Orgia

Kiedy parę miesięcy temu burmistrz XII dzielnicy Zoltán Pokorni publicznie przyznał, że jego dziadek był strzałokrzyżowcem (nyilasem), który brał udział w masowych morderstwach to wyznanie odbiło się szerokim echem. Powiedział wtedy:

Nie chcę bronić dziadka ani szukać dla niego usprawiedliwienia.

W odniesieniu do historii Holocaustu na Węgrzech uważam, że niemiecka okupacja nie była tu usprawiedliwieniem, co najwyżej wymówką. Ofiary były Węgrami i zdecydowana większość morderców również była Węgrami. Trudność powoduje to, że traktujemy to jako problem żydowski […]. Jeśli tak myślimy to podtrzymujemy ten podział, którego dokonano w latach 20-tych, 30-tych, 40-tych. Przełammy to, w ofiarach zobaczmy braci, towarzyszy, współobywateli. I w mordercach nie dostrzegajmy tylko zabójców, ale zauważmy też jak z kogoś robi się morderca. Jestem tu by powiedzieć: jesteśmy razem w bólu, we współczuciu.

Nieprzypadkowo te słowa zrobiły wrażenie. Do takiego podejścia do tego, co robili tu strzałokrzyżowcy ani wśród nich samych ani wśród ich potomków nie jesteśmy przyzwyczajeni. Tu na ten temat panuje cisza, brak wyrazów skruchy czy też poczucia winy.

To stało się jednym z powodów, dla których Gábor Zoltán napisał Orgię. Ta powieść dokumentalna opisuje działalność organizacji nyilasów w XII dzielnicy Budapesztu – tej właśnie gdzie burmistrzem jest Pokorni – pod koniec 1944 i na samym początku 1945 roku. Tytułowa orgia to amok nienawiści i przemocy, także seksualnej.

W szeregu wywiadów autor tak opsiywał inspiracje do napisania powieści. „Wciąż mam to poczucie, że nic nie zostało zamknięte w 1945 roku, i że od jakiegoś czasu wracają z coraz większą mocą tendencje lat 20-tych, 30-tych, 40-tych.” „Trzeba powiedzieć, że terror strzałokrzyżowców czy też nawet Auschwitz nie spowodowały traumy u Węgrów.” Podkreśla, że nawet po upływie wielu lat nyilasowie nigdy nie wyrażli skruchy za swoje czyny.

Choć nie mówi tego wprost to czuje się, że Orgię napisał by wstrząsnąć społeczeństwem, szokiem obudzić zmusić je do spojrzenia w lustro. I chyba mu się to częściowo przynajmniej udało, o czym świadczy popularność książki.

W powieści strzałokrzyżowcy występują pod swoimi nazwiskami. Wspomniany jest tam też dziadek Pokorniego (na stronach 66, 101, 267, 272 i 277). To co robią i mówią oparte jest na dokumentach. Zoltán mówi, że wszystko pisał tak by mógł to potem bronić w sądzie choć do tej pory nikt go za książkę nie pozwał.

A opisuje rzeczy straszne. Nyilasowie w tym okresie, mimo że trwało oblężenie Budapesztu i odgłosy walk było nieustannie słychać, zajmowali się łapaniem Żydów i innych podejrzanych jednostek oraz rabunkiem, wszystko w patriotycznej otoczce.

Złapane osoby torturowano, istniała reguła dwudziestu minut, którym, co najmniej, miano poddać wszystkich, wliczając w to i dzieci. Tortury były wymyślne, szacunek wewnątrz grupy zdobywało się tworząc nowy sposób męczenia. Regułą były udręka z elementami seksualnymi, gwałty były normą. Celem było odebranie ofiarom godności, poniżenie ich w maksymalnym stopniu.

W torturach udział brali nie tylko mężczyźni ale i kobiety. A także były zakonnik, który w dalszym ciągu chodził we franciszkańskim habicie i wygłaszał płomienne, zagrzewające do walki kazania w kościele, perwersyjny ojciec András Kun.

Żydów zwykle na końcu mordowano. Prowadzono ich nad Dunaj i tam rozstrzeliwano, ciała wpadały do wody, bywało, że mordowano ich blisko miejsca ich uwięzienia i tortur. „Ciotka Erzsi czekała na nich z kolacją, tam ich zawieźliśmy”, tak brzmi typowy dowcip strzałokrzyżowców nawiązujący do mostu Elżbiety (Erzsébet – Erzsi), skąd zrzucano trupy. Autor zresztą włożył wiele wysiłku w jak najdokładniejsze odtworzenie języka nyilasów.

Pomnik Żydów rozstrzeliwanych na brzegu Dunaju przez strzałokrzyżowców

Nie-Żydom niekiedy składano propozycję nie do odrzucenia: mogą przyłączyć się do strzałokrzyżowców i „walczyć o Węgry” albo … Taki los przypadł głównemu bohaterowi książki, Rennerowi. Właściciel małej fabryki wyrobów metalowych ma żonę Żydówkę, kochankę Żydówkę i pomaga Żydom. Zostaje aresztowany, po strasznych torturach zgadza się przyłączyć się do swoich oprawców. To również prawdziwa historia choć zmyślone nazwisko: Zoltán ofiarom zapewnił w książce anonimowość a Rennera, mimo wszystko, za jedną z takich ofiar uznał.

Kim są strzałokrzyżowcy przedstawieni w książce? W większości to niższa klasa średnia, dla nich obecna sytuacja oznacza możliwość rewanżu za poniżenia wynikające z ich pozycji społecznej. Warto przytoczyć tu scenę uroczystego zebrania nyilasów kiedy zaproszona historyczka wygłasza wykład o następującej treści. Przywódca strzałokrzyżowców Ferenc Szálasi wypełnia przesłanie Györgya Dózsy, który w XVI wieku przewodził rewolcie chłopskiej skierowanej przeciwko magnaterii. Osiemnastowieczni Kurucowie walczyli przeciwko panom szkodzącym swojemu narodowi i barbarzyńskim wrogom. Franciszkanie zagrzewali lud do walki – inne zakony daleko były od prostych ludzi. Tak jest i dziś, to franciszkanie najgorliwiej przyjęli Szálasiego gdy ten ruszył na objazd kraju. Ukoronowaniem tego jest jego przyjaźń z ojcem Kunem.

W wywiadach Zoltán podkreśla, że uproszczeniem byłoby zrównywać nyilasów z plebsem. Mieli poparcie w różnych kręgach społecznych. W relatywnie wolnych wyborach w 1939 roku strzałokrzyżowcy zdobyli 15% głosów stając się największą partią opozycyjną. Szereg innych partii zresztą reprezentowało podobnie skrajnie prawicowe poglądy. To nie było ciało obce w społeczeństwie.

Mimo tego, że to książka ważna dla zrozumienia najnowszej historii Węgier, nie doczekała się tłumaczeń na obce języki. Wyjątkiem jest polski: jej fragment ukazał się w Zeszytach Literackich.

Jednym z tego powodów mogą być przerażająco szczegółowe opisy okrucieństwa nyilasów niebezpiecznie zbliżającej się do pornografii przemocy. Problemem może też być bezkrytyczne oparcie książki na dokumentach sądowych, których wiarygodność, jak to wyjaśniła mi zapytana o książkę znajoma historyczna zajmująca się tym okresem, zostawia często dużo do życzenia.

Warto wspomnieć o drugiej książce Zoltána, którą napisał on w zasadzie równolegle z Orgią, chodzi mi o jego Sąsiada (Szomszéd). Jest to w zasadzie duży esej, w którym, z niezwykłą erudycją, opisuje on część XII dzielnicy, w której dorastał a potem mieszkał a która też była terenem działalności grupy strzałokrzyżowców opisanej w Orgii. Autor przedstawia kolejne budynki, ich historię, ich twórców, ich mieszkańców. Opisuje przedstawicieli elit – pisarzy, polityków, architektów – wskazuje na powiązania między nimi. Wyszukuje wśród nich bogato reprezentowanych nyilasów i ich zwolenników (choć nie tylko – tu miał niektóre ze swoich domów dziecka ratujący Żydów Gábor Sztehlo). Przywodzi wydarzenia, w których brali udział. Łączy współczesność z okołowojenną przeszłością.

Odręcznie narysowany plan okolicy, o której mówi książka – to wszystkiego kilka ulic i miejsc

Ciekawostką jest, że pojawia się w niej wątek polski w postaci o. Maksymiliana Kolbego. Przeciwstawiona jest wspomnianemu byłem franciszkaninowi, Andrásowi Kunowi. Najwyraźniej autot nie jest świadom kontrowersji związanych z zarzutami antysemityzmu, które Kolbemu czyniono.

Obie książki konfrontują czytelnika z kwestią roli strzałokrzyżowców w historii Węgier. Zoltán argumentuje, że nie był to przypadkowy epizod, pokazuje ich zakorzenienie w społeczeństwie, wskazuje na poprzedników w postaci oddziałów siejących biały terror po krótkotrwałym okresie komunizmu na Węgrzech zaraz po pierwszej wojnie światowej, przypomina powierzchowne tylko rozliczenia, brak skruchy u zbrodniarzy i społeczną amnezję w odniesieniu do tych wydarzeń. To nie był margines, argumentuje. Wydźwięk jest pesymistyczny, autor cytuje Máraia, który w odniesieniu do tego okresu napisał „społeczeństwo pokazało swoją prawdziwą twarz”.

Paradokslanie, może te książki jednak, choćby w niewielkim stopniu, przyczynią się do tego, by Węgrzy zaczęli konfrontować ten fragment swojej historii.