trzeci maja – niezłe obchody

Dawno już się tak nie bawiłem na obchodach święta trzeciego maja. Z powodu długiego weekendu miały miejsce w poniedziałek piątego maja ale nie szkodzi. W ich ramach odbył się koncert w najładniejszej chyba na Węgrzech sali koncertowej w Pałacu Sztuki. Dla porządku odnotowuję, że w programie był Wojciech Kilar: Mazurek z filmu Zemsta, koncert fortepianowy, suita z filmu Pan Tadeusz oraz poemat symfoniczny Krzesany. Grała orkiestra Filharmonii Pomorskiej z Bydgoszczy, dyrygował Mirosław Jacek Błaszczyk a na fortepianie grał Paweł Kowalski.

Przed koncertem mieliśmy przemówienie pani ambasador Joanny Stępińskiej. Mówiła po polsku, węgiersku i angielsku płynnie je przeplatając. Okazało się, że wypracowała ciekawą metodę wygłaszania wielojęzycznych mów: każda seria fragmentów po polsku-węgiersku-angielsku miała ten sam temat ale w zasadzie to, co mówiła w każdym z tych języków nie powtarzało się tak, że nawet rozumiejąc je wszystkie  człowiek nie miał zwykłego w przypadku tłumaczeń konsekutywnych poczucia nudy – na ile oczywiście nie był znudzony samym przemówieniem.

Sam koncert udał się znakomicie i to mimo nieco nietypowego układu programu: w obu częściach po bardziej szlagierowatej muzyce filmowej następowała dużo trudniejsza muzyka poważna. Muszę powiedzieć, że kiedy po kończącym muzykę z Pana Tadeusza bardzo wpadającym w ucho polonezie odezwały się pierwsze dysonansowe dzwięki Krzesanego zadrżałem: jak przyjmie to publiczność? Okazało się, że świetnie – i to mimo tego, że wśród obecnych było sporo attache wojskowych (w windzie jechałem potem z serbskim oficerem, spore przeżycie:), których zwykle nie kojarzę z melomanią. Brawa nie miały końca, część obecnych wstała a orkiestra została zmuszona do bisu. Dużo w tym zasługi zachowania dyrygenta, którego zachowanie łączące gwiazdorstwo z wielkim osobistym urokiem poniekąd prowokowało entuzjazm publiczności. Bez wątpienia spodobał się też sam utwór, który, jak się okazało na końcu, można też traktować jako żart ze zgrzytliwych harmonii muzyki góralskiej. Szkoda tylko, że dużo chłodniej przyjęto wykonany wcześniej z dużym oddaniem koncert fortepianowy, czułem w tym niesprawiedliwość. 

Najbardziej w całym jednak wydarzeniu ucieszyło mnie, że tak można obchodzić święto narodowe. Nie akademią, zmianą warty, paradą, koncertem pieśni patriotycznej czy zespołami ludowymi, ale muzyką i to muzyką współczesną, choć przy tym bardzo polską. Że pani ambasador znakomicie mówi po węgiersku – i po angielsku. Że polskość może byś fajna i bez gęby. Organizatorom gratuluję i dziękuję.