urodziny Chłopaka

W niedzielę urodziny Chłopaka. W tym roku – sześciolatek! – sam decydował, kogo zaprosić więc gości miało być masa. Jak co roku problem: gdzie te urodziny urządzić.

Mieszkanie jest za małe już od trzecich urodzin dziecka. Liczba gości to jedna rzecz, ich dynamika, wrastająca z wiekiem, to druga. Dzieci potrzebują miejsca.

Urodziny urządzaliśmy więc już dziecku w ładnych paru miejscach. Był, i to dwa razy, wagonik kolejki dla dzieci jeżdzącej po Budzie (tak – sprawa nie jest taka droga a uciechy co niemiara), był też pałac cudów, czyli muzeum techniki dla najmłodszych, gdzie wszystko można wypróbować. W tym roku wybór padł na niewielką jadłodajnię otwartą w dni powszednie. Umówiliśmy się, że podadzą trochę jedzenia a my przyniesiemy tort od Daubnera, najlepszej cukierni w mieście. Od siebie dodali dwa małe torty biszkoptowe w kształcie bałwanka, miło. Dla zajęcia dzieci urządziliśmy konkursy oraz loterię (każdy los wygrywa), były też filmy ze slajdów. Mali goście zadowoleni ale chyba bardziej restaurator, który oczekiwał tajfunu i nie spodziewał się, że dzieci, owszem, mogą się drzeć, ale ogólnie być przy tym grzeczne.

Nie tylko my zresztą tak się staramy. Koledzy i koleżanki Chłopaka z babaklubu czy też przedszkola też mają urodziny w przeróżnych miejscach. Byliśmy już w játszóház czyli "domach zabawy", w parku (to dla urodzonych w lecie), w galerii a nawet na przy kaplicy grobowej. Dla rozrywki był już klaun, był mały teatrzyk ze spontanicznym udziałem gości i inne specjalnie zaaranżowane elementy programu artystycznego.

Słowem, takie urodziny to już nie tak trywialna rzecz jak za czasów mojego dzieciństwa kiedy wszystko ograniczało się do domowego tortu, prezentu i paru gości zapraszanych do domu. Idąc na urodziny nikt nie zastanawiał się "co też tam tym razem wymyślą". Na szczęście i tak dało się jakoś kończyć kolejne lata i dożyć mojego wieku.