coś do garnka każdego tygodnia

Weź udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego!

Słoik z dziurką w wieczku wystawiony na blacie baru nie służy do zbierania napiwków. Wrzucać tam można pieniądze ale chodzi o coś innego: tu zbierane są pieniądze na coniedzielny obiad rozdawany na placu Klauzála wśród miejscowych bezdomnych i biednych. Ostatnio rozdano 200 porcji obiadowych.

Héti betevő

Takie słoiki stoją w dwudziestu okolicznych barach, sklepach i restauracjach (lista i mapa tu). Za zebrane pieniądze jednodaniowe obiady na zmianę gotują miejscowe restauracje. W niedzielę między 12 a 14 można do Kisüzem (plac Klauzála) przynieść ciasto i owoce, które również trafia do rozdziału.

Stająca za tym inicjatywa o nazwie Heti betevő (gra słów: tygodniowy dochód – tygodniowy wkład do garnka) działa od stycznia (strona facebookowa tu), obecnie jest w trakcie rejestracji. Niedawno odbył się w Kisüzem koncert na jej rzecz, na który wystąpili alternatywni wykonawcy.

Jakbyście trafili to jednego z miejsc gdzie zbierane są pieniądze koniecznie coś wrzućcie!

rodzić po węgiersku

Polecam mój artykuł na temat Ágnes Geréb, który ukazał się w Dzienniku Opinii Krytyki Politycznej (o jego bohaterce pisałem już wcześniej tu i tu). Zaczyna się on tak:

Gdy pojawiła się po raz pierwszy przed sądem, na rękach i nogach miała zaciśnięte kajdany. Ta drobna, ciemnowłosa kobieta traktowana jest jak zbrodniarka. W więzieniu poddawana była rewizjom osobistym. W zamknięciu była ponad trzech lata; początkowo w areszcie śledczym, potem domowym. W jej obronie odbywają się demonstracje matek z niemowlętami na rękach i w wózkach. W jej urodziny, mimo mrozu, kilkudziesięciosobowa grupa jej zwolenników śpiewała pod więzieniem Sto lat. Takie wystąpienia mają miejsce nie tylko w jej rodzinnym Budapeszcie, ale i w Nowym Jorku czy Pradze. Nawet w Warszawie pojawiło się poświęcone jej graffiti. Kim jest Ágnes Geréb?

Odpowiedź jest, rzecz jasna, w tekście.

Współpraca z redaktorem nie udała się tak, jakbym sobie to wymarzył więc proszę o zrozumienie dla paru stylistycznych poślizgów.

A sama Geréb została tydzień temu zwolniona z aresztu domowego. Wolno jej teraz poruszać się w ramach komitatu peszteńskiego. Nie wolno jej jednak wogóle stykać się z kobietami w ciąży, więc jej wolność dalej jest mocno ograniczona. 

Co się kryje za czerwonymi drzwami?

Ano Müszi czyli Művelődési Szint, po polski Piętro Kultury (od Domu Kultury). Müszi mieści się na trzecim piętrze domu towarowego Corvin (wejście od lewej strony, tam są właśnie te drzwi), o którym pisałem już kiedyś przy okazji opisu romkocsmy Corvin tető

Z autoprezentacji Müszi na stronie internetowej:

Müszi ośrodek twórczy i otwarta przestrzeń.

Müszi to złożona, wspólna przestrzeń dla działań kulturalnych i społecznych oferująca miejsce dla działalności wspólnotowej, otwartych wydarzeń artystycznych i społecznych a także pracy warsztatowej za zamkniętymi drzwiami.

Jakie wartości stoją u podstaw funkcjonowania Müszi

  • Wysoki poziom profesjonalny
  • Aktywizm, oddolna organizacja, poczucie odpowiedzialnośi społecznej
  • Duch wspólnotowy i efektywne współdziałanie
  • Innowacja
  • Zrównoważony rozwój: odejście od sfery państwa i rynku
  • Zielone miejsca praca, świadomość środowiskowa
  • Współpraca w ramach Węgier i międzynarodowa

Takich miejsc jest/było w Budapeszcie więcej. W swoim czasie był to Tűzraktér a także Fogasház, byłem też w byłej szkole w Budzie – nie pamiętam ani adresu ani nazwy niestety – gdzie też mieściła się masa takich inicjatyw.

Do Müszi trafiłem ze względu na wystawę 20 forintos operett/A nyolcodik tenger (Opera za 20 forintów/ósme morze), o której będzie kiedy indziej. Miejsce, w pełni w estetyce romkocsmy urzekło mnie natychmiast. Żeby wejść musiałem na dole nacisnąć dzwonek, potem wspinać się na trzecie piętro ale po otwarciu drzwi na górze nagle znalezłem się w pełnym życia zaimprowizowanym pchlim targu. Szereg stoisk z używaną odzieżą, gadżetami dla fanów muzycznych, stare zabawki, książki i kręcący się wśród nich oglądający – przymierzający ludzie. Obok dwa bary nieco niesamowite w wyglądzie, gabloty z biżuterią czy dziwnymi okularymi słonecznymi. Dalej widzę drzwi do boksów różnych organizacji, wśród nich znajome átlátszó.hu.

Oj, chyba tu wrócę. Póki co parę zdjęć z dzisiejszej wizyty.

muszi_czerwone_drzwi

czerwone drzwi

Müszi, Budapest

bar

Müszi, Budapest

handel

Müszi, Budapest

ciuchy

muszi_piesek

zwierzęta nieożywione

muszi_zabawki

zabawki po 1500

Müszi, Budapest

normalnie na tym stole się gra w ping-ponga, obok jest nawet pudełko na zbiórkę na piłeczki

Müszi, Budapest

mozaika

Müszi, Budapest

gablota

muszi_atlatszo

kanciapa átlátszó.hu

muszi_rowery

oczywiście rowery, widać plakat ostatniej Masy Krytycznej

otwarte zabytki – włączmy się

Centrum Cyfrowe Projektu: Polska ogłosiła projekt Otwarte zabytki. W jego ramach zachęca wszystkich do wspólnego tworzenia bazy zabytków polskich w Polsce a także poza granicami kraju. Jeśli dany zabytek jest już w bazie można dodawać informacje na jego temat czy zdjęcia, jeśli go nie, można go tam wprowadzić zaznaczając jego położenie na mapie.

otwartezabytkibaner_CC

Otwarte zabytki

Obecnie nie ma żadnych informacji na temat zabytków na Węgrzech. Proponuję: włączmy się w projekt i zbierzmy te informacje.

Na początek zacznijmy tworzyć listę zabytków polskich na Węgrzech. Strona projektu definiuje zabytki w następujący sposób:

Formalne kryteria tego, czy dany obiekt jest zabytkiem dotyczą jego trzech potencjalnych wartości: naukowej, gdy obiekt ma jakieś wyjątkowe rozwiązania technologiczne (np. Kanał Augustowski), artystycznej – obiekt jest dziełem sztuki (np. cenny barokowy pałac), historycznej – obiekt związany jest z ważnymi wydarzeniami lub postaciami historycznymi. (http://www.nid.pl/idm,580,zabytki-nieruchome.html) Równie ważnym kryterium może być jego wartość „społeczna” (szczególne znaczenie dla lokalnej społeczności).

Co byłoby takim zabytkiem na Węgrzech? Tak na szybko do głowy przyszły mi następujące obiekty:

  • Derenk – cały wieś
  • pomnik Bema
  • tablice Woronieckiego i (kogoś jeszcze – nie pamiętam) na placu Kossutha
  • pomnik katyński w trzeciej dzielnicy i w Tatabánya
  • pomnik przyjaźni polsko-węgierskiej w Győr
  • tablica Portiusa w Tokaju

Co dodalibyście? No i kto by się włączył by popracować nad projektem?

jak doprowadziłem do zabetonowania kawałka Budapesztu

Niechcący. I niedużego. Ale nie uprzedzajmy faktów, wszystko po kolei.

W Budapeszcie wystartował serwis jarokelo.hu (przechodzień.hu), korzystając z którego można w prosty sposób zgłaszać odpowiednim organom mniejsze i większe problemy w otoczeniu: wyboje na ulicach, nieusuwane śmieci, graffiti, itp. Idea pochodzi od słynnego już brytyjskiego serwisu FixMyStreet robionego przez znakomite mySociety. Ty zgłaszasz problem a system przekazuje go do odpowiedniego urzędu. Nie musisz szukać odpowiedniego urzędnika, wszystko jest rejestrowane na stronie internetowej serwisu więc inni też mogą obserwować jak twój problem jest rozwiązywany a urzędnik czuje na sobie liczne oczy internetu.

Postanowiłem wypróbować serwis a także na ile organy węgierskie reagują na problemy zgłaszane przez obywateli i wrzuciłem od razu na niego parę miejscowych bolączek. Między innymi rozryty od lat już chodnik na ulicy Király, tym wspólnym wstydzie szóstej i siódmej dzielnicy, które te ulicę jakiś czas temu fatalnie wyremontowały za straszne pieniądze. Moje zdjęcie wyglądało tak:

Kiraly utca Budapest

Jak widać, brak płyt chodnikowych, na chodniku jest nierówno, idzie się przez błoto i wodę.

Parę dni później przejeżdzałem tamtędy i cóż widzę: chodnik z granitowych płyt, czyli luksusowego jak na Węgry kanienia, naprawiono ale betonem!

Kiraly utca Budapest

(ciekawostka: nogi na zdjęciu są polskie, podsłuchałem te dziewczyny robiąc zdjęcie, rozmawiały po polsku).

Z jednej strony więc dobrze, że zrobiło się równo i sucho, z drugiej jednak chodnik nie wygląda reprezentacyjnie. Na problem zwróciły uwagę blogi (ten i ten), na tym drugim pojawiło się sporo niepochlebnych komentarzy pod adresem rozwiązania.

Niechcący więc doprowadziłem do nieestetycznego zabetonowania kawałka chodnika. Co zrobć, swoją przygodę z jarokelo będę jednak kontynuował (z nadzieją na więcej szczęścia następnym razem), i zachęcam do tego innych polskich budapeszteńczyków!

aktywistka porodów domowych ma iść do więzienia

Przynajmniej na razie tak to wygląda. Prezydent Węgier właśnie odrzucił prośbę [HU] o przerwanie postępowanie karnego przeciwko Ágnes Geréb, węgierskiej położniczce walczącej o prawa do porodów domowych oświadczając przy tym, że prośbę o jej ułaskawienie rozpatrzy po uprawnomocnieniu się wyroku: dwa lata więzienia i dziesięć lat zakazu wykonywania zawodu.

Formalnie Geréb skazano nie za przeprowadzanie porodów domowych ale za sprowadzenie niebezpieczeństwa śmierci i trwalego kalectwa w ramach wykonywanego zawodu. Chodzi o kilka wypadków, w tym i śmiertelnych, do jakich doszło podczas przeprowadzanych przez nią porodów domowych (w sumie było ich trzy tysiące). Po lutowym wyroku sądu niższej instacji przeciwko niej wniesiono nowe zarzuty falszowania dokumentów a także znachorstwa. Obecnie przebywa w areszcie domowym, już ponad 730 dni. Nie jest to łatwe, ale zapewne i tak lepsze niż przebywanie w areszcie, skąd do sądu doprowadzano ją w kajdankach na rękach i nogach i gdzie poddawano ją rewizji osobistej z rozbieraniem do naga.

Powszechnie jednak uważa się, że w tej sprawie nie chodzi i błędy lekarskie ale naruszenie interesów lobby położniczego, które żyje dzięki „pieniądzom wdzięcznościowym” płaconym z okazji porodów. Według opinii jednego z prawników specjalizujących się w sprawach o błędy lekarskie [HU] na Węgrzech dotąd żadnego lekarza nie skazano  za błędy lekarskie na karę surowszą niż grzywna. A sprawie Geréb sąd oparł się wyłącznie na opinii specjalistów krajowych odmawiając wysłuchania opinii z zagranicy. Miejscowi położnicy zwykle podają argument skuteczniejszej pomocy, którą w wypadku komplikacji można udzielić rodzącej czy niemowlęciu w szpitalu niż w domu.

Z zagranicy tymczasem napływają liczne głosy poparcie. Wyraziły je International Motherbirth Child  Organisation (IMBCO), Royal College of Midwives w Wielkiej Brytanii i wiele innych, w jej obronie ukazywały się artykuły w prasie (np. w Guardianie [EN]), organizowano też demonstracje.

Poparcia doczekała się też na Węgrzech. Niedawno ośmióset pracowników węgierskiej służby zdrowia zwróciło się do prezydenta z prośbą o łaskę dla Geréb. Na ulicach widywałem ulotki „Free Geréb” a także plakaty w jej obronie. Niewielu jest ludzi, którzy doczekali się tak szerokiego poparcia.

plakat w obronie węgierskiej położniczki Ágnes Geréb

ten plakat sfotograwołem niedaleko mojego domu

Porody domowe to nie pierwsza przypadek kiedy obdarzona łagodnym wyglądem Geréb odważyła się pójść pod prąd. Już od 1977 roku zaczęła, początkowo po cichu, ściągać ojców na porody, co obecnie jest przyjętą praktyką. Ironicznie w kontekście obecnego wyroku zresztą porody domowe zalegalizowano w marcu 2011 roku.

Pytana o motywację (świeży materiał BBC [EN] na jej temat zrobił Nick Thorpe, którego pięcioro dzieci urodziło się pod jej ręką w domu) Geréb mówi, że jej chodzi o pokój, by dzieci miały prawo urodzić się w spokoju.

Geréb przywraca porodom radość. Nick Thorpe mówi, że gdyby nie ona nie miałby piątki dzieci, poród – domowy – każdego z nich był takim przeżyciem, że zawsze chcieli z żoną chcieli jeszcze raz tego doznać.

Trudno pisząc o niej nie użyć słowa „godność”. Jedna z matek, której w porodziie pomogła Geréb mówoi: byłam przez nią traktowana jak dorosła osoba a, w szpitalach natomiast patrzano na mnie z góry i chciano chronić dziecko przede mną. Geréb nie mówi o tym jak powinno być, ona rzeczywistość zmienia czynem.

Prezydent w swoim uzasadnieniu decyzji dotyczącej Geréb napisał „Nie ma nic ważniejszego od wyegzekwowania sprawiedliwość i praworządności, za które w państwie prawa odpowiadają wyłącznie wymiar sprawiedliwości i niezależne sądy”. Przedziwnie to brzmi w ustach przedstawiciela państwa, które niedawno puściło wolno okrutnego mordercę, który jest obywatelem kraju, wobec którego rząd zdaje się żywić nadzieje na korzyści gospodarcze. Wobec słabej Ágnes Geréb państwo węgierskie może pozwolić sobie na pełną surowość.

***

Jeśliby ktoś z polskich mediów był zainteresowany sprawą to chętnie napiszę coś na ten temat lub też w tym pomogę.

nieustraszeni łowcy sekretów

Jakiś czas temu obiecałem, że napiszę o átlátszó (węg. przejrzysty, transparentny), tym bardzo ciekawym internetowym projekcie medialnym. W maju 2010 roku dziennikarz śledczy Indexu Tamás Bodoky złożył rezygnację po tym jak jego redaktor naczelny wyciął mu ostatni paragraf jego tekstu [EN] na temat podejrzanej inwestycji w Páty. W paragrafie padały nazwiska biznesmenów blisko związanych z premierem Orbánem. Bodoky, który ma fan page na facebooku, uznał to za niedopuszczalną ingerencję i po odejściu z Indexu stworzył átlátszó jako platformę do publikowania dziennikarskich materiałów śledczych (szczegóły tu [EN]).

Wkrótce po rozpoczęciu działalności átlátszó w życie weszła nowa ustawa medialna, która między innymi nakazywała dziennikarzom podawanie źródeł swoich informacji. Nie trzeba było wiele czekać na pierwszą interwencję policji, która od Bodokyego domagała się podania, od kogo dostał materiały na temat ataku hackerów na Brokernet a także zarekwirowała mu komputer (później został on zwrócony).

Bodoky i współpracownicy uznali, że jeśli dziennikarz nie będzie znał źródła swoich informacji nie będzie mógł go podać policji i tak nie złamie prawa. Dlatego też stworzyli platformę do anonimowego przesyłania informacji MagyarLeaks – był to okres kiedy wszyscy mówili o WikiLeaks.

Projekt, mimo, że wciąż boryka się z brakiem środków (jeśli ktoś chciałby go wesprzeć można to zrobić tu), odniósł szereg sukcesów. Drogą sądową zdobył a potem opublikował informacje na temat podejrzanych inwestycji offshore państwowych zakładów energetycznych MVM [HU]. Opublikował również koncepcję programową złożoną przez Györgya Dörnera [HU] w ramach konkursu na dyrektora teatru Új, która będąc raczej antyliberalnym manifestem niż materiałem fachowym wywołała szereg protestów włóczając w to demontrację uliczną (Dörner i tak dostał posadę). Na átlátszó pojawiły się informacje dotyczące zakupów gruntu przez piłkarską fundację premiera Orbána [HU] działającą w jego rodzinnej wiosce Felcsút. Grupie Bodokyego udało się zdobyć informację, że właścicielem odnoszącej niesłychane sukcesy w państwowych przetargach firmy Közgép jest Lajos Simicska, były dyrektor gospodarczy Fideszu, co było wcześniej skrzętnie skrywane.

Ostatnim spektakularnym sukcesem átlátszó było zdemaskowania nazwiska właściciela największego skrajnie prawicowego internetowego portalu kuruc.info. Ten portal od dawna już nie tylko jest centralnym punktem propagandy węgierskiej skrajnej prawicy (rubryki takie jak „przestępczość cygańska”, „przestępczość żydowska” czy „cmentarz genów” – to o Cyganach) ale również podjudzania przeciwko konkretnym osobom publikując ich dane osobowe: adresy, numery telefonów, fotografie. Niejednokrotnie w stopce redakcyjnej umieszczano nazwiska niełubianych przez kuruca polityków obok postaci historycznych i zmyślonych. Miały przypadki umieszczania ogłoszeń w imieniu nieświadomych tego i potem nadaremnie protestujących firm. Niejednokrotnie wszczynano śledzctwo przeciwko portalowi ale jak dotąd bez żadnych rezultatów ponieważ portal, do niedawna, korzystał z anoninowego hostingu w USA: Tak na marginesie, obecnie kuruc.info jest 42 najbardziej popularną stroną internetową na Węgrzech zajmując przy tym trzecie miejsce wśród portali zajmujących się polityką (dane w dużej części z wikipedii).

Kuruc.info wziął sobie także Tamása Bodoky – umieszczono jego nazwisko z adresem w stopce redakcyjnej i zamieszczono w jego imieniu fałszywe ogłoszenie – na cel ale nie wyszło to mu na dobre.

stopka redakcyjna z nazwiskiem Bodokyego (pasek dałem ja, w oryginale jest pełen adres)

Bodoky zwrócił się do policji, która, jak zwykle, odmówiła wszczęcia śledztwa powołując się na amerykańską lokalzację hostingu kuruca. Bodoky złożył więc skargę bezpośrednio u firmy dostarczającej domenę oraz u firmy hostującej portal i te, uznawszy, że portal faktycznie narusza prawo, opublikowały dane właściciela. Jest to mieszkający w Kalifornii Béla Varga. Tak więc tam gdzie państwo węgierskie od lat było bezradne poradziło sobie átlátszó.

Tamásowi Bodoky i jego współpracownikom i współpracowniczkom gratuluję i życzę wielu dalszych sukcesów!

Global Voices Nairobi 2012 – dzień drugi

Część plenarną rozpoczęła sesja na temat Rising Voices. To jeden z projektów GV, W jego ramach  wspólnota GV wspiera nowe inicjatywy w dziedzinie mediów społecznościowych oferując mentorów oraz niewielkie granty.  Pierwszym przedstawionym projektem był projekt z Mali. Tam głównym wyzwaniem jest brak infrastruktury. Lider projektu jeżdzący po wioskach i uczący w tamtejszych szkołach nowych mediów często musi się uciekać do baterii słonecznych bo na miejscu nie ma prądu. Uczyć musi też podstaw, w wioskach nie ma za bardzo technologii komputerowej. Ciekawostką jest, że swoją wiedzę zdobył od pewnej Francuzki z GV, która uczyła go różnych technologii poprzez internet.

Projekt w Boliwii wykorzystuje media społecznościowe do promocji piśmiennictwa języka Aymara (dwa miliony użytkowników). Nowopowstałe zasady pisania tego do niedawna istniejącego tylko w ustnej formie języka wykorzystywane są przy tworzeniu postów na blogach, artykułów do wikipedii, tweetów, wpisów na facebooku czy też materiałów dla Global Voices. Dotatkowym wyzwaniem dla projektu jest fakt, że w wielu rodziców mówiących Aymara starało by ich dzieci mówiły raczej po hiszpańsku bo to miałoby zapewnić im lepszą przyszłość. Bardziej typowym problemem jest brak dostępu do internetu wśród wolontariuszy projektu.

Jedna z następujących równoległych sesji zatytułowana Czy mnie obserwują? (Are They Watching Me?) skoncentrowała się na inwigilacji internetowej. Rob Faris z Berkman Center for Internet and Society mówił między innymi o zamazywaniu się granicy między prywatną i publiczną sferą. Podkreślał ryzyko związane z używaniem komórek. Zakończył stwierdzeniem, że presję by poprawić sytuację można wywierać w dwóch kierunkach: na rządy i na firmy. Pochwalił szereg kroków Google: Transparency Report i automatyczne ustawienie gmaila na https.

Alef Abrougui z Tunezji podkreśliła, że inwigiliacja w jej kraju do rewolucji była bardzo intensywna choc wiele się o tym, w przeciwieństwie do Chin czy Iranu, nie mówiło. Mimo rewolucji ta praktyka ostatnio wraca. Niedawno ministerstwo obrony zażądało zamknięcia pięciu stron na Facebooku: bez inwigigilacji skąd by o nich wiedzieli?

Mohammed El Gohary z Egiptu opowiedział jak dowody na wszechogarniającą inwigilację wypłynęły dopiero po rewolucji. Tajna policja miała zapisy e-maili, rozmów przez skype i przez telefon oraz innego rodzaju środków komunikacji.  Na jaw wyszły też umowy między zachodnimi firmami a rządem w Egipcie o dostarczanie sprzętu do inwigiliacji. Rewolucja doprowadziła do jej przerwania ale obecnie jest ona znów stosowana.

Ellery Bride z Center for Democracy & Technology podkreśliła napięcie jakie istnieje pomiędzy uprawnionym użytkowaniem inwigilacji do zwalczania przestępczości a wykorzystywaniem jej do szerszych, nieuzasadnionych celów. Warto też pamiętać o inwigilacjji ze strony zorganizowanej przestępczości.

Rozwinęła się dyskusja w jakich sytuacjach rządy zachodnie mogą dopuszczać do sprzedaży sprzętu do inwigilacji do innych krajów. W trakcie jej okazało się, że przedstawiciele zaledwie trzech krajów uważają, że ich rząd ich nie inwigiluje (Peru, Szwajcaria, Szwecja). Aktywista z Izraela podkreślił, że w jego kraju inwigilacja jest przyjmowana przez obywateli ze zrozumieniem ponieważ jest to sposób zapewnienia bezpieczeństwa.

Kolejna sesją, w której uczestniczyłem miała tytuł Kto rządzi w świecie sieci (Who Rules Our Networked World). Wiodącym motywem dyskusji były modele zarządzania internetem.

Alex Gakuru z Kenii przedstawił swoje doświadczenie pracy w ICANN. Pierwszym problemem są masa akronimów, z którymi się wciąż człowiek spotyka i których się trzeba nauczyć. W ICANN działają formalne grupy interesu: użytkowników (ncuc.org), firm oferujących dostęp do internetu, rządów, biznesu, posiadaczy praw autorskich.

Mimo, że do różnych komisji każdy może się zgłosić reprezentacja Afryki jest słaba. Problem jest głównie koszt uczestnictwa w trzech spotkaniach rocznie. Uczestniczenie w nich przez internet nie jest łatwe ze względu na ograniczony dostęp do broadbandu.

Sana Saleem z Pakistanu opisała aktywistów wolności słowa w internecine. Ona sama jest jednych z organizatorów akcji przeciwko niedawno zaproponowanego przez rząd systemu filtracji internetu.

W Pakistanie silny jest wpływ Chin. Jednym z jego przejawów był niedawny przetarg ogłoszony przez rząd na system filtrowania internetu na poziomie krajowym.  Aktywiści sprzeciwiający się mu skontaktowali się najpierw z firmami dostarczającymi dostęp do internetu. One nie miały wiele przeciwko temu systemowI bo dla nich byłby on mniej uciążliwy niż wypełnianie żądań rządu dotyczących filtrowania każdego z osobna.

Aktywiści napisali list do rządu z żądaniem wyjaśnienia skąd ten kosztowny pomysł. Odpowiedź nie nadeszła, zwrócili się więc do prasy.

Stworzyli też koalicje, na poziomie krajowym i międzynarodowym, by walczyć z pomysłem rządu. Partnerzy zagraniczni mieli nie dopuścić by firmy zachodnie wzięły udział w przetargu. Wewnątrz kraju wyjaśniali potencjalnie dotkniętym funkcjonowaniem nowego systemu jego skutki.

Rząd oficjalnie głosił, że chodzi mu o ograniczenie dostępu do pornografii a organizacje społeczne chcą by dalej była dostępna.

Koalicja lobbowała w różnych ministerstwach, w efekcie czego ministerstwo spraw zagranicznych oraz ministerstwo ds. praw człowieka zajęły negatywne stanowisko wobec planu systemu filtrowania, promowanego przez coraz bardziej osamotnione ministerstwo ds. technologii komputerowych.  

W końcu koalicja pozwała rząd do sądu, który zadecydował, że blokowanie internetu jest niekonstytucyjne.

Ellery Biddle z Center for Democracy & Technology przedstawiła sytuację ITU. Traktat z 1988 roku zakładający dobrowolnie przyjęte standardy ma być zastąpiony tekstem renegocjowanym w zeszłym grudniu. Ustalenia dotyczyce cyberbezpieczeństwa są niepokojące ze względu na ich wpływ na ochronę prywatności. 

ITU pojawia się w dyskusjach jako alternatywa do ICANN bo jest reprezentatywne, nie bardzo nadaje się jednak jako platforma do uzgadniania stanowisk reprezentantów różnych graczy ze względu na to, że decyzje podejmowane są przez rządy.

ITU jest zamkniętą, nietransparentną organizacją. Niektóre rządy starają się to zmienić, wciągają do prac aktywistów i przedstawicieli świata akademickiego. Powstała nawet strona do publikacji dokumentów, które wyciekły z ITU  wsitleaks.org .

Popołudnie miał format barcampu. Przyłączyłem się do grupy dyskutującej możliwość stworzenia alternatywnych sieci (Alternative networks). Konkluzje nie były zbyt wesołe. Zdaje się, że dotąd nie stworzono funckjonujących sieci. Projekt oparty na stworzeniu sieci typu mesh w oparciu o komórki (serval) jest w powijakach, inne projekty tego typu (włączając w to artystyczny projekt parasolowy umbrella.net) nie wyszły poza sferę eksperymentów, koncepcja własnego serwera dla każdego użytkownika (Freedom Box)  też nie doczekała się wdrożenia.

Pojawił się pomysł wystrzelenia własnego satelity ale koszt (290 milionów dolarów plus koszty funkcjonowania) powoduje, że nie ma on szans realizacji.

Kolejna sesja w ramach barcampu to Jak zmienić zachowanie firm internetowych (How to Change the Behaviour of Internet Companies). Organizacji, które próbują to robić jest coraz więcej. Powodem jest rosnąca rola takich firm: pośrednicy zmuszeni do są podejmowania decyzji jak regulatorzy sektora  po to by wogóle móc funkcjnować.

Wspólnie zebraliśmy parę pomysłów na to jak można by działać.

  • Crowdsourcing, np. herdict czy onlinecensorship.org
  • Działania jednostek jak np. kampania Maxa przeciwko Facebookowi – łatwiej jest mówić o konkretnej osobie niż o abstrakcyjnym problemie
  • Działania akcjonariuszy firmy
  • Bojkot konsumencki jak w przypadku GoDaddy w kampanii przeciwko PIPA i SOPA w USA
  • Ranking firm według kryterium wolności w internecie
  • Monitorowanie przestrzegania praw człowieka przez firmy komórkowe – na całym świecie jest ich określona i niezbyt wysoka ilość
  • Nagroda dla firm, których zachowanie w odniesieniu do praw człowieka jest przykładowe

Niekiedy dla pewnych usług mamy system monopolu lub niemal monopolu, wówczas konieczna jest regulacja przez rząd. Odmianą tego problemu jest integracja pozioma np. łącząca sferę usług, sprzętu i sieci  (UAE).

Należy atakować firmy tam gdzie są wrażliwe na presję, np. tam gdzie są surowsze regulacje dotyczące prywatności.

Jednocześnie z powodu wewnętrznej integracji firm często stosują one najsurowsze regulacje prywatności (EU) tak by nie musieć swojej wewnętrznej polityki dalej dostosowywać do indywidualnej sytuacji w danym kraju.

Istnieje napięcie pomiędzy firmami telekomunikacyjnymi a firmami wytwarzające treści w internecie, można to wykorzystać. Te ostatnie na przykład nie lubią Facebooka bo odciąga on użytkowników od ich stron.

Obecny Max Schems zaproponował szereg zasad przy tworzeniu przakazu kampanii

  • Niech żądania będą rozsądne, nie przesadne.
  • Niech będą pozytywn: w jego przypadku on nie walczy z Facebookiem ale stara się zmusić firmę do lepszego zachowania, dlatego też nie zlikwidował kontna na FB
  • Twarz kampanii niech budzi zaufania: on sam jest studentem prawa, co w Austrii niemal automatycznie oznacza konserwatywne poglądy, osoba z dreadlockami nie byłaby tak przekonująca

I na tym konferecja się zakończyła. Odbyłem szereg ciekawych rozmów i poznałem masę niezwykłych ludzi ale to już inny historia.

PS Szczegółowa relacja z GV Summit po angielsku jest do poczytania tu.

GV2012

Global Voices Nairobi 2012 – dzień pierwszy

No i znów (patrz tu i tu)byłem na spotkaniu Global Voices Summit (spotkanie sieci aktywistów internetowych piszących na blogach o tym co się dzieje w ich krajach, GV ma również wersję polską i węgierską) więc znów piszę krótkie sprawozdanie.

Tym razem – Summit organizowany jest co dwa lata – do Nairobi, gdzie się odbył, zjechało się trzystu blogerów z sześćdziesięciu krajów. Program był bogaty, były równoległe sesje a że w dodatku pojawiła się masa ciekawych ludzi, część znajomych, część dopiero do poznania, i co chwila z kimś się interesująco gada, nie sposób zobaczyć wszystkiego. Sprawozdanie moje jest więc z konieczności subiektywne.

GVS1

przed hotelem gdzie odbywała się konferencja

GVS_namiot

wspólna sesja

Dzień pierwszy miał miejsce drugiego lipca. Po sesji wprowadzającej rozeszliśmy na równoległe sesje tematyczne

Tematem przewodnim sesji na temat ruchów protestu na świecie (#Occupy Everywhere) w ciągu ostaniego półtora roku był ich wzajemny wpływ na siebie. Rozpoczęło ją zestawienie fotografii z placu Tahrir i madryckiego Plaza del Sol. Mimo różnych żądań uczestników inspirowały się one po kolei: kraje arabskie swoimi rewolucjami dostarczyły bodźca dla ruchu Occupy Wall Street, ten z kolei doprowadził do demonstracji Oburzonych. Ci, czego nie wiedziałem, służyli za model w ciągu protestów w Rosji. Hasło Occupy Abai (оккупай Абай) – protestujący początkowo gromadzili się pod pomnikiem Abaja – ładnie to ilustruje. Podkreślano jak szybko rozeszła się po świecie nowa metodogia protestu.

Occupy Abai

Occupy Abai

Yes, Abai can

Ze swej strony dorzuciłem uwagę o polskich inspiracjach protest przeciwko ACTA na Węgrzech, o czym pisałem wcześniej.

W ramach sesji na temat roli mediów społecznościowych w ratowaniu zagrożonych języków (Keeping Endangered Languages Alive) wysłuchaliśmy ciekawych prezentacji na temat języków Rangi (Afryka wschodnia) i Bambara (Mali). We wszystkich przypadkach media społecznościowe były używane to promocji pisowni dotąd tylko mówionych języków.

Interesująca były lista problemów jakie doświadczają uczestnicy tego rodzaju projektów. Były to trudności z przekonaniem ludzi do korzystania z mediów społecznościowych, niemożność zapisania przy pomocy komputera specjalnych znaków, czasem problemy związane z przejściem z poprzednio używanego alfabetu na łaciński. Zwykle pierwszymi, którzy korzystać mieliby z new media są ludzie wykształceni w innym języku, przekonanie ich do pisania w ich języku ojczystym pozbawionym tradycyjni piśmienych jest również częstym problemem.

Poobiednie prezentacje były organizowane jako barcamp. Poszedłem posłuchać Maxa Schemsa, gwiazdy wśród obrońców prywatności w internecie (Europe vs Facebook). Ten austriacki student prawa już jakiś czas walczy z facebookiem by ta firma bardziej honorowała prywatność użytkowników serwisu. Sławę przyniosło mu uzyskanie od facebooka kopii informacji na jego temat przechowywanej na serwerach firmy: ponad 1200 stron tekstu włączając w to dawno, jak sądził, usunięte zapisy czatów i wiadomości.

GVS_Max

tak wygląda Max

W trakcie swojej prezentacji opowiadał w jaki sposób facebook zbiera i wypuszcza na temat użytkowników, na przykład, ładując daną aplikację umożliwiamy jej autorom dostęp do naszych publicznych danych. Facebook zbiera ogromną ilość danych geolokacyjnych poprzez tagi fotografii czy też przechowywanie adresów IP, z których logowaliśmy się do naszego konta. Cookies, które przesyłają informację o tym, żeśmy otworzyli jakąś stronę – nie trzeba niczego klikać – jeśli tylko jest na niej guzik Like to następna problematyczne kwestia. Facebook zresztą nigdzie nie daje gwarancji, że dane, które zbiera są bezpieczne, Max pokazał na stosowne fragmenty różnych policy FB.

Jego zdaniem właściwym podejściem byłoby potraktowanie facebooka jak monopolu na wzór zakładów energetycznych i zmuszenie go do otwarcia platformy dla innych usług.

Facebook ma złą prasę w Europie – w ciągu ostatnich pięciu lat Max nie widział ani jednego pozytywnego artykułu na temat tej firmy – ale niczego nie robi by to poprawić. Skandale w USA z drugiej strony spotykają się z żywą reakcją firmy.

Obecna na sali danah boyd zasugerowała by do każdego z serwisów, z którego korzystamy używać innego adresu e-mailowego a także by nie używać do logowania się do jakiejś strony internetowej usług innych serwisów.

Ciekawostką jest, że Max jest w dalszym ciągu użytkownikiem Facebooka. Jak powiedział, kocha serwisy społecznościowe.

Można pomóc w jego kampanii o większe poszanowanie prywatności na Facebooku poprzez tłumaczenie poświęconej jej kampanii na inne języki. Chętni powinni pisać do niego na adres info małpa europe-v-facebook kropka org.

Zatytułowaną „Giants of the internet: what role and responsibility” plenarną sesję zabawny i pogodny MC konferencji Daud VVere rozpoczął zacytowaniem kenijskiego przysłowia: „Gdy słonie walczą cierpi trawa. Gdy słonie się godzą trawa jest zjadana”.

Do panelu zaproszeni byli Ramzi Jaber (Onlinecensorship.org), Max Schrems (patrz wyżej) oraz Bob Boorstin z Google. Sesja szybko przerodziła się w spotkanie z tym ostatnim, pozostali prezenterzy zostali zmarginalizowani.

Bob określił odpowiedzialność firm w następujący sposób:

  • ochrona użytkowników
  • maksymalizacja swobody słowa w internecie
  • aktywne a nie pasywne stanowisko w tych kwestiach

Google wierzy w przejrzystość swoich działań (zwłaszcza w odniesieniu do filtrowania) oraz „wyzwolenie danych” (data liberalisation), powiedział.

Dla firm te kwestie nie powinny być corporate social responsibility ale codziennością ich funkcjonowania.

Dla Google wolność słowa to ważnym problemem, gorzej jest z prywatnością. Bob stwierdził, że „na szczęście” nie jest ekspertem w tej dziedzinie i dlatego nie może odpowiadać na związane z nią pytania.

Pewne napięcie, które się pojawiło w związku z tym stwierdzeniem zostało rozładowane przez pierwszą osobę z publiczności, która dostała mikrofon. „Mam krytyczny stosunek do Google z wielu powodów, ale należy docenić, że pojawili się tutaj, że rozmawiają z nami. Facebook nie przyjął zaproszenia, oni chętnie jeżdzą na konferencje rządowe” powiedziała. Potwierdził to zresztą Max – Facebook odmawia udziału w konferencjach, na których on występuje.

Facebooka bronił … Bob mówiąc, że to jeszcze młoda firma, która się dopiero wszystkiego uczy.  Dodał, że Google pracuje nad stroną internetową mobilemonitor, która będzie informować ludzi o ryzyku związanym z używaniem telefonów komórkowych. Powinna być gotowa w ciągu 6-12 miesięcy.

Ostatnim punktem programu było wręczenie nagród Breaking Borders, którą wspólnie co dwa lata Global Voices i Google ludziom, którzy w sposób szczególny przyczynili się do obrony i promocji swobody słowa. I tu niespodziewany akcent węgierski bo jednym z dwóch organizacji, które ją dostało zostało átlátszó.hu (przejrzysty) węgierski  wersja WikiLeaks, niezależny ośrodek dziennikarstwa śledczego a także platforma to składania przez internet podań o udostępnienie informacji publicznej (o átlátszó.hu napiszę kiedyś osobno). Drugim laureatem była marokańska platforma mediów społeczniościowych Mamfakinch (Nie poddamy się), którą założono w 2011 roku.

GVS_laureaci

laureaci (w środku)

GVS_laureaci2

Tamás Bodoky i György Peng z átlátszó.hu i ich niemal niewidoczna nagroda – oto cena transparentności

wręczanie nagród, własne (lepsze) wideo átlátszó tu.

Na koniec ładna koszulka jednego z uczestników. Z tego plakatu robi się prawdziwy mem!

GVS_keep_calm

Wkrótce postaram się napisać również o drugim dniu.

PS Szczegółowa relacja z GV Summit po angielsku jest do poczytania tu.

GV2012