„Casino” na wyspie Małgorzaty


W sobotę koło południa dwoni Zsuzsa z
babaklubu. Pyta, czy nie mielibyśmy ochotę spotkać się w Casino na wyspie Małgorzaty. Dzieci będą się bawić a dorośli zajmą się sobą. Sliwka na dyżurze ale my jak najbardziej. Umawiamy się na szóstą po południu.

Casino mieści się w starym budynku jeszcze z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Przewiewną architekturę uzupełnia ogródek pełen starych drzew. Blisko mostu Małgorzatu a jednak na tyle daleko, żeby nie było słychać dochodzącego z niego hałasu Casino ma w zasadzie idealną lokalizację ale mimo od kiedy pamiętam miejsce stało puste. Łuszcząca się farba, wybujałe chwasty i brud stwarzały dość przygnębiające wrażenie.

Niedawno jednak jacyś młodzi przedsiębiorcy podochoceni sukcesem śródmiejskich letnich ogródków postanowili spróbować swych sił tutaj właśnie. Myślałem, że będzie tak jak w mieście czyli styl i urok ruiny ale pełne zaskoczenie. Casino pięknie odnowiono zachowując dawny jego styl. Trendy kelnerzy uwijają się między staromodnymi stolikami przy jakieś raczej współcześnie brzmiącej muzyce. Na werandzie obowiązkowe piłkarzyki oraz, już mniej typowo, ping pong. Szeroki asortyment napojów oraz kuchnia. Słowem bajka.

Bardzo się cieszę. Dotąd wyspa Małgorzaty choć sama w sobie bardzo piękna kojarzyła mi się raczej z plastikowymi stołami, z których sprzedaje się wyschnięte precle, z tandetnymi budami z szalenie drogimi parówkami na gorąco, kiczowatą watą cukrową, ciężkimi, podrdzewiałymi czerokołowymi rowerami do przejażdzek i plebejskim tłumem, dla którego to wszystko a także konserwatywnymi hotelami na końcu wyspy z klientelą składającą się głównie z austriackich emerytów. Teraz w końcu czuję, że też mam ochotę chodzić na wyspę. To dobrze.