Kincsem

Obejrzałem jakiś czas temu film o koniu. Nie przyrodniczy, rozrywkowo-patriotyczny. O koniu-bohaterze narodowym, który ma własny pomnik, naturalnej wielkości, z brązu. Koń nazywał się Kincsem (Mój Skarb).

Pomnik przy wejściu na teren wyścigów w Budapeszcie

Żył, a raczej żyła bo mowa jest o klaczy, w latach 1874-1887 i wygrała wszystkie 54 wyścigi w kilku krajach, w których wzięła udział. Nazywano ją Hungarian Wonder lub też Hungarian Miracle, na Węgrzech natomiast po prostu Cudowna klacz (Csodakanca).

I ten to koń został właśnie bohaterem najnowszego filmu Gábora Herendiego. Ten reżyser znany jest tutaj z kasowych filmów jak Valami Amerika czy też Magyar vándor (było o tym tu). Tym razem, korzystając z największego w historii węgierskiego budżetu (3 miliardy forintów) dopisał kolejną pozycję do listy swoich sukcesów: w pierwszy weekend Kincsem obejrzało 72 089 widzów, przez co film zajął piąte miejsce wśród filmów z najlepszym otwarciem w ciągu ostatnich 25 lat.

SPOILER – TREŚĆ FILMU

Akcja filmu zaczyna się od represji po powstaniu 1848 roku. Do domu uczestnika powstania, szlachcica Blaskovicha, przybywa oddział pod dowódctwem jego sąsiada, Otto von Oettingena, obecnie służącemu cesarzowi austriackiemu. Przy próbie aresztowania zabija on Blaskovicha na oczach jego syna Ernő. Na mocy edyktu cesarskiego przejmuje też majątek Blaskovichów, Ernő z opiekunem musi się wynosić do nędznej resztówki.

Jakiś czas później, już jako młody dorosły człowiek, Ernő kupuje klacz Kincsem, którą zaczyna wygrywać wyścigi. Końskie zawody szybko nabierają większego niż tylko sportowego znaczenia i Kincsem staje się symbolem aspiracji węgierskich. Cesarz nakazuje Otto von Oettingenowi by ten wystawił własnego konia, który zwyciężając nad Kincsem stłumi potencjalną rewoltę. W międzyczasie Ernő, z wzajemnością, zakochuje się w córce von Oettingena, i poprzez wygrane wyścigi zdobywa wielki majątek. Udaje mu się odkupić pałac, który kiedy zabrano jego rodzinie. Pokonany na wszystkich polach von Oettingen popełnia samobójstwo a na Ernő i Klarę, mimo utraty podpalonego pałacu, czeka szczęśliwe życie.

Niestety, poza komercyjnym rekordem filmu wielu innych powodów do zachwytu on nie daje. Zacznijmy może od pozytywów. Aktorzy grający dwoje głównych bohaterów, Ervin Nagy (w filmie Ernő Blaskovich) oraz Andrea Petrik (Klara von Oettingen) tworzą jeśli nawet nieco przesadne to jednak pełnokrwiste postacie, które chce się oglądać. Motywy steampunkowskie, które wokół nich obudowano (zwróćcie uwagę na przykład na ich ubiory na plakacie) efekt ten zwiększają.

I to tak tyle. Sama historia, poza nazwiskiem Blaskovicha jako właściciela Kincsem oraz samego konia, nie ma nic wspólnego z faktami. Robienie bohatera narodowego z arystokraty zajmującego się wyścigami konnymi a samym zawodom nadawanie charakteru substytutu walki narodowej żenuje raczej niż wciąga. Przewidywalne love story z happy endem nuży. Wielkobudżetowe sceny jak choćby pożar pałacu, czy też emocje wyścigowe wywołują najwyżej zdawkowe wyrazy uznania za technikę wykonania.

Nie jest łatwo zrobić film o koniu. Nawet tak sławnym. Nawet jak się ma taki budżet.