hipermarket sztuki

"Największa w Europie Wschodniej przestrzeń wystawiennicza dla sztuki współczesnej" – tak reklamuje się nowootwarty Vam Design Center przy ulicy Király 26. Mój kolega nazwał to miejsce hipermarketem sztuki, i coś w tym określeniu jest.

Centrum mieści się w starej, typowej kamienicy z zewnętrznym korytarzem od strony podwórka. Przebudowano ją otwierając przestrzeń między byłymi mieszkaniami, pogłębiając podwórko i pokrywając nowoutworzone pomieszczenie szkłem oraz zamykając podwórko dachem. Całość zrobiona z rozmachem. Ściany pozbawione tynku prezentują surowość kamienia i cegły. Tu i ówdzie pojawia się nierdzewna stal.

Prostotę wnętrz łamią jednak tu i ówdzie nie wiadomo skąd biorące się elementy. Balustrady na klatce schodowej to ani stara kamienica, ani pałac, ani nowoczesność tylko coś przywodzące na myśl otwarty pięć lat temu hotel na prowincji. Podobnie barierki korytarzy zewnętrznych swoją ornamentyką kojarzą się raczej z teatrem czy może kościołem z lat osiemdziesiątych. Troszkę to dla mnie niezrozumiałe.

W tych przestrzeniach, na czterech kondygnacjach, sztuka współczesna. Głównie obrazy oraz rysunki choć jest też parę rzeźb oraz obiektów użytkowych. Rozmiary na ogół pokaźne.

Zdecydowana większość dla mnie po prostu nudna. Patrząc na nie ma się wrażenie wtórności. Już to gdzieś widziałem, wciąż chodzi mi po głowie. Nic co by zainteresowało, zaskoczyło, dało do myślenia czy po prostu urzekło.

Jedynym wyjątkiem jest może Géza Szöllősi ze swoimi nieco makabrycznymi rzeźbami (?) ze świńskiej skóry. Jego estetykę poznałem już w filmie Taxidermia, w którego stworzeniu brał udział. Przykłady wystawianych prac tu, tu i tu.

Vam Design Center to przedsięwzięcie komercyjne (stąd ten hipermarket). Ma się utrzymywać ze sprzedaży sztuki oraz wynajmowania pomieszczeń na imprezy. Wpisuje się w szereg podobnych zamierzeń jak MEO (już upadło, o ile dobrze wiem) czy Kogárt a także ostatnio robionych z rozmachem wielkich wystaw w Muzeum Narodowym. Nie posuwają one specjalnie sztuki do przodu ale pobudzają, być może, popyt na współczesną sztukę wśród naszej klasy średniej. Dlatego też mimo wszystko życzę Vam Design Center powodzenia.

walka o drzewa na ulicy Nagymező: zwycięstwo?

Już od dłuższego czasu trwa impas w sprawie budowy podziemnego garażu pod ulicą Nagymező. Samorząd wydał zezwolenie na budowę zaskakując wszystkich potencjalnie zainteresowanych, protesty, w którym miałem bardzo skromny udział, powstrzymały rozpoczęte prace. Ulica została rozgrzebana i zamknięta dla ruchu a samorząd tylko przykrył rozryte chodniki prowizorycznym pokryciem z desek.

Z bliżająca się zima oznacza zagrożenie zamarznięcia dla odkrytych w zasadzie korzeni a sypanie solą śliskich chodników z desek oznacza potencjalnie katastrofalne skutki dla drzew.

W tej sytuacji w sobotę znów miała miejsce demonstracja z żądaniem uregulowania sytuacji. Wzięliśmy całą rodziną udział, oto krótka relacja.

Zebrało się nas niecałe sto osób. Poza organizatorami, uczestnikami oraz dziennikarzami pojawiła się też – nowość – grupa klaunów-aktywistów, która przeprowadziła happening podczas demonstracji.

Liczba uczestników nie była jednak najważniejsza. Ważne było, żeby demonstrację zauważyły media, które się licznie pojawiły. Było sporo kamer, fotoreporterów, wywiadów.

Wśród plakatów najbardziej podabał mi się ten z napisem „Niech żyją drzewa z ulicy Nagymező!”

nagymezo_plakaty

Jako jedną z pierwszych rzeczy dowiedzieliśmy się, że dzień przed demonstracją samorząd przysłał organizatorom list informującym, że w poniedziałek na ulicy powinny zacząć się prace prowadzące do przywrócenia stanu chodników sprzed ich rozkopania. Jeśli tak będzie to faktycznie można mówić o pewnym zwycięstwie, stąd też tytuł tego postu, ale póki co pewności jednak jeszcze nie ma. Zobaczymy. Ważne jest też co z ulicą będzie dalej. Czy przeważy koncepcja budowy garażu podziemnego, czy pomysł stworzenie deptaka czy też pojawią się jeszcze inne propozycje.

Swoją drogą to już trzeci konflikt między samorządem a organizacjami społecznymi w szóstej dzielnicy w ostatnim okresie. Miejsce miała batalia o podziemny garaż na placu Jókai (garażu nie będzie, zostają drzewa i plac zabaw), trwa walka o ulicę Nagymező, porzucono plany przebudowy placu Hunyadi, która doprowadziłaby do zamknięcia ulicznego rynku i zmiany profilu hali targowej na coś w rodzaju centrum handlowego: butiki zamiast straganów.

Póki nie ma jednak jeszcze pełnej jasności można sobie poużywać na burmistrzu szóstej dzielnicy, który, a jakże, pojawił się na demonstracji:

W pewnym momencie okazało się, że ma ze sobą piłę, co ukazało jego prawdziwe intencje.

nagymezo_burmistrz_2

„Burmistrz” wdał się w dyskusję z jednym z organizatorów demonstracj, Tiborem Váradim.

nagymezo_dialog_z_burmistrzem_1

„Burmistrz” był tak głupi jak i oficjalnie prezentowane argumenty w obronie koncepcji garażu podziemnego. Pomyślałem sobie, że jeśliby nawet samorząd po prostu z przekonaniem, że to dobre dla dzielnicy forsował tę koncepcję (w co zupełnie nie wierzę) to i tak mamy tu zderzenie dwóch podejść co do tego, jakie powinno być miasto. W myśl jednego liczą się fizyczna infrastruktura, firmy, sklepy, itp., podczas gdy drugie podkreśla trudniejsze do finansowej oceny takie elementy miasta jak drzewa, rynek jako instytucja społeczna czy plac jako miejsce dla spotkań.

nagymezo_drzewa_2

Drzewa na ulicy Nagymező. To o nie nam chodzi.

jaki prosiak?

Problem cygański na Węgrzech to coś bez odpowiednika w Polsce. Cyganów jest tutaj dużo więcej, mówi o nawet ponad połowie miliona w dziesięciomilionowym kraju. Pod wieloma względami nie są zintegrowani z większością społeczeństwa. Różnią się wielkością – i zwartością – rodzin, dużo większym poziomem bezrobocia, niższym wykształceniem czy też słabszymi wskaźnikami stanu zdrowia. Ogół Węgrów ich nie lubi. Bardzo nie lubi, wręcz nienawidzi. W niezwykle politycznie podzielonym obecnie społeczeństwie węgierskim stosunek do Cyganów jest identyczny zarówno wśród wyborców partii socjalistycznej jak i zwolenników Fideszu. Cyganie to przestępcy, żyją z zasiłków bo pracować im się nie chce, ich dzieci obniżają poziom w szkołach, jako sąsiedzi są nie do wytrzymania. Brak im kultury. Poglądami antycygańskimi można bezpiecznie brylować w towarzystwie, nie ma co się spodziewać, że ktoś się obruszy.

To takie małe tło do postu Árpáda W. Tóty na temat przestępczości cygańskiej z 25 października, który mnie ostatnio zaintrygował. Tóta swój blog pisze na stronie indexu. Jest popularny, każdy post ma po kilkaset komentarzy. Ten post jednak komentarzy miał wyjątkowo dużo, dotąd 1290. To tak trochę, zważywszy na wielkość kraju, jakby pod jakimś postem, dajmy na to w salonie24 bo tam namiętnie wszystko komentują, wpisało się 5000 ludzi. Widać, że Tóta dotknął gdzie boli.

Jakąś setkę czy dwie komentarzy przeczytałem. Czytelnicy rzecz jasna znaleźli i wypunktowali wszystkie słabe punkty pisanego dość szybko, co widać, tekstu. Pojawiły się wpisy antycygańskie a także, czemu nie, antysemickie. Komentarzy nie dam radę przetłumaczyć ze względu na ich ilość, ale sam post Tóty przełożyłem. Oto on:

Jaki prosiak?

Daremnie problem zatruwa milionom życie codzienne, daremnie wszyscy o nim wiedzą, węgierska polityka i główne media i tak milczą na jego temat. Jak gdyby go nie było. Jakby statystyki nie ukazywały jasno sytuacji.

Nie ma co zaprzeczać: narodowość złodzieja drewna z Fony czy też uczestników linczu z Olaszliszka jest oczywista nawet gdy wiadomości skromnie ją przemilczą, przynajmniej dopóki OCÖ [krajowa reprezentacja mniejszościowego samorządu cygańskiego] nie podniesie lamentu. Wśród niektórych rodzajów przestępstw Cyganie są nadreprezentowani. Złodzieje i rabusie z wiosek w Borsód, włamywacze z Ferencváros, zbieracze złomu metali kolorowych zazwyczaj spośród nich właśnie się rekrutują. Wszyscy o tym wiedzą ale mówić o tym nie wypada.

Istnieje tylko jedne silniejsze tabu: przestępczość białych.

Gdy złodziej drewna zaatakuje siekierą gajowego podejrzewamy, że był Cyganem. Niektórzy go bronią, inni nienawidzą, ale nikt nie neguje faktów. Gdy jednak horda demonstrantów uzbrojona w koktajle Mołotowa zaatakuje policjanta to już nikt nie powie, że bez wyjątku byli to nie-Cyganie.

W folkorze zbieracz złomu metali kolorowych to Cygan, dlatego też spokojnie możemy śmiać się z niego wraz z Fábrym i Sasjózsi [humoryści węgierscy]. Natomiat przestępca handlujący skradzionym złomem i oszukujący przy tym państwo na VAT jest już naturalnie biały. Co więcej, może być nawet ministrem. Jak to jest, że tego jakoś nikt nie zauważa?

W kradzieży kabli Cyganie bezsprzecznie przewodzą. Natomiast w przestępstwach, w których pojawiają się fundacje, finansowanie partii politycznych, autostrady ich udział jest znikomy. A podczas gdy Cygan zaprzecza: jaki prosiak? jaki prosiak? biały spokojnie wkracza do parlamentu i by rechocząc pozbawić zębów ustawę, na podstawie której możnaby pociągnąć go do odpowiedzialności gdyby ewentualnie pozbawiono go przedtem immunitetu.

White power

Zarówno mniej jak i bardziej brutalne systemy terroru politycznego na Węgrzech były utrzymywane przez nie-Cyganów. Być może Cyganie osiągają niezłe wyniki w przestępstwach ulicznych, ale te naprawdę lukratywne, łączące się z milionowymi zyskami przestępstwa są już domeną białych. Biali dokonali najcięższych zbrodni w 1956 roku: strzelania w tłum, linczów, zbrojenia dzieci-żołnierzy. Odpowiedzialnych za to ostatnie ściga się w Afryce jak zbrodniarzy, u nas stawia im się pomniki.

Na pierwszy rzut oka statystyki więzienne dowodzą, że wśród Cyganów jest więcej przestępców. Gdy przyjrzeć się jednak im z bliska ukazuje się przerażająca prawda: biali przestępcy są w zmowie z inną niebezpieczną niecygańską grupą – adwokatami. Ci swymi niewiarygodnie bezczelnymi kłamstwami umożliwiają białym przestępcom, by ich ciężkie, udowodnione przestępstwa uchodziły im na sucho. Za dziesięć tysięcy forintów złodziej sklepowy może trafić do więzienia, powyżej stu milionów już się to raczej nie zdarza.

Uliczne gonitwy urządzane po węgierskich meczach piłki nożnej nie są sportem uprawianym przez Cyganów. Gdy czytam, że na pomoc poszkodowanemu pospieszyli liczni krewni, którzy potem koktajlami Mołotowa, itd. to już wiem z góry, że ci Cyganie. Gdy natomiast grupa kibiców zdemolowała stację metra, potem Mołotow, mogę być pewny, że byli to młodzieńcy o czystym spojrzeniu Węgrzy z krwi i kości. Ich liczni krewni nawet nie wiedzą, gdzie ci są. Adwokata natomiast dostaną. Ot, inne podejście.

Przestępczość białych istnieje w tej samej mierze co przestępczość cygańska. Kwestia białych nie jest natomiast do rozwiązania z dnia na dzień. Szkodliwe, kulturowo specyficzne cechy Węgrów można ograniczyć tylko konsekwentnymi, surowymi karami unikającąmi przy tym odpowiedzialności zbiorowej, przy czym mowa jest o wymarciu i zmianie całych pokoleń, i perspektywie wielu dekad. Ale do tego najpierw musimy zrozumieć białą przestępczość, a przede wszystkim uznać jej istnienie.

zajazd „Magyar”

Dawno temu gdy mieszkałem w Warszawie kuzynka zabrała mnie na "naleśniki z czekoladą" (teraz już wiem, że to naleśniki Gundla), który to smakołyk dawano w restauracji Crystal Budapeszt. Wtedy była to bodaj jedyna restauracja węgierska w Polsce.

Przypomniałem sobie tę historię kiedy jadąc z Chłopakiem w lecie do Kazimierza zatrzymaliśmy się przy zajeździe Magyar zaintrygowani jego nazwą. Leży on na trasie Rzeszów – Barwinek w miejscowości Wyżne. Parę dni temu wpadł mi w ręce prospekt zajazdu, który wówczas tam sobie wziąłem i pomyślałem, że warto może to miejsce tu odnotować.

Na stronie internetowej zajazdu miła historia powstania miejsca:

Gdyby ktoś powiedział, że po przekroczeniu pięćdziesiątki podejmiemy ryzyko zaczynania od nowa nie uwierzylibyśmy. A jednak sprzedaliśmy dom w Rzeszowie, wzięliśmy kredyt i postanowiliśmy zbudować Zajazd Magyar z węgierskim jadłem.

Zajazd (…) jest spełnieniem marzeń głowy naszej rodziny – Bolesława Drozda. (…)

"Marzyłem o prowadzeniu profesjonalnej smacznej gastronomii z daniami przygotowanymi z pietyzmem, estetycznie i kolorowo podanymi tak, aby na talerzu znalazła się i smakowała poezja i elegancja."

Samo miejsce jednak nas rozczarowało. Węgierskość na poziomie zewnętrznym ogranicza się do paru stereotypowych elementów. Niezupełnie przypomina nawet te bardziej tradycyjnie urządzone restauracje węgierskie. Dania w jadłospisie oraz zdjęcia na stronie internetowej nieekscytujące. Jedzenie też trafiło się nam nienajlepsze. Zamówiliśmy naszego ulubionego suma a dostaliśmy suma nilowego, który, w przeciwieństwie do węgierskiego suma rzecznego, strasznie zajeżdzał błotem i nie był dobry.

Choć może po prostu nie bardzo lubię takich stereotypowych miejsc, a już szczególnie poza Węgrami.

którędy chadza umysł węgierski

W lecie, o ile pamiętam, otworzono stację kolejową koło pierwszego, bliższego miasta, terminalu lotniska Ferihegy. Sprawa dość oczywista bo tory przebiegają koło terminalu. Wszystko, co było potrzebne to właśnie przystanek. Ucieszyłem się, bo często latam a dotychczasowe możliwości dojazdu do miasta były raczej ograniczone: drogie taksówki, minibusy, gdzie nigdy nie wiadomo jak długo trzeba będzie poczekać aż zbierze się komplet pasażerów, oraz wlekący się autobus miejski. Problemem jedynie jest to, że na pierwszy terminal latają tylko tanie linie, ja natomiast zwykle latam z dwójki, dokąd połączenie kolejowe ma dojść dopiero w nieokreślonej przyszłości ale liczy się ten pierwszy krok.

Jakiś czas temu wracając zza granicy postanowiłem wypróbować nową możliwość. Przejechałem autobusem z dwójki do jedynki. Już miałem wejść na kładkę nad ulicą oddzielającą tory od lotniska gdy uwagę moją zwróciła mała tabliczka na barierce informująca, że bilety na pociąg kupuje się w informacji turystycznej w budynku terminalu. Dobrze, że jeszcze teraz zauważyłem a nie dopiero na peronie, pomyślałem, po czym udałem się na stumetrowy spacer to budynku. A tam niespodzianka: informacja zamknięta z powodu przerwy obiadowej, wisi natomiast kolejna tabliczka: gdy informacja jest zamknięta należy wziąć zaświadczenie na ten temat upoważniające do nabycia biletu w pociągu bez opłaty dodatkowej. Stosik zaświadczeń, a jakże ze stempelkiem i podpisem, leży pod tabliczką:

zaświadczenie do kupna biletu kolejowego wydawane na lotnisku Ferihegy w Budapeszcie

Odebrało mi mowę. Ktoś wymyślił ten niezwykle skomplikowany system z opcją na przerwę obiadową, ale jakoś nikomu nie przyszło do głowy postawić na peronie automat sprzedający bilety przyjmujący forinty, euro i karty kredytowe, co byłoby najlepszym chyba rozwiązaniem problemu. Niezbadanymi doprawdy drogami wędruje umysł węgierski.