wesołe miasteczko

Parę dni temu Chłopak miał imieniny i postanowiliśmy, że w ramach prezentu weźmiemy go do wesołego miasteczka (tutejszy Vidámpark). Spędziliśmy tam dobre pół dnia i choć był bardzo zadowolony to wydaje mi, że miejsce większe wrażenie zrobiło na mnie.

Miejsce jest niesamowite. Niemal klinicznie czyste lata siedemdziesiąte. Zarówno atrakcje jak i cała estetyka dzielnie oparły się upływowi czasu. A wszystko to w centrum miasta niedaleko od placu Bohaterów (Hősök tere).

Rok temu dyrekcja wprowadziła rewolucyjną zmianęw zarządzaniu miejscem. Zamiast opłacania każdej atrakcji osobno żetonami wprowadzono jedną opłatę za wstęp (3100 forintów dla dorosłych i 2100 dla dziecko w dni powszednie, 3500 i 2500 w weekendy, dzieci niższe niż 100 cm wchodzą bezpłatnie), która upoważnia do nieograniczonego korzystania ze WSZYSTKICH oferowanych atrakcji – za wyjątkiem gokartów oraz gier z nagrodami. Spowodowało to fantastyczny wzrost zainteresowania wesołym miasteczkiem i obecnie walą tam tłumy mimo niewspółczesności miejsca.

Teran  jest ogromy. Jak wspomniałem, spędziliśmy tam dobre pół dnia a do wielu rzeczy nawet nie dotarliśmy, nie mówiąc już o wypróbowaniu. Wszystko jednak co udało się wypróbować zrobiło na nas wrażenie.

Weźmy taką zabytkową karuzelę zaraz przy wejściu. Pięknie odrestaurowany stuletni zabytek, laureat nagrody Europa Nostra. Są też oczywiście bujające się konie.

Na suficie freski, których nie powstydziłby się niejeden kościół.

Dalej hullámvasút czyli według słownika kolejka górska (ponieważ nigdy nie byłem w Polsce w wesołym miasteczku nie znam całej tej terminologii, chodzi o kolejkę, która jeździ po trasie przyprawiającej o zawrót głowy). Przejechaliśmy się nią, ale Chłopak więcej nie chciał wsiadać na inne takie kolejki.

Sam wysiadając postanowiłem, że nigdy nie zostanę astronautą. Podobnych kolejek było więcej.

Looping star urzekała piękną konstrukcją.

Tę kolejkę niedawno ślicznie odbudowano z drewna po tym jak oryginalna spłonęła w pożarze. Chwilę po zrobieniu tego zdjęcia rozległ się pisk gdy wagoniki ruszyły gwałtownie w dół.

Jest też kolejka jeżdząca torem wodnym efektownie chlapiąca przy zjeździe.

Osobną kategorię rozrywki są przeróżne diabelskie młyny i tym podobne urządzenie, które kręcąc się rzucają człowieka w przeróżne, nie do końca naturalne pozycje. Chłopak podobnie nie miał na nie ochoty więc tylko je sobie oglądaliśmy.

Ten statek nie pływa ale się kręci.

Wahadło. Te punkciki na dole belki to piszczące głowy amatorów mocnych wrażeń.

Wirujący słup. Wrażeń można się jedynie domyślać.

Mnie i Śliwce najbardziej jednak spodobało się olbrzymie koło.

Nie dość, że urzekająco wygląda …

… to jeszcze jak piękny jest widok z góry!

Widać zoo (pawilon słoni), wzgórze Gellérta, muzeum narodowe, obelisk na placu Bohaterów i szereg innych rzeczy, które nie zmieściły się na zdjęciu.

Kolejki górskie i diabelskie młyny Chłopaka nie bardzo ruszały za to wypróbowaliśmy masę bardziej spokojnych kolejek. Wesołe miasteczko to bardzo mieszczański koncept więc całość wymyślona jest tak, żeby wymagała jak najmniej wysiłku od zwiedzającego mieszczucha. I tak, zamiast dać ludziom przejść przez dany pawilon wsadza się ich w kolejkę, w rezultacie prawie cały czas się siedzi. Chłopakowi się jednak to bardzo podobało.

Przejechaliśmy na przykład przez taki dom strachów.

Prawda, że przerażający? W środku takie oto potworności pojawiały się co jakiś czas przed naszymi oczyma.

Można umrzeć ze strachu. Swoją drogą nieco mnie te malowidła zdziwiły, bo nawet w latach siedemdziesiątych trudno je było uznać za straszne a i wtedy byli już lepsi chałturnicy.

Podobnych wrażeń estetycznych dostarczyła nam kolejka bajkowa. Nie wsiada się tam w wagonik ale w łódkę samą płynącą ze sztucznym prądem (broń Boże nie trzeba wiosłować!) a po drodze, płynąc przez sztuczną jaskinię, podziwia się zaaranżowane sceny ze znanych bajek takich jak ta:

W celu ochrony przed jakimkolwiek wysiłkiem związanym z rozpoznawania bajek ich nazwy są podane.

Byliśmy też w zaczarowanym pałacu, gdzie pojawił się jedyny moment wysilku fizycznego: jeśli ktoś chciał mógł przejść przez kręcącą się beczkę.

W tej sali zarówno fotele jak i stół ruszały się w nieprzewidziany sposób a lampy nadfioletowe ładnie to oświetlały.

Przed pałacem stały dwa wielkiej piękności zielone smoki.

Ciekaw jestem ich, niewątpliwie interesującej, historii.

Chłopakowi najbardziej podobały się elektryczne auta.

Do tych akurat nie wsiedliśmy bo nimi nie da się kierować. Od dodgemów za to trudno było go odciągnąć.

Najlepsze były te laserowe gdzie trzeba było przejechać przez pojawiące się i znikające światła zielone a unikać świateł czerwonych, żeby zdobyć punkt.

I tak oddawaliśmy się rozrywce aż nas złapał deszcz, który przeczekaliśmy w budzie do rzucania do celu.

Gdy się skończył i wyszliśmy zrobiłem temu melancholijnemu miejscu i pracującej w nim studentce zdjęcie.