wesołe nocne życie na ulicy

Wczoraj wieczorem wziąłem udział w kolacji służbowej. Przyjechało do nas dużo gości na seminarium, kolacja z tej okazji. Odbyła się na statku pływającym po Dunaju a więc byli zwyczajowo zblazowani kelnerzy, jedzenie o krok tylko od osiągnięcia przeciętnego poziomu i dość nędzne wino.

Do pracy pojechałem rowerem, żeby potem pojechać nim na wybrzeże Dunaju, co było najłatwiejszym sposobem dostania się tam. Powrót świetny bo pogoda pięknie wiosenna, ścieżka rowerowa nad Dunajem urokliwa a poza tym dawno już nie jeździłem na rowerze więc tym bardziej miło.

Niedaleko domu mijam popularną knajpkę znajdującą się w narożnym domu. Jak zawsze przy takiej pogodzie przed nią tłum ludzi rozmawiających, pijących i palących. Między ludźmi kręcą się bramkarze uciszając co głośniejszych.

Przechodzę przez ten tłumek aż tu jakaś dziewczyna stojąca z dwoma chłopakami rzuca "ale bym się przejechała na rowerze, nie pożyczyłbyś na chwilę?" Mówię "nie" ale zaraz potem jednak zgadzam się. Dziewczyna zaskoczona i nieco strapiona mówi "ale wiesz, ja już nieco wypiłam". "Ja też" odpowiadam i podaję jej rower. Chłopaki się śmieją, że zaraz zleci. Dziewczyna jakoś się wdrapuje (siodełko mam dość wysoko) i lekko falując rusza. Chwilę później znika w oddali.

Chłopaki naradzają się po cichu i po chwili wyciągają do mnie butelkę. "Wódka z tonikiem" komunikują. Nie bardzo mam już siły pić tego wieczoru a zwłaszcza wódki z tonikiem więc dziękuję. W oddali pojawia się dziewczyna: jedzie skupiona, troszkę to w prawo to w lewo, ale bez kolizji ze stojącymi samochodami i ludźmi przed knajpą. Na szczęście nie jedzie żadne auto.

Uff, dojechała, zsiada i dziękuje. Odchodzę, chłopaki pytają jak się nazywam. Mówię im moje imię. "Nazwisko" krzyczą. Odkrzykuję je i to dwa razy bo nie mogą tego słowiańskiego dziwoląga zrozumieć, a może po prostu już zbyt wiele wypili.