wyspa Lupa

Kolejne magiczne miejsce położona tuż pod Budapesztem odkryliśmy w poprzedni weekend. Wyspa Lupa, o której mowa, leży tuż za mostem Megyeri blisko brzegu budańskiego. Jest malutka, długości ma coś z 700 metrów.

Pojechaliśmy tam rowerami ze znajomymi. Trasę wybraliśmy tak, by przejechać się świeżo wyremontowanym północnym mostem kolejowym (északi vasúti összekötő híd). Jego północna strona zostawiona jest dla rowerzystów i jechało się nam tamtędy świetnie.

Na samą wyspę dostać się można wyłącznie maleńkim promem – tak małym, że zmieściło się na nim tylko sześć naszych rowerów i my. Prom pływa co godzinę ruszając z brzegu dziesięć minut po każdej godzinie i o pełnej godzinie z wyspy. Jeśli natomiast zbierze się większa grupa, taka jak nasza, to promowy bez problemu wykręci dodatkowy kurs. Oczekiwanie nie jest przy tym straszne, bo na brzegu można miło spędzić czas w barze na przystani oglądając sobie dość ładny tutaj Dunaj.

Wyspa jest podłużna, wzdłuż jej dłuższej osi przebiega malownicza aleja platanowa. Wygląda dość niesamowicie zważywszy na to, że drzewa stoją przy wąskim chodniku a nie, jak to zwykle bywa, drogi czy ulicy.

Ta aleja nie jest przypadkowa. Zanim ktokolwiek się tam osiedlił wyspę w 1932 roku podzielono na działki tak, by z każdej było dostęp zarówno do wody jak i do głównej alejki oraz zbudowano infrastrukturę. Były tam gospoda, sklep, korty tenisowe, hangar na łódki i wieża wodna.

Do wojny na wyspie kwitło życie towarzyskie. Funkcjonowała wspólnota mieszkańców, działająca zresztą do dziś. Jej prezydent, właściciel drukarni Révai, wydrukował sobie francuskie wizytówki jako „prezydent wyspy Lupa”, co powodowało, że za granicą oddawano mu niejednokrotnie szacunek należący głowie obcego państwa.

W odróżnieniu do komunistycznego osiedla w Horány, o którym pisałem kiedyś, charakter wyspy Lupo był zdecydowanie mieszczański. Działki kupili sobie tutaj przedstawiciele wolnych zawodów, przedsiębiorcy, artyści. Wakację spędzał tu między innymi młody George Soros.

Tragedią dla wyspy była zima 1945 roku kiedy z powodu spiętrzenia lodu na wysadzonych przez Niemców mostach na Dunaju woda podniosła się do niespotykanego poziomu niszcząc umocnione poprzednio brzegi oraz domy.

Same powodzie są tutaj dość regularne. Na drzewach i krzakach widać zawsze szarawe ślady po tym, dokąd tym razem doszła woda.

Domy dlatego buduje się tu na palach, zwykle nie też nie używa się w nich parteru. Nieodłącznym ich elementem jest miejsce do przechowywania kenu. Wyspa jest mała i oferuje niewiele możliwości ruchu stąd pewnie wszystkim chce się pływać na łódce.

Widać, że stan świetności wyspa ma za sobą, choć może też i przed sobą. Zamiast kortów tenisowych znaleźliśmy nieco melancholijny plac zabaw.

Wieża wodna, choć działa, opatrzona jest tabliczką „uwaga, spadające odłamki”.

Sklep połączony z bufetem (pyszna zupa fasolowa!) dzięki niezmienonemu dizajnowi a lat siedemdziesiątych powoli zaczyna być cool. Pracujący tam pan stara się ustawiać towar zgodnie z napisami na półkach i takie na przykład batoniki faktycznie można znaleźć pod tabliczką „słodycze”.

bufet

W sumie świetna wycieczka, idealna na pogodny, jesienny dzień. Wszystkim polecam!