Cyganka


Andrea jest piękna. Ma ciemne włosy, mgliście czarne oczy i kojąco łagodny głos. Wogóle całą sobą napełnia spokojem otoczenie. Ubiera się elegancko i jest bezpretensjonalnie dystyngowana. Andrea jest Cyganką.


Z Andreą razem pracuję. W zeszłym tygodniu zaprosiłem ją na obiad. Z ciekawości, chciałem się czegoś o niej dowiedzieć. Nie znam osobiście zbyt wielu Cyganów, więc to nie byle jaka okazja mieć kogoś takiego blisko.

Na obiad udało się nam wyjść dzisiaj. Okazało się, że Andrea akurat jest w fazie odchudzania (faktycznie jest nieco pulpetowata) więc na obiad wypiła kawę i wodę mineralną. Ja zjadłem sztrapacskę.

Jak się spodziewałem było ciekawie. Mama Andrei jest Romungro, czyli węgierską Cyganką. Jej ojciec był Sinti i pochodził z Austrii. Poznali się kiedy cyrk, w którym występował jako akrobata przyjechał na Węgry. Wkrótce potem przenieśli się do Budapesztu do osławionej ósmej dzielnicy. Jej ojciec nie miał tam okazji pracować w cyrku więc się przekwalifikował na boksera, gdzie też sobie świetnie radził. Zmarł parę lat temu. Mama Andrei do dziś mieszka w ósmej dzielnicy i pracuje tam w przedszkolu.

Andrea podobno przypomina swojego dziadka, który był basistą w kapeli cygańskiej. Powodziło im się dobrze, to znaczy mieszkali w chacie z niepalonej cegły położonej na wzgórzu w odróżnieniu od sąsiadów, którzy musieli się zadowolić ziemiankami. Podobnie do Andrei jej dziadek przejawiał zmysł estetyczny. Miał najwyraźniej zręczne ręce: sam zrobił małą przydomową karuzelę, na której mogły sobie jeździć naraz wszystkie jego dzieci. Rodzina jednak pamięta chwile jego poniżeń przez podpitych gości restauracji, w których pracował i do dziś płacze podczas spotkań rodzinnych kiedy rozmowa zejdzie na niego (tu Andrea też wydmuchała nos).

Sama Andrea będąc jeszcze w bodaj czwartej klasie szkoły podstawowej wygrała krajową olimpiadę wiedzy o sztuce. Wygrywała ją swoją drogą rok pom roku aż do końca liceum, kiedy przegrała w obecnym członkiem akademii nauk. Szkoda, bo przez to musiała zdawać egzaminy wstępne, z których w przeciwnym razie byłaby zwolniona. Przez szkoły ciągnęła ją sztuka i jej sukcesy w olimpiadach. Mama, która jako Romungro ceniła wykształcenie, zachęcała ją do nauki.

Komplikacje zaczęły się, gdy Andrea poznała swojego pierwszego męża. Rodzina nie miała nic przeciwko znajomości z Amerykaninem, zachęcała ją jednak, żeby powstrzymała się od ślubu zanim upewni się, że będzie w stanie zajść z nim w ciążę. Na urodziny pierwszego dziecka cała rodzina, włączając różne ciotki i wujów, stawiła się radośnie w szpitalu.

Studia, i to od razu dwa fakultety, Andrea skończyła po urodzeniu dziecka, kilku latach pracy w firmie, gdzie szybko pięła się po szczeblach kariery oraz wyjeździe z mężem na rok zagranicę. Na uniwersytet przywrócił ją list od dziekana informujący ją kategorycznie, że albo wraca zaraz albo już nigdy. Dziś Andrea jest uznanym fachowcem od sztuki romskiej.

W czasie naszej rozmowy gdy mówiła słowo "cygański" czy też "Roma" ściszała głos.

grają dzieciom

Nasza asystentka przychodzi do mnie pewnego dnia, że chciałaby wcześniej wyjść. Czemu? Dziecko kończy przedszkole i będzie koncert. A jaki zespół? Czy przypadkiem nie Kolompos? Tak, właśnie oni. Uśmiechnąłem się. Kolompos miał grać w przedszkolu Chłopaka dwa dni później (zrzutka po 500 forintów od dziecka). Z tego żyją, że chodzą od przdszkola do przedszkola i występują. W weekendy domy kultury.

Kolompos to jeden z szeregu zespołów nastawionych tutaj na dzieci. Jest ich sporo i są dobre, lepsze niż cokolwiek co pamiętam z Polski. Najczęściej grają muzykę o ludowych korzeniach. Nie niesie ona z sobą posmaku muzealnego folkloru bo w latach osiemdziesiątych bardzo spopularyzował ją i ożywił ruch domów tańca. Dzisiaj kojarzy się bardziej z sympatycznym młodym człowiekiem z brodą niż z piskliwą babcią w ludowej kiecce.

Muzyka dla dzieci jest w większości przypadków ludowa ale nie trzyma się przy tym kurczowo kanonu. Zachowując brzmienie ludowe zespoły grają nowe utwory albo czasem klasyki dziecięce uzyskujące w ich wykonaniu nieznaną dotąd szlachetność. Kolompos jest niezły ale dalece nie jest najlepszym z nich. Na głowę bije ich legendarna Kaláka czy utworzony na Słowacji elektryzujący Ghymes. Grający w Kaláce ale też występujący osobno bracia Gryllus są dobrzy ale nie tak jak ich macierzysta grupa.

Osobną jednosobową kategorię stanowi Judit Halász. Od lat śpiewa piosenki dla dzieci muzycznie oparte raczej o muzykę rockową czy też pop. Pracuje ze świetnymi muzykami jak János Bródy, jeden z twórców węgierskiego beatu. Za teksty często bierze wiersze dobrych poetów. Jej wykonanie mruczanki Kubusia Puchatka zna cały kraj. Twórczość Judki Halász, bo tak ją wszyscy nazywają, nie jest cukrowata, infantylna czy sztucznie beztroska. Język jej tesktów jest bogaty i świeży, one same – niebanalne. Wśród jej piosenek jest, między innymi, piosenka o śmierci dziadka.

Nic dziwnego zatem, że dzieci doceniają tę dla nich tworzoną muzykę. Koncerty zespołów grających dla dzieci są pełne, ich piosenki znają młodzi i starzy, wszyscy mają ich płyty. Koncerty to nie siedzenie na kolanach u mamy ale szaleństwo kojarzące się raczej z koncertami rockowymi dla nastolatków. Dla ilustracji dwa kawałki utworów Ghymesu Kiskacsa fürdik fekete tóban oraz Igy kell járni.

Zazdroszczę Chłopakowi. Za mojej młodości nie miałem takiej muzyki.