Kalwaria dońska

Właśnie przeczytałem sobie artykuł Pétera Szabó w popularnym historycznym Rubicon pod tym właśnie tytułem – Kalwaria dońska: Wymarsz i zagłada drugiej armii węgierskiej (A doni kálvária: A 2. magyar hadserég felvonulása és pusztulása). Chodzi o tragiczny epizod z czasów drugiej wojny światowej, kiedy dwustutysięczna druga armia węgierska wspomagając Niemców w czasie bitwy nad Donem w styczniu 1943 roku uległa zniszczeniu tracąc przy tym ponad 125 tysięcy żołnierzy (zabici, ranni, zaginieni, jeńcy wojenni). Trzy rzeczy mnie zaintrygowały mnie w tym tekście.

Pierwsza to sam tytuł. Kalwaria to, jak wiemy, miejscu gdzie bezbronnego Jezusa zaciągnęli żołnierze rzymscy by go tam ukrzyżować. Przypominam, żeby uświadomić sobie jakiej potrzeba ekwilibrystyki myślowej, żeby dwustutysięczną armię biorącą udział w najeździe na inny kraj porównać do ofiary Jezusa. I nikt się takim sformułowaniom tu nie dziwi. O ileż łatwiej nazwawszy tę bitwę kalwarią skupiać się na cierpieniach żołnierzy zamiast zastanowić się, kto ponosi odpowiedzialność za to, co się stało a także jaka polityka do tego doprowadziła. W tym kontekście nieźle wypada okładka Rubiconu: tytułowy kalwaryjski artykuł zilustrowany jest marsowo wyglądającym żołnierzem z bagnetem na sztorc.

Swoją drogą to podejście do tego tematu już mnie kiedyś zainteresowało w kontekście wyrażenia katastrofa dońska.

Druga rzecz to rola mniejszości narodowych w armii. Nie uświadamiałem sobie dotąd, że w oddziałach bojowych walczyli w zasadzie tylko Węgrzy, żołnierze innych narodowości natomiast przydzielani byli do oddziałów pomocniczych. Taki interesujący aspekt funkcjowania państwa wieloetnicznego o charakterze narodowym.

W końcu nie mogę się powstrzymać, żeby nie przytoczyć fragmentu cytowanego w artykule przemówienia premiera Miklósa Kállaya żegnającego ruszających na front żołnierzy.

Zawsze pamiętajcie, że jesteście Węgrami, a bycie Węgrem oznacza wiele cierpienia, oznacza ciężkie życie w tej części świata, ale nigdy nie oznacza oportunizmu, uniżenia, zwątpienia, bycie Węgrem to znaczy być dumnym – ale nigdy pysznym (…)

Mindig gondoljátok arra, hogy magyarok vagytok, magyarnak lenni pedig jelent sok szenvedést, jelent nehéz életet a világnak ezen a helyén, de sohasem jelenthet meglkudást, meghunyáskodást, csüggedést, magyarnak lenni annyi, mint büszkének lenni – gőgösnek sohasem (…)

Nie bardzo pamiętam, żebym kiedyś już słyszał taką melancholijną wykładnię losu węgierskiego, a już zwłaszcza z ust premiera zagrzewającego do walki żołnierzy ruszających na front.

***

Lżejszy temat: polecam wpis z blogu Külképviselet z zabawną (dla Węgrów) nazwą sklepu w Warszawie. Jak wszyscy ludzie na świecie, Węgrzy też się śmieją z rzeczy, które w węgierskim znaczą coś zdecydowanie innego niż w orginale. Pisałem już kiedyś o tym, co mnie tu niekiedy rozbawia.