posłać e-mail z prośbą o rezerwację miejsc bo sam koncert był bezpłatny.

Muzyki z internetu posłuchaliśmy i zdecydowaliśmy się wszyscy, z Chłopakiem włącznie, że idziemy. Śliwka posłała stosowny e-mail, odpowiedź nadeszła, miejsca zostały zarezerwowane.

Kwartet jest znany z muzyki, którą tworzą do filmów i przedstawień teatralnych. Ich muzyka kojarzy się z muzyką Michaela Nymana (np. Hull a pehély) czy też Penguin Café Orchestra (np. Balinéz). Ciekawostką jest, że zamiast pierwszych skrzypiec lider zespołu András Monori gra na instrumentach ludowych takich jak bułgarska gadalka (rodzaj skrzypiec) czy też dętych jak indyjski bansuri oraz bułgarski kaval, a także na saksofonie altowym. Mimo tego brzmienie kwartetu zachowuje klasyczną elegancję.

Na koncercie Arco’lor zaprezentował swój nowy bożonarodzeniowy album, na którym znalazło się szereg wariacji na temat kolęd, zresztą nie tylko węgierskich. Klasycyzująca muzyka była jak najbardziej "do słuchania" i urzekła Chłopaka, który mimo później pory (zasnął potem w samochodzie w drodze powrotnej do dom) chciał zostać do samego końca. A my mieliśmy więcej uciechy niż później w święta.

tablica Seressa i Bubiego

Śliwka wyczytała w jakiejś miejscowej gazecie, że na sąsiednim domu, Dob utca 46/b dla dociekliwych, powieszono tablicę upamiętniającą Rezső Seressa i Jenő (Bubiego) Beamtera. Obaj byli muzykami i pisałem już o nich tu i tu. W domu mieszkał też Gábor Presser, ten od Locomotivu GT, ale że jeszcze żyje tablicy póki co jeszcze nie ma.

Tablicę ufundowali nie, jak to zwykle bywa, samorząd albo stowarzyszenie twórcza, ale po prostu mieszkańcy domu jako "wyraz swego szacunku". Miłe.

Žagar

W piątek wieczorem udało się nam być kulturalnie na bieżąco bo poszliśmy na koncert prezentujący nową płytę zespołu Žagar pt. cannot walk fly instead. Koncert udał się świetnie. Žagar grał i grał, skończył dopiero po północy, fascynując przez cały czas. Muzyka, mieszanka elektroniki, jazzu i rocka, znakomita, orzeźwiająca masa energii.

Oto nagranie (niestety, dość fatalne) fragmentu ich koncertu. Śpiewa György Ligeti.

Oto szlagier z ich poprzedniej płyty Wings of love – jakość ok,

Instytut Subkultury Polskiej

Mało nas Polaków jest na Węgrzech ale jakże jesteśmy zróżnicowani. Najlepiej można to sobie uświadomić idąc na jakąś imprezę w stowarzyszeniu Bema a potem na koncert zorganizowany przez Kém Csoport. Zero nałożenia, w każdym miejscu zupełnie inni ludzie. Upraszczając, w jednym "stara emigracja", w drugim – młodzi Polacy żyjący na Węgrzech (termin "emigracja" z całym swym zasiedzeniem, melancholią i tragicznością co do nich nie pasuje), różni Węglacy i Polęgrzy. Różnica jest nie tylko wiekowa, każda z tych grup inaczej odnosi się do Węgier, kultury czy też polskości.

Kém Csoport, ta emanacja młodej (z małej litery) Polski, nazywany jest żartobliwie Instytutem Subkultury Polskiej. Jest prywatną inicjatywą dwóch uroczych dziewczyn, Kasi Pobijanek oraz Marzeny Jagielskiej, skąd też nazwa: Kasia és Marzena. Zajmuje się promocją nowej kultury – subkultury – polskiej. W odróżnieniu od wielu bezproduktywnie narzekających na działalność Instytutu Polskiego (w tym i mnie:) Kasia i Marzena wzięły się, nader skutecznie, za organizowanie polskich imprez kulturalnych na Węgrzech, których Instytut by sam nie zrobił, na ogół dlatego, że zajmuje się nieco starszymi artystami. Ściągnęły tu już masę ciekawych ludzi, wczoraj akurat Zeniala, czyli świetnego Łukasza Szałankiewicza z Krakowa, który wystąpił w klubie Fészek.

Wobec Kém Csoport wymiękam. Dziewczyny pokazały, że żeby robić kulturę nie trzeba czekać na państwowe pieniądze i oficjalne inicjatywy, nawet tak daleko od Polski jak tu. Operując w zasadzie zerowym budżetem wyrosły na ważnego partnera Instytutu Polskiego, z którym współpracują obecnie, za co mu chwała.

Wogóle o tym nie mówiąc promują polskość bez garba, lub też, na wpół cytuję, polskość zajebistą (to słowo, którego zazwyczaj nie używam tutaj jakoś pasuje). Skupiają wogół siebie ludzi, dla których polskość nie jest po prostu dana ale współtworzona, stąd też ci Węglacy i Polęgrzy. Na koncercie akurat spotkałem się w Węgrem, który mówi po polsku jak Polak i używa polskiego imienia a także córkę Węgra i Polki nieustannie krążącą pomiędzy obiema kulturami. Kto wie, może ktoś oficjalny (nie jestem pewien czy pani ambasador czyta mojego bloga, ale a nuż?) też to kiedyś dostrzeże.

Z Kasią i Marzeną zrobiłem wywiad (tak, to mój pierwszy podcast – radio Jeż Węgierski wita!), do posłuchania jest on tu (link zdjęty na prośbę Kém Csoport). Poniżej parę zdjęć z wieczoru.

Kem Csoport

Kasia z lewej, Marzena z prawej

Kem Csoport

Kem Csoport

Marzena z lewej, Kasia z prawej. Z tyłu budapeszteński neorenesans – prawda, że śliczny?

Kem Csoport

z Zenialem i koleżanką Ági Nyilas czyli oddziałem Kém Csoport w Pécs

Zenial w Feszek Klubie, Budapest, 26 lipca 2007

Zenial przy pracy

Zenial w Feszek Klubie, Budapest, 26 lipca 2007

"szkoda, że Państwo tego nie słyszą!"

PS Może ktoś, kto się na tym zna miałby ochotę zaprojektować mi dżingla do radia Jeż Węgierski? Kto wie, może kiedyś znowu zrobię coć do słuchania.

„Gloomy Sunday”

O filmie "Gloomy Sunday" powiedziała mi Bernadetta. Ponieważ Seressem, kompozytorem piosenki kiedyś się zainteresowałem, film mnie natychmiast zaciekawił. Nieoceniony Duży, który całymi dniami nagrywa filmy z internetu i telewizora, miał film nagrany na DVD tak więc mogliśmy go sobie zaraz obejrzeć.

Robiłem to z Seressem w głowie, co dość ukierunkowało moje wrażenia. Uderzyło mnie, jak bardzo oddalona jest cała historia przedstawiona w filmie od faktów łączących się z kompozytorem i jego utworem. I tak, sam kompozytor w filmie nazywa się Aradi i nie jest Żydem, popełnia samobójstwo w czasie wojny a nie po wojnie, jest wysoki – Seress był zdecydowanie niski, do piosenki przez dłuższy czas nie ma tekstu (był od początku), restauracja, gdzie pracuje mieści się w Budzie a nie w Peszcie, i tak dalej, i tak dalej. Najwyraźniej piosenka posłużyła raczej jako luźna inspiracja niż źródło.

Sam film nie powala. Najciekawsza jest w nim postać László Szabó, właściciela restauracji gdzie głównie toczy się akcja. On, Ilona (piękna kelnerka i zarazem jego kochanka) oraz Aradi, pianista o zamglonym spojrzeniu stworzą niespodziewanie harmonijnie funcjonujący miłosny trójkąt. László jest najbardziej charyzmatyczną postacią w filmie dzięki swojemu stylowi i osobistemu urokowi a także nienachalnemu stosunkowi do Ilony. Akcja toczy się w trzech okresach: przed wojną, w trakcie niemieckiej okupacji oraz współcześnie. Najciekawszy jest pierwszy okres, wojna przedstawiona jest dość szablonowo, zaś wątek współczesny wieńczy zaskakujące zakończenie godne wartkiego kryminału raczej niepasujące do filmu.

Tak czy owak, tacy jak ja fani Węgier i Budapesztu film obejrzeć muszą:)

Presser, Seress, Beamter


Słyszałem o reklamie
Economista, w której kto zajmując miejsce w samolocie stwierdza, że siedzieć będzie koło Henry Kissingera. O czym będziesz rozmawiać, brzmi pytanie. Czytaj Economista!

Podobnego uczucia doznałem jakiś czas temu kiedy na kolacji u znajomych zobaczyłem Gábora Pressera (twórca Lomocotivu, wyjaśniam nieświadomym). W dodatku przy stole siedzieliśmy naprzeciw siebie.

Na szczęście przyszedł mi do głowy Rezső Seress, którym się kiedyś zainteresowałem. Spytałem Pressera czy faktycznie mieszkali w tym samym domu.

A jakże, usłyszałem. Co więcej, w tym domu mieszkał także perkusista jazzowy Bubi Beamter (właściwie Jenő "Bubi" Beamter). Presser opowiedział jak Bubi, z którym wspólnie występowali w jakimś filmie, w przerwie między zdjęciami zabawiał towarzystwo opowiadaniem historyjek z życia obozowego (jako Żyda Bubiego wcielono do oddziałów pracy, potem przez jakiś czas był jeńcem w radzieckim obozie jenieckim). István Örkény spisał te jego opowieści w książce Lágerek népe (Lud obozów), dodał.

Jakiś czas zajęło mi znalezienie tej książki w antykwariacie. Historia Bubiego jest faktycznie ciekawa. Od dziecka zafascynowany perkusją, pierwszy raz wystąpił w restauracji swojego ojca w wieku lat siedmiu. Rodzice jednak postanowili, że ma pracować jako biuralista i tak został chłopcem na posyłki. Rzucił tę pracę szybko i zaczął grać w swingujących zespołach jazzowych, gdzie przed wojną zrobił oszałamiającą karierę. Marmurowa wanna, samochów, wielkie gaże. Poznał nocne życie Budapesztu z jego utracjuszami, perwersyjnymi arystokratami, szemranymi figurami i zwykłymi hochsztaplerami. Oszałamiającą falę przerwała wysyłka na front. Szybko znalazł się w obozie jenieckim, gdzie raz komendant kazał mu zorganizować przedstawienie teatralne. Bubi włączył do niego improwizację muzyczną na dwóch dziecięcych bębenkach, które dostarczył mu komendant, co zapoczątkowało niebywałą falę jego obozowej popularności. Więcej mu sprawiła ona satysfakcji niż jego wcześniejsze sukcesy w przedwojennych klubach nocnych, powiedział.

Czuję, że muszę sobie teraz sprawić jakąś muzykę Bubiego.

***

Szukając informacji o Bubim natknąłem się na notatkę, że domu, gdzie mieszkali Seress, Bubi i Presser mieszkał także János Orosz, pianista barowy, i jego żona Zsusza Vadas, diwa piosenki lat pięćdziesiątych. Co za dom – a wszystko to w moim sąsiedztwie!

hymn


Niedawno trafił mi przed oczy hymn węgierski. Czekałem akurat na coś więc go sobie spokojnie przeczytałem i nieco mnie poraził. Tak dołujący, że aż niesamowite. Proszę, oto pierwsza zwrotka (choć hymn na zwrotek osiem wykonuje się zwykle tylko ją) w oryginale:

Isten, áldd meg a magyart
Jó kedvvel, bőséggel,
Nyújts feléje védő kart,
Ha küzd ellenséggel;
Bal sors akit régen tép,
Hozz rá víg esztendőt,
Megbűnhődte már e nép
A múltat s jövendőt!

 

i tłumaczeniu literackim (w nawiasach podaję bardziej dosłowny przekład):


Boże, zbaw Węgrów (Boże pobłogosław Węgrów)
I obdarz ich swymi łaskami! (pogodą i obfitością)
Wspomóż swą pomocą słuszną sprawę (wspomóż ich swą prawicą)
Przeciw której walczą Twoi wrogowie (gdy walczą z wrogami)
Los, który tak długo Węgrami pomiatał, (los, który już od dawna pomiata Węgrami)
Przynieś im szczęśliwy; (zmień na rok szczęśliwy)
Ucisz ich smutki, które przygniatają (odpokutował już lud)
I odpuść przeszłe i przyszłe grzechy (za swą przeszłość i przyszłość)

 

Pomijam już teologicznie interesującą kwestię co ma zrobić Bóg w wypadku gdyby Węgrzy akurat walczyli z jakimś innym narodem chrześcijańskim również zabiegającym o wsparcie bożej prawicy. Bardziej mnie fascynuje nasycenie fatalizmem w tekście. Przebija poczucie klęski i bezsilności, jeden Bóg może pomóc, ponieważ zresztą to on sam te wszystkie nieszczęście zsyła jako karę za grzechy. Jedyne, co można zrobić to starać się go przebłagać.

Tekst napisany został przez Ferenca Kölcseya w 1823 ale, co ciekawe, oficjalnie za hymn państwa został przyjęty dopiero w 1903 roku, ponad 30 lat po uzyskaniu statusu narodu współtworzącego monarchię, kiedy Węgry były niemal u szczytu swej potęgi. Kraj był wówczas parę lat po millenium państwowości obchodzonego z wielką pompą, akurat zbudowano parlament, gospodarka rozwijała się, kwitły kawiarnie budapeszteńskie. Czemu wybór padł akurat na taki tekst? Nie bardzo mogę zrozumieć.

Nie bardzo też mogę zrozumieć czemu hymn dalej trwa. Dzieci uczące się go przyswajają sobie jego depresyjność, dorośli ją w sobie wzmacniają. Ustawienie takiego przekazu na piedestale nie może pozostać bez skutków. Żartuję sobie czasami, że lekarz krajowy Węgier powinien go zakazać z powodów medycznych. Węgrzy powinni coś z tym zrobić – powinni go zmienić.

***

Uprzedzając komentarze na temat krajów, których hymny zaczynają się od stwierdzeń, że jeszcze nie zginęły: hymn Polski, mimo dramatycznego początku, ma w sobie jednak buńczuczność i wolę walki, i wolny jest o depresyjności hymnu Węgier. Nie bardzo jest sens te dwa teksty porównywać.

PS Melodia hymnu węgierskiego, napisana przez Ferenca Erkela, tutejszego Moniuszkę, jest bardzo przy tym bardzo piękna. Tu akurat melancholijność wypada dobrze.

piszę artykuł do wikipedii

Napisałem mój pierwszy artykuł do wikipedii. Na temat Rezső Seressa, o którym zresztą już kiedyś pisałem. Zabawa przednia. Musiałem wyszukać przedtem informacje na jego temat, znalazłem pięknie napisany artykuł w internecie, przyjemność czytać a przy tym świetne źródło informacji. Żałuję nieco, że raczej suchy format encyklopedii nie pozwala na zamieszczenie nieistotnych ale barwnych szczegółów dotyczących Seressa. Na przykład anegdot na jego ciętego języka. Seress był bardzo niski, mówiono o nim „mały Seress”. Pewnego razu jeden z jego wysokich znajomych zażartował „Seress, nie gadaj tyle bo cię wsadzę do kieszeni!”. „Wtedy – odpalił Seress – więcej będziesz miał w kieszeni niż w głowie”. Dowiedziałem się też, że był on prawie moim sąsiadem bo mieszkał parę domów dalej. Dobrze znać takie szczegóły dotyczące mojej okolicy.

Pisanie tekstu podobało mi dla wielu powodów. Świadomość, że jest się jednym z autorów wikipedii jest miła. Decyzja, żeby napisać ten artykuł pomogła mi zmobilizować się do wyszukania informacji na temat Seressa, który mnie interesował, ale do którego zawsze czułem, że brakuje mi czasu. Pisanie czegoś po polsku to coś, czego mi brakuje. Najważniejszym może jednak było moje pragnienie, żeby opowiadać o Węgrzech. Kiedy przeniosłem się tutaj chciałem być korespondentem polskich gazet na Węgrzech. Nie udało się, być może dlatego, że nie mówiłem jeszcze po węgiersku:) Teraz jednak, dzięki internetowi, mogę realizować dawne pragniene.

Już wiem, o czym napiszę następny artykuł do wikipedii. Będzie on na temat osiemnastowiecznej odnowy języka węgierskiego kierowanej przez Kazinczyego. Fascynujący temat, mam nadzieję, że już wkrótce będę miał czas się tym zająć.