Polska nie jest Chrystusem narodów

Są nim Węgry. Oto jak się tego dowiedziałem.

Idę sobie dzisiaj przez plac Szabadság a tu przede mną namiot. Stoi tam od dawna, jest częścią kampanii o usunięcie pomnika Armii Czerwonej, który stoi na placu (pisałem o tym już wcześniej). Przed namiotem krzyże, jeden podwójny, jak w herbie Węgier.

Szabadsag ter Budapeszt

Podchodzę bliżej a tu, widzę, na krzyżu Węgry. Ukrzyżowane. Więc jednak nie Polska.

Szabadsag ter Budapeszt

Rzecz jasna, ukrzyżowane są Wielkie Węgry. Dwa olbrzymie gwoździe, jeden wbity w nizinę Węgierską a drugi w Zadunaje, rozwiewają resztkę wątpliwości o jaką alegorię chodzi. Tabliczka, odpowiednik napisu INRI w wypadku poprzednika Węgier na krzyżu, wyjaśnia: 1-17 września 1939 Polska-Katyń, Auschwitz, Finlandia 30 listopada … Nie jest łatwo odgadnąć istotę przekazu, przypuszczam, że autorzy chcieli wpisać cierpienia Węgier w szereg traum, które przypadły innym narodom pobudzając w ten sposób współczucie i poczucie wspólnoty w losem węgierskim. 

I jak tu się nudzić na Węgrzech.

Reklama

Gulasz z turula

Przeczytawszy Gulasz z turula ucieszyłem się, że Krzysztof Varga nie pisze bloga bo nie miałbym wtedy pewnie w ogóle czytelników. Mamy bowiem wspólne zainteresowania – a on lepiej pisze.

Podobnie jak ten blog, Gulasz z turula to nie jest książka dla turystów pragnących spróbować węgierskiej kuchni, posłuchać muzyki cygańskiej czy popodziwiać zręczność pastuchów z Hortobágy. Pojawią się w niej węgierskie potrawy, restauracje, muzyka a także Hortobágy ale inne i inaczej opisane niż w przewodnikach. Gulasz to książka o fascynującej duszy węgierskiej. I jeśli jest jakaś różnica w podejściu Krzysztofa i moim to to, że on się interesuje Węgrami a ja Węgrami, tfu,  to znaczy jego interesują Węgrzy a mnie Węgry, co oznacza nieco więcej niż samych Węgrów, ale nawet językowo widać jak bliskie są te dwie rzeczy.

Gulasz przeczytałem jednym, na ile mi na to pozwalała praca i Chłopak, tchem. To zdecydowanie książka dla takich jak ja fanatyków Węgier. Zastanowiło mnie jednak na ile jest ona dostępna dla ludzi nie aż tak zainteresowanych krajem i słabiej go znających. Gdy Krzysztof opisuje jak się idzie do restauracji Réti sas, to w myślach idę z nim, koło sklepu z akcesoriami węgierskości przechodzę często. Nie żebym się niczego o Budapeszcie oraz Węgrzech nie dowiedział, ale czytam o rzeczach mi znajomych. Ciekaw jestem jak odbierają to ludzie bez tej węgierskiej perspektywy.

Z drugiej strony jednak Krzysztof daje czytelnikom unikalny wgląd w Węgry. Nie dla turystów jest przecież obiad w mieszkaniu w Zugló (za wyrażenie odświętny dres – str. 8 – należy się autorowi jakaś nagroda literacka), nie znając węgierskiego nie odbędzie się tyle interesujących rozmów niż te spisane w książce. Nie posiadając wiedzy lokalnej nie sposób trafić na grób samobójczyni miss Węgier. Wszędzie tam natomiast zaprowadzi nas ta książka.

Z porażających wyrażeń, swoją drogą, odnotowuję też mimochodem rzuconą opinię na temat Sándora Máraia (dla nieznających: wielkim pisarzem był). Pisze o nim Krzysztof: "autor wstrząsających Dzienników i o wiele mniej wstrząsających mieszczańskich powieści" (str. 76). I jeśli nie z innych powodów to dla tego już było po co przeczytać tę książkę.

Zazdroszczę Krzysztofowi wiedzy na temat historii Węgier. Znając ją widzi siedemnastowiecznych kuruców i labanców w dzisiejszej polityce, w Orbánie odnajduje karykaturę Kossutha a w Gyurcsányu Széchényego.  Mnie tego brakuje, sam nie widzę takich historycznych ciągłości.

W tak gęstej od faktów książce nie mogło się obyć bez paru błędów. Na przykład, słynny pomnik na górze Gellérta postawiony ku czci Armii Czerwonej (obecnie: pomnik wolności) nie był pierwotnie pomnikiem ku czci syna Horthiego (str. 53). Oba pomniki łączyła tylko osoba rzeźbiarza, Zsigmonda Kisfaludi Strobla

Trochę bardziej złożona jest sprawa Pétera Mansfelda (str. 58). Trwa obecnie dyskusja czy faktycznie władze czekały z wykonaniem na nim wyroku śmierci za działalność w 1956 roku aż skończy 18 lat czy też skazano go za późniejsze, bardziej pospolite, przestępstwa. 

Nie do końca ścisłe jest to co Krzysztof pisze na temat zabudowywania siódmej dzielnicy (str. 130). Falę wyburzania starych domów i budowania w ich miejscu w większości nudnych nowych zamienników została zatrzymana przez stowarzyszenie Óvás. Obecnie starych domów na terenie byłej dzielnicy żydowskiej tykać nie wolno, żeby zachować jej charakter. 

Już tylko dla pedanterii dodam, że na fladze węgierskiej w 1956 nie było czerwonej gwiazdy jak pisze Krzysztof na stronie 155, ale komunistyczny herb Węgier. Zawierał on w sobie gwiazdę ale był o wiele bardziej kiczowato bogaty, zainteresowanych odsyłam do wikipedii.  

Widząc fascynację Krzysztofa węgierskimi samobójcami dziwię się, że nie wspomniał o legendzie, w myśl której budowniczy mostu Łańcuchowego miał zabić się po tym jak jakieś dziecko wskazało, że w paszczach lwów brakuje języków – a most miał być doskonały. Urbanlegends.hu cytuje też współcześniejszą wersję tę historyjki. Budowniczy wiaduktu przy dworcu Nyugati miał popełnić samobójstwo gdy okazało się, że budowane oddzielnie dwie połówki mostu nie zeszły się na górze. On sam temu zaprzecza:)

Najsłabszym elementem książki są koszmarne zdjęcia. Niby ilustrują, niby nie, robią wrażenie zebranych szybko i bez planu, "żeby coś było". Pomyślałem jednak, żeby nie być krytykiem tylko negatywnym, że wrzucę tu parę zdjęć w ten sposób dokładając się do książki. Oto one.

Zacznę oczywiście od Marlona Brando z Kádára. A przy okazji parę innych zdjęć z tej uroczej jadłodajni z mojego placu.

jadłodajnia Kádár Budapeszt

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Przy tym stoliku Marlon Brando odbiera zapłatę za obiad

jadłodajnia Kádár Budapeszt

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Zwracam uwagę na ściany pełne pamiątek po wybitnych gościach i syfon na pierwszym planie – jedyne to miejsce w śródmieściu, gdzie tak podają wodę sodową

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Widok z ulicy. Jadłodajnia otwara jest tylko koło południa, rano i wieczorem zaciągnięta jest żaluzja.

Miklós Horthy

Miklós Horthy u moich podeszłych wiekiem znajomych. Tu dyskrenie wystaje zza książek na półce

Miklós Horthy

… a tu, w postaci zachowanego dużego zdjęcia z gazety, leży sobie wśród szpargałów pod stołem.

Marzy mi się, żeby ktoś napisał podobną książkę o Polsce. 

rozmowa o Chinach

Kolega János lubi mnie bo jestem Polakiem o codziennie zagląda zobaczyć co słychać. Parę dni temu odbyliśmy następującą rozmowę.

János: Co słychać?

ja (żartując): Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

János (poprawia): Jest źle. Co ty na to, że Szili popłakała się w parlamencie? 

János nawiązuje do artykułu w Indexie na temat spotkania marszałka parlamentu Katalin Szili z komisją regulaminową kiedy płacząc prosiła, żeby nie poddawano pod głosowanie rezolucji wzywającej Chiny do przestrzegania praw człowieka zaproponowanej przez posłów opozycyjnych – Szili wybiera się z oficjalną wizytą do Chin.

ja: Jak zwykle, Węgry boją się drażnić Chiny, żeby móc robić tam interesy

János: Ci chińscy sklepikarze – do Polski tylu Chińczyków nie wpuszczono, prawda? Tutaj przecież w każdej wsi jest już sklep chiński.

ja: Są, bo ludzie kupują ich tanie towary.

János: Są tanie bo nie płacą cła, przekupują kogo trzeba. Straszni są.

ja: Celnicy? Zgadzam się.

János: Nie, Chińczycy. 

ja: Jasne, celnicy to nasi dziarscy Węgrzy, a i te łapówki lądują w węgierskiej bądź co bądź kieszeni.

János: Nie, ci Chińczycy są straszni. 

 ***

Natknąłem się na kolejne ślady autorskiego objazdu Krzysztofa Vargi z Gulaszem z turula. Tym Łódź i dwa wpisy na blogu Zmęczony byciem seksy, jeden i drugi. W drugim klip z Szomorú vasárnap (Gloomy Sunday), którego słuchanie podobno Krzysztof zaleca w celu zrozumienia Węgrów, a zwłaszcza Węgrów-samobójców.

którędy chadza umysł węgierski II

Kasa zdrowia (egészségpénztár) na Węgrzech to nie rodzaj ubezpieczalni ale raczej beznadziejnie głupi pomysł na danie ludziom nieco więcej pieniędzy bez zmieniania systemu podatkowego. Kasy działają następująco: pracodawca wpłaca tam część pensji, którą można wydać na wydatki medyczne lub sportowe, pieniądze wtedy nieopodatkowane a kasa ściąga procent dla siebie. Pomysł uważam za głupi bo dzięki kasom ludzie nie wydają więcej na swoje zdrowie a tylko zmuszeni są do zdobywania rachunków, zaświadczeń lekarskich i robienia rozliczeń, podczas gdy prawdziwym wygranym są kasy, przez które pieniądze przechodzą i które z tych pieniędzy sobie niezły procent ściągają.

Jestem członkiem kasy (miłościwie przemilczę jej nazwę) i niedawno dzięki niej znów odsłoniły się przede mną nieco tajniki funkcjonowania umysłu węgierskiego. A było to tak.

W zeszłym roku jeszcze posłałem do kasy zebrane rachunki. Jeden z nich był na nowe okulary Śliwki, którą wstępując do kasy podałem jako osobę również uprawniona do korzystania z niej. Po paru dniach dostałem odpowiedź, że muszę dosłać rekomendację lekarską, że okulary nosić powinna. Dosłałem.

W styczniu zainteresowałem się, gdzie są pieniądze (kasa powinna je była przesłać mi na konto). Napisałem stosownego e-maila. W odpowiedzi dowiedziałem się, że rachunek był na moje nazwisko a rekomendacja na Śliwkę więc pieniędzy przesłać nie mogą, a że rok się skończył więc, niestety, one przepadły. Zamiast podpisu tylko słowo Egészségpénztár.

Nieco się zeźliłem. Po pierwsze, rachunek nie jest na moje imię, jest tam tylko numer członkowski. Po drugie, czemu nie dali mi znać wcześniej, że jest problem? Po trzecie, czemu nikt nie podpisał listu swoim nazwiskiem? Poza tym to był największym rachunek w zeszłym roku i jeśli on się nie liczy to prawie całe pieniądze diabli wzięli.

Poszedłem do naszego dyrektora finansowego, który zajmuje się tymi sprawami z prośbą o pomoc. On, jak trzeba, zadzwonił do swojego kontaktu w kasie, opisał problem, "rozumiecie, jakoś to może dałoby się to rozwiązać".

Nadchodzi odpowiedź z kasy: mogę albo odebrać od nich feralny rachunek i poprosić w sklepie, gdzie Śliwka kupiła okulary o nowy rachunek tym razem nie tylko z numerem członkowskim ale także imionem i nazwiskiem Śliwki (kretynizm, nie liczą chyba na to, że będę biegał po mieście i zdobywał nowy rachunek, poza tym wszyscy zamknęli już dokumentację finansową z poprzedniego roku) albo dosłać rekomendację lekarską na okulary … dla mnie. Trzeba trafu, że u lekarza byłem miesiąc wcześniej, moje oczy zbadał i dowiedziałem się, że mam sokoli wzrok.

A może by tak, zaproponowałem, co wydało mi się oczywiste, że skoro na rachunku jest mój numer członkowski, Śliwka jest uprawniona do korzystania z kasy, a rekomendacja lekarska na okulary jest wystawiona na jej nazwisko to możnaby uznać, że wszystko się zgadza? Skoro nie ma tam nazwiska to można go zinterpretować w dowolony sposób, ciągnąłem. Ewentulanie można dopisać jej nazwisko na rachunku. Prosta logika, nic więcej.

I tu właśnie zalśnił pełnym blaskiem biurokratyczny umysł węgierski. Bo problem rozwiązano w następujący sposób: zamiast dopisać nazwisko Śliwki na rachunku albo po prostu go przyjąć go jak jest sfałszowano moją rekomendację lekarską zalecającą uprawianie sportu stawiając iksa przy okienku "okulary". Przy czym jestem przekonany, że osoba, która to zrobiła przekonana była o swojej dobrej woli.

Pojąłam zasadę funcjonowania tutejszej biurokracji: jeśli tylko papiery się zgadzają to wszystko jest ok. Logika jest mniej ważna. Zresztą może tak działają biurokracje na całym świecie.

sznurek narodowy

Śliwka pakując niedawno serek pigwowy (przepis właśnie dodałem w wikikuchni) na prezenty pozawijała go w paczuszki, które potem obwiązała sznurkiem w węgierskich kolorach narodowych. Prezenty miały iść za granicę więc sznurek podkreślał pochodzenie serka.

Sznurek narodowy węgierski

Jakże węgierska to rzecz! Tutaj znacznie częściej używa się wstążek, sznurków czy etykietek w kolorach narodowych niż w Polsce. Wstążki kupuje się normalnie w pasmanterii – można wybrać różne szerokości –  a sznurek w papierniczym. Dekoruje się nimi kwiaty składane z okazji świąt państwowych, oficjalne dokumenty, czasami także różne towary. Kolory narodowe na codzień. 

lekarze węgierscy

Obserwując strajki lekarzy i pielęgniarek z perspektywy węgierskiej czuję do nich coraz większy szacunek. To wspaniali ludzie i prawdziwi patrioci. Domagają się podwyżek i reform w służbie zdrowia: żeby tylko było tak też tutaj. Piszę to bez odrobiny sarkazmu. Na Węgrzech takich postaw nie ma a gdyby się pojawiły byłyby znakiem, że coś się zmienia na lepsze.

Tutejsi pracowniki służby zdrowia zadziwiają cierpliwością z jaką znoszą swój los (sekretarka u mnie w pracy zarabia lepiej niż lekarz specjalista z wieloletnim doświadczeniem – podobnie jak w Polsce). Tym niemniej kiedy pojawia się możliwość zmiany, choćby niewielkiej, swojej sytuacji nie robią nic. Na przykład, po wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej opłaty za dyżury powinny były wzrosnąć bo było to częścią traktatu akcesyjnego. Dyrekcje szpitali opłat tych nie podniosły a sami lekarze, choć sporo między sobą na ten temat rozmawiali, w zasadzie nie zrobili nic. Było parę spraw sądowych, oczywiście wygranych przez procesujących się lekarzy, ale większości wystarczyły pogróżki, że jeśli podadzą do sądu swój szpital to sprawę owszem wygrają ale mogą stracić pracę. W wielu miejscach wprowadza się ostatnio system pracy na zmiany (dwanaście godzin pracy a potem ileś tam odpoczynku) tak, żeby nie musieć płacić więcej za dyżury, czego rezultatem jest ZMNIEJSZENIE niewielkich i tak płac. Możnaby się spodziewać protestów, ale ich nie ma. W jednym ze szpitali ostatnio dyrektor zapowiedział swoim pracownikom, że oczekuje od nich nieodpłatnego przepracowania dodatkowych dwudziestu godzin miesięcznie a gdy jeden z lekarzy zaoponował, że byłoby to nielegalne, bo tego zabrania ustawa, dowiedział się, że praca w tym szpitalu nie jest obowiązkowa. Jedna tylko osoba wystąpiła w obronie protestującego lekarza, reszta milczała.

Powód tej nadzwyczajnej pasywności pracowników służby zdrowia jest oczywisty. Większość z nich, choć nie wszyscy, za główne źródło dochodu ma tak zwane "pieniądze wdzięcznościowe" (hálapénz), czyli pieniądze otrzymywane od pacjentów w legendarnych kopertach. Pisałem kiedyś o tym bardziej szczegółowo tu. W takiej sytuacji oficjalna płaca, która może być wielokrotnie mniejsza niż sumy otrzymywane bezpośrednio od pacjentów, nie jest aż tak istotna, liczy się tylko bycie blisko "źdródła" czyli posada dająca kontakt z pacjentami. Rozmawiałem kiedyś z ekonomistą specjalizującym się w finansach publicznych: potwierdził, że w przypadku służby zdrowia politycy zawsze zakładają, że tam pensji podnosić nie trzeba, lekarza i tak żyją z pieniędzy wdzięcznościowych. Zatrzymanie lekarze za przyjęcie łapówki jest czymś nie do pomyślenia: po pierwsze "to nie są żadne łapówki", po drugie "tak robią wszyscy".

Abstrahując od idiotyzmu tego systemu (wielu spośród około dwóch tysięcy lekarzy, którzy wyjechali z Węgier pracować zagranicą zrobiło to właśnie z jego powodu) interesujące jak tutejsza służba zdrowia funcjonuje jednocześnie w dwóch paralelnych, dość od siebie niezależnych światach. W pierwszym z nich prawo do bezpłatnej służby zdrowia jest jednym z podstawowych praw obywatelskich, pensje są żałosne a ustawy bronią praw pracowniczych. W drugim lekarze żyją z tego co dostaną (lub zażądają) od pacjentów, dla których płatność za usługi medyczne jest oczywistością, a nikt nie dochodzi swoich praw pracowniczych. Jest świat fikcji i świat naprawdę. Świat, który nominalnie regulują parlament i rząd i rzeczywistość, którą rządzą zupełnie inne prawa. I te światy się nie przenikają.

Jak dobrze, że w Polsce nie ma zgody na taką paralelność. Mam wielki szacunek dla ludzi, którzą walczą o to by można było żyć w świecie "oficjalnym" bez uciekania się w świat paralelny. Żeby nie było tak jak na Węgrzech. 

zaufanie

Mamy w okolicach Tokaju, skąd pochodzi Śliwka, dom. Niedawno zadzwoniła ona do lokalnego samorządu w jakiejś sprawie i okazało się, że nie zapłaciliśmy miejscowego podatku. Suma nieduża –  1250 forintów czyli jakieś 20 złotych – ale termin akurat już minął. Kompletnie nam nieznana urzędniczka zaoferowała spontanicznie, że zapłaci podatek za nas a my pieniądze oddamy jej "przy okazji". Zamurowało nas i do tej pory pozostajemy w tym stanie. Coś takiego jest niewyobrażalne w Budapeszcie. Tutaj dominuje wielkomiejski cynizm i jego lustrzana cecha cwaniactwo. Na prowincji jednak, wydaje się, ludzie, mimo, że ubożsi, bardziej sobie ufają.

Podatek zapłacił tata Śliwki, który akurat przejeżdzał przez naszą wieś. Urzędniczce przy okazji zaniesiemy pewnie czekoladę lub kwiaty. 

hymn


Niedawno trafił mi przed oczy hymn węgierski. Czekałem akurat na coś więc go sobie spokojnie przeczytałem i nieco mnie poraził. Tak dołujący, że aż niesamowite. Proszę, oto pierwsza zwrotka (choć hymn na zwrotek osiem wykonuje się zwykle tylko ją) w oryginale:

Isten, áldd meg a magyart
Jó kedvvel, bőséggel,
Nyújts feléje védő kart,
Ha küzd ellenséggel;
Bal sors akit régen tép,
Hozz rá víg esztendőt,
Megbűnhődte már e nép
A múltat s jövendőt!

 

i tłumaczeniu literackim (w nawiasach podaję bardziej dosłowny przekład):


Boże, zbaw Węgrów (Boże pobłogosław Węgrów)
I obdarz ich swymi łaskami! (pogodą i obfitością)
Wspomóż swą pomocą słuszną sprawę (wspomóż ich swą prawicą)
Przeciw której walczą Twoi wrogowie (gdy walczą z wrogami)
Los, który tak długo Węgrami pomiatał, (los, który już od dawna pomiata Węgrami)
Przynieś im szczęśliwy; (zmień na rok szczęśliwy)
Ucisz ich smutki, które przygniatają (odpokutował już lud)
I odpuść przeszłe i przyszłe grzechy (za swą przeszłość i przyszłość)

 

Pomijam już teologicznie interesującą kwestię co ma zrobić Bóg w wypadku gdyby Węgrzy akurat walczyli z jakimś innym narodem chrześcijańskim również zabiegającym o wsparcie bożej prawicy. Bardziej mnie fascynuje nasycenie fatalizmem w tekście. Przebija poczucie klęski i bezsilności, jeden Bóg może pomóc, ponieważ zresztą to on sam te wszystkie nieszczęście zsyła jako karę za grzechy. Jedyne, co można zrobić to starać się go przebłagać.

Tekst napisany został przez Ferenca Kölcseya w 1823 ale, co ciekawe, oficjalnie za hymn państwa został przyjęty dopiero w 1903 roku, ponad 30 lat po uzyskaniu statusu narodu współtworzącego monarchię, kiedy Węgry były niemal u szczytu swej potęgi. Kraj był wówczas parę lat po millenium państwowości obchodzonego z wielką pompą, akurat zbudowano parlament, gospodarka rozwijała się, kwitły kawiarnie budapeszteńskie. Czemu wybór padł akurat na taki tekst? Nie bardzo mogę zrozumieć.

Nie bardzo też mogę zrozumieć czemu hymn dalej trwa. Dzieci uczące się go przyswajają sobie jego depresyjność, dorośli ją w sobie wzmacniają. Ustawienie takiego przekazu na piedestale nie może pozostać bez skutków. Żartuję sobie czasami, że lekarz krajowy Węgier powinien go zakazać z powodów medycznych. Węgrzy powinni coś z tym zrobić – powinni go zmienić.

***

Uprzedzając komentarze na temat krajów, których hymny zaczynają się od stwierdzeń, że jeszcze nie zginęły: hymn Polski, mimo dramatycznego początku, ma w sobie jednak buńczuczność i wolę walki, i wolny jest o depresyjności hymnu Węgier. Nie bardzo jest sens te dwa teksty porównywać.

PS Melodia hymnu węgierskiego, napisana przez Ferenca Erkela, tutejszego Moniuszkę, jest bardzo przy tym bardzo piękna. Tu akurat melancholijność wypada dobrze.

Węgry, Indie

Rozmawiam z teściową, która akurat wróciła ze zboru. Przejęta opowiada o prelekcji jakiegoś lekarza, który wyjeżdża do Indii pomagać biednym. Jedzie z rodziną, dwoje dzieci plus trzecie w drodze, ma się urodzić za dwa miesiące. Żal mi jego żony, mówi mama Śliwki, tutaj mimo ostatnio wprowadzanego zaciskania pasa służba zdrowia jest jednak lepsza, niż tam gdzie …

Przestaję słuchać. Co??? Służba zdrowia tutaj JEDNAK lepsza niż w Indiach??? Porównywać te dwie? I to poważnie? Nieco mnie zatkało.

Zatkało mnie tym bardziej, że to nie było takie sobie nieistotne przejęzyczenie teściowej. Masa Węgrów, bez zmrużenia oka, widzi swój kraj w czarnych barwach. Uważają się za pokrzywdzonych, nieszczęśliwych, biednych, cierpiących, ofiary. Nincsen öröm a múltban, nincsen remény a jövőben (nie ma radości w przeszłości ani nadziei w przyszłości) usłyszałem niedawno. I to mimo tego, że kraj jest obecnie częścią jednej z najbogatszych regionów świata, rozwija się i ludzie żyją lepiej niż 15 lat temu. A jednak Węgry jak Indie? Czemu nie.

Wiem, skąd się to bierze. Dwudziesty wiek był dla Węgrów pasmem nieszczęść. Co można było przegrać – wojny, powstania – przegrali. Znaczenie tego, co się mimo wszystko udało pomniejszają. Dominuje żalenie się nad sobą. Ciekawe jest porównanie tu Polski z Węgrami. Polska też dostawała co chwilę łupnia – może nie tak często ale i tak – ale generalnie pamięć historyczna jest w Polsce inna. Weźmy takie powstanie warszawskie: militarnie klęska, straty straszne, miasto obrócone w perzynę, masa zabitych ale wszyscy jednak jakże z tego dumni. A Węgrzy po 1956 roku załamani.

I tak, zajęci smuceniem się nad sobą, w rezultacie Węgrzy nie bardzo interesują się światem zewnętrznym. Wiedzą tyle, że w Niemczech i Austrii żyje się lepiej a reszta ich nie obchodzi. Media zajmują się głównie Węgrami i to bardzo na poważnie, bez żadnego poczucia humoru.

***


Na jakiś urodzinach dziecięcych w weekend spotkałem się z Adelem. Rozmawialiśmy sobie na ten temat. Rozluźnieni (lekko) czerwonym winem pomarzyliśmy sobie książce o Węgrzech widzianych oczami cudzoziemców. Powinna powstać na  podstawie wywiadów z paroma Amerykanami, Arabami, Rosjanami, Francuzami, Chińczykami, Serbami albo Rumunami a także, przekonałem go, Polakami. Wszyscy oni powinni być tutaj zasiedzeni, powinni też znać węgierski. Taka książka-lustro dla Węgrów. Gdyby ktoś tak ze mną rozmawiał na pewno opowiedziałbym o Indiach. Adel mówi, że miałby parę podobnych historyjek.

„mójkraj.hu”

Tytułowy "mójkraj.hu" – po węgiersku "www.azénországom.hu" – to kampania Związku Wolnych Demokratów. Partia, tutejszy odpowiednik Unii Wolności o podobnie dysydenckich korzeniach, ostatnio coraz bardziej podkreśla swój liberalny charakter. W wyborach do parlamentu europejskiego na każdym plakacie i ulotce było słowo "liberalny". Najwyraźniej pomysł wypalił, bo na kongresie w zeszły weekend rozszerzyła swoją nazwę dodając "Węgierska Partia Liberalna". Kampania, o której piszę to część budowania tego liberalnego imażu.

Reklamowano ją na billboardach. Pojawiały się na nich stwierdzenia jak na przykład "Węgry są krajem chrześcijańskim" oraz adres internetowy kampanii. Zajrzałem, na miejscu kwestionariusz, 43 zdania i po dwie opcje: zgadzam się, nie zgadzam się. Tematyka, żeby tak powiedzieć, ideologiczna, jest rola kobiet w społeczeństwie, aborcja, eutanazja, wspomnianz już chrześcijański charakter Węgier, kara śmierci, Romowie, ochrona środowiska, małżeństwa homosekualne, karalność używek, i tak dalej. Po wypełnieniu natychmiast informacja na ile twoje poglądy zgadzają się z poglądami ZWZ oraz obietnica, że gdy kampania się skończy przyślą zebrane rezultaty wszystkich odpowiedzi.

Kampania się skończyła, rezultaty właśnie dostałem. Rzecz jasna, nie można ich traktować jako opinii społecznej, bo mamy próbkę, zresztą całkiem sporą, bo ponad osiemdziesięciotysięczną, która się sama dobrała i ma oczywiste skrzywienie liberalne, ale mimo wszystko znalazłem parę ciekawych rzeczy. Największa zgodność z poglądami ZWZ? "Zanieczyszczający środowisko powinni płacić za spowodowane szkody" (96% za) oraz "Po rozwodzie zawsze najlepiej dziecku jest u matki" (podobnie jak ZWZ ze stwierdzeniem nie zgadza się 93% respondentów). Najmniejsza zgodność? "Należałoby karać za śmiecenie" (75% za, ZWZ przeciw) oraz "Pary homoseksualne powinny mieć prawo adoptować dzieci" (70% przeciw, ZWZ, rzecz jasna, za). Najbardziej podzielone opinie? "Węgry są krajem chrześcijańskim" (50/50, ZWZ się z tym stwierdzeniem nie zgadza).

Prawicowy Fidesz ogłosił niedawno "narodowe konsultacje", w ramach których każdy obywatel ma otrzymać do domu kwestionariusz z serią pytań. Ciekaw jestem już co też tam będzie.

Tak to się tutaj obywatele zastanawiają nad istotnymi zagadnieniami.