sukces rowerowy w pracy

Udało się – mamy nowe pomieszczenie do trzymania rowerów w pracy. Poszło tak gładko, że aż się dziwię.

Jakiś czas temu koleżanka, która wie, że lubię jeździć na rowerze zagadnęła czy nie warto byłoby coś zrobić z naszym pomieszczeniem na rowery. Mieści się tam coś z dziesięć rowerów i jest zawsze pełne. Ona zostawia swój na ulicy przykuwając go do znaku drogowego. 

Jak kiedyś już posłałem e-mail do wszystkich pracowników z pytaniem, kto jeździ na rowerze do pracy – albo też kto jeździłby, gdyby było go gdzie zaparkować. Odpowiedziało pozytywnie dwadzieścia sześć osób, czyli nieźle. Napisałem stosownego mejla do naszego office managera, która jakiś czas potem odpowiedział, że możemy dostać pomieszczenie w piwnicy. Parę dni temu pomieszczenie, mieszczące swobodnie piętnaście rowerów, zostało oddane do użytku. W sumie jakby wszyscy, którzy zadeklarowali się jako rowerzyści przyjechali na rowerach do pracy to i tak byłoby miejsce dla każdego.

Dopiero co byłem w Warszawie, gdzie rowerzyści mają dużo trudniejsze życie jak niż my tu w Budapeszcie. Ścieżek rowerowych w śródmieściu w zasadzie nie ma, nawet Krakowskie odnawiane jest tak, że nie będzie tam ścieżki a przecież miejsce na nią byłoby, kierowcy zaś nieprównywalnie bardziej żarliwie nie lubią rowerzystów niż u nas. Skąd ta różnica? Widzę wpływ naszej masy krytycznej. Osiemdziesięciotysięczna fiesta przekłada się najwyraźniej na większą życzliwość do rowerzystów. Do tego stopnia nawet, że moja siódma dzielnica niedawno zadeklarowała ustawienie stojaków na rowery w 54 miejscach, po czym na nastąpić systemu wypożyczalni publicznych rowerów. Nie mogę się doczekać.