z dziejów nieprzyjaźni polsko-węgierskiej

Sporo piszę na blogu o przyjaźni polsko-węgierskiej ale były w historii stosunków między dwoma narodami były rzecz jasna też mniej miłe okresy. Jednym z nich są lata osiemdziesiąte gdy oficjalna propagada na Węgrzech kreowała obraz Polaków jako leniwych nierobów oddających się strajkom z powodu niechęci do pracy. Propagandzie tej często wierzono i Polacy na Węgrzech niejednokrotnie stykali się z wrogością.

Natknąłem się właśnie w Głosie Polonii z czerwca 2009 (strony 6-8,) na przygotowywany do druku fragment książki Attili Szalai powstałej na podstawie jego zapisków z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy żył w Polsce choć okresowo także na Węgrzech (kolejny fragment w następnym numerze pisma na stronach 7-9). Fascynujący materiał. Poniżej zamieszczam fragment. Na książkę już bardzo czekam.

Dodam jeszcze tylko, że z też z Głosu Polonii dowiedziałem się o książce Węgierski łącznik (Fronda 2008) zawierającej relacje pięciu Węgrów (István Kovács, Imre Molnár, Ákos Engelmayer, Csaba György Kiss i Atilla Szalai), którzy w latach osiemdziesiątych podtrzymywali kontakty między polskimi i węgierskimi środowiskami opozycyjnymi. Rzecz wygląda na wartą kupienia.

26 września 1983 r.

(…)
Wracamy z kina z moim bratem i jego żoną. Wzdłuż chodników wąskiej ulicy Nagysándor sznurem stoją parkujące samochody. Muszę ostrożnie i wolno jechać by nie potrącić bocznych lusterek aut. Jadę może trzydzieści na godzinę. Za piętnaście dziesiąta.
Babie lato, powietrze jeszcze ciepłe, okno otwarte, łokieć na zewnątrz.

Ze strony piwiarni Csarnok paru młodych wyrostków – częściowo chodnikiem, częściowo jezdnią – sunie w naszą stronę. W
ostatniej chwili demonstracyjnie odskakują od zbliżającej się maski samochodu. Wącham jakąś prowokację. I nie mylę się. Gdy
powoli przejeżdżam obok nich, jeden z towarzystwa, noszący czarną skórzaną kurtkę, głośno pociąga nosem, chrząka. Analizując
kierunek lotu gęstej plwociny wnioskuję, że „materiał” wylądował na dachu mojego wozu. I przez otwarte okno słyszę: „Znów jakaś pierdolona polska świnia. Patrz tylko, kurwa ich mać, przyjeżdżają tu na żarcie, zamiast wziąć się do roboty!” I zaraz potem parę podobnych uwag od jego kumpli.

Krew mnie zalewa. Kopa w hamulec, wrzucam wsteczny, wajcha na luz, hamulec ręczny, na ich wysokości wyskakuję z samochodu i wrzeszczę:

– Co takiego Polacy wam zrobili, chłopcy?!

Zdziwione mordy, przecież rejestracja polska, a tu facet drze się na nich czystą węgierszczyzną. Ale pierwsze wrażenie szybko znika, domorośli zadymiarze przybierają luźne pozycje ciała, zaczynają mnie otaczać. Oczy mają jak hieny na widok kulejącej zdobyczy.
Dopiero teraz trzeźwieję, oceniam: tych jest ośmiu, a my z bratem tylko we dwójkę. Marta się nie liczy. Co prawda Csaba jest karateką z czarnym pasem, ale sportowcom prywatnie nie wolno używać chwytów walk wschodnich, bo za to grozi im natychmiastowe wywalenie z klubu. W międzyczasie brat też wysiadł, staje obok mnie, próbuje wyciszyć sytuację, a szczególnie mnie.

Na młodych wilków nie działają jednak żadne argumenty. Dalej wyzywają Polaków od różnych chujów, a ten od splunięcia –
silnie zbudowane chłopisko – już zdejmuje swoją kurtkę. Zabawa w każdej chwili może się zacząć. Csaba szepcze szybko pod wąsem: „Słuchaj, idioto, dam temu ważniakowi w mordę, a ty wskakuj do wozu i gaz do dechy. Spieprzamy, okej?”

Kupuję pomysł, robię krok do tyłu, ważniak fiksuje mnie wzrokiem, w dodatku Csaba jest niższy, a więc nie zwraca na niego szczególnej uwagi. Błąd. Nawet nie widać, co się stało – ruch ręką, kopniak nogą, ważniak ze złamanym nosem pada na chodnik. Csaba na wszelki wypadek załatwia jeszcze następnego i już jesteśmy w samochodzie. Sześć tysięcy obrotów starej ruskiej Łady, zwalniam sprzęgło i na dymiących oponach bierzemy zakręt w prawo na ulicę Rosenberga. Choć byliśmy prawie przed bramą domu – dla zmylenia chuliganów, gdyby nabrali ochoty nas szukać – postanawiam pojeździć trochę po mieście.

Szwagierka marudzi, że po cholerę wyskoczyłem. Jeśli chcę bronić honoru Polski, to mam to robić sam, ona nie potrzebuje kłopotów, itp. Csaba uspakaja: masz rację, bracie, ale sam widzisz, słyszysz, co tu się dzieje, kraj jest pełen antypolskiej propagandy. Wiesz, metoda Goebbelsa: kłamstwo dostatecznie często powtarzane w oczach ludzi staje się prawdą. Sam niczego nie zmienisz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s