na Art Fair

W niedzielę poszliśmy na Art Fair. To takie doroczna targi sztuki, wystawiają galerie, zarówno te handlujące antykami jak i sztuką współczesną.

Chodzimy, chodzimy, zmęczyliśmy się. Usiedliśmy napić się kawy. Naprzeciw bufetu wystawione Audi R8, nie żeby to miał być obiekt sztuki ale ponieważ Audi coś tu zasponsorowało, więc dobrze, myślimy, Chłopak nie będzie się nudził.

Oglądamy z Chłopakiem samochód (prędkość maksymalna, na przykład, 350 km na godzinę) a Śliwka siada. Widzę, że dosiada się jakaś starsza kobieta, nie ma gdzie indziej miejsca. Widzę też, że zaczynają rozmawiać. Ta kobieta nie jest z Węgier, przelatuje mi przez głowę.

Siadamy. Kobieta mówi po węgiersku ale wspomina raz i drugi Kanadę. Rozumiem, uśmiecham się do siebie. Dłuższy czas musiała tam żyć.

Bo Węgrzy nie wdają się na ogół w takie ot pogaduszki z przypadkowo napotkanymi ludźmi w kawiarni, tramwaju czy na ulicy. Nawet w sklepie czy restauracji w zasadzie nie gada się z obsługą ponad to, co konieczne. To, że kobieta rozmawiała ze Śliwką więcej niż "czy można tu usiąść?" zdradziło ją, Węgierka stąd by tego najprawdopodobniej nie zrobiła.

Do końca dnia miałem dobry humor z powodu tego spotkania. Choć jednocześnie poczułem, że tęskno mi za krajami, w których rozmowa z kimś nieznajomym nie jest czymś dziwnym.