obiad koszerny

Mamy uroczych sąsiadów, ortodoksyjnych Żydów. Często toczymy ze sobą sąsiedzkie pogawędki, Chłopak cały czas u nich siedzi, bądź też do nas zaglądają ich młodsi dwaj synowie (mają ich w sumie czterech), czasem przed szabasem i u nas przed mieszkaniem zmyją podłogę, było, że Sara przyprowadzała do nas dzieci, kiedy nagle musiała wyjść, nie raz jej mąż dawał nam tak po prostu butelkę koszernego wina (ma go dużo bo nadzorował kiedyś koszerność jeog produkcji i zapłacono mu w naturze), my czasem damy dzieciom jakiś mały prezent. Dobrze się nam żyje z takim sąsiadami, tyle tylko, że nie ma klasycznego sąsiedzkiego częstowania się czy też zachodzenia na obiad czy kolację. Bo my nie jemy koszernie.

Tak to było aż do ostatniej niedzieli. Kiedyś oglądając rozmaryn rosnący w skrzynkach przed mieszkaniem sąsiadów napomknąłem, że można z niego zrobić świetny sos pomidorowy, który nauczyła mnie koleżanka Włoszka. Od słowa do słowa dogadaliśmy się, że w jakiś weekend zajdę i go zrobię. W ich kuchni, żeby było koszernie. W końcu padło na ostatnią niedzielę.

Obiad miał się składać z zimnej zupy ogórkowej z grzankami i miętą (też im rośnie przed mieszkaniem), oraz makaronu z sosem pomidorowym. Kupiłem jarzyny oraz makaron (powiedzieli mi jaki ma być), reszta była ich zadaniem. Gotowaliśmy we czworo, choć głównie ja. O wszystko pytałem się jak robić i wraz z instrukcjami dostawałem a to mleczną deskę do krojenia, a to odpowiedni nóż, a to plastikową wyciskarkę do czosnku (od metalu traci moc, dowiedzialem się) a to właściwy garnek. Kiedy gotował się sos (mleczny, bo miałem dodać trochę masła) nie można byo gotować obok wody na makaron. Na stole pojawiła się gazeta tak, żeby można było na nim stawiać naczynia.

Nakryliśmy u nas w mieszkaniu, bo mamy więcej miejsca. Naczynia i sztućce plastikowe, jednorazówki, na stole obrus (zwykle nie ma nic bo stół ladny, drewniany), wyglądało coś na to, że też odrywał jakąś rolę. Do picia woda, także od nas, bo woda jest zawsze koszerna.

Obiad przebiegł miło. Zupa wyszła dobra, tym bardziej, że sąsiedzi przynieśli jakieś niesamowite sucharki izraelskie, które znakomicie ją podrasowały. Sos był ok. Sam obiad jak to obiad, dorośli rozmawiają, dzieci się wygłupiają i przekrzykują się, niektóre jedzą aż się uszy trzęsą, inne grymaszą. Grzanki wsuwają wszyscy równo. Po obiedzie senność straszna bo zbliża się burza, ale przynajmniej nie trzeba zmywać bo jedliśmy z plastiku (jak w Izraelu, powie nam Sara).

I tak nam przebiegło to zdarzenie-niezdarzenie. Cieszę się, że udało się ten obiad jakoś zorganizować. Pomyślałem sobie obserwując te wszystkie rytuały, że koszerność to świetny sposób, żeby nie dopuścić do mieszania się Żydów i nie-Żydów. Choć nam się to trochę udało:)

Cieszę się też, że Chłopak poznał Żydów zanim jeszcze zetnął się z antysemityzmem.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s