na Bartóku w operze

Jakiś czas temu nawiedziła mnie myśl: mieszkam sobie tutaj na tych Węgrzech, nigdy nie wiadomo jak długo jeszcze, a niczego nie wiem o Bartóku. Gdzie nie lepiej się z nim zapoznać jak nie tu? Akurat w ramach festiwalu wiosennego opera wystawia trzy jego utwory sceniczne, szybka decyzja, kupuję bilety na premierę, idziemy. Sliwka zadowolona, bo może pokazać się w swojej nowej szalenie eleganckiej wieczorowej sukni z jedwabiu, który przywiozłem jej z Indii, dotąd nie było okazji.

Wystawiane są trzy utwory: balet Drewniany książę, pantonima Cudowny mandaryn oraz jednoaktowa opera Zamek Sinobrodego. Sliwka, która chodziła do szkoły muzycznej, mówi mi, że to w zasadzie wszystko co Bartók napisał na scenę, nieźle. Na widowni sporo znanych osobistości. W loży cesarskiej, tuż obok kamery telewizyjnej, siedzi sobie Imre Kertész, na widowni spostrzegam pewnego ponurego, dość agresywnego polityka, widać też lubi Bartóka. Sporo ludzi jest elegancko ubranych choć z różnym efektem: na korytarzu w czasie przerwy mija nas kobieta w błyszczącej bluzce z cekinami niemal rozsadzanej przez silikonowo chyba imponujące piersi wystające trochę z każdej strony. Jak to w operze, jest się czym rozerwać po prostu gapiąc się na publiczność.

Przedstawienie jest daleko mniej rozrywkowe. Bartók nie bardzo nadaje się do słuchania dla przyjemności. Muzyka jest programowa i ilustruje przedstawianą historię. Niczego w co by się moje nieszkolone ucho mogło wczepić: żadnego jasno zarysowanego motywu, interesującego solo, nic, jeśli jest cokolwiek co mogę uchwycić to jest to nastrój, dość mroczny przez cały czas. Na pocieszenie Sliwka powie mi potem, że w szkole jeden taki kawałek omawiali przez jakieś dwa tygodnie, i dopiero potem, jak przeszli przez wszystkie frazy po kolei, przynajmniej mogli słuchając muzyki ją sobie intelektualnie analizować.

Każdy z wystawianych utworów został skomponowany na kanwie baśni. Drewniany książę to opowieść księciu, który zakochawszy się bez wzajemności w pięknej dziewczynie z pomocą wróżki pobudza do życia gałąź, która staje się właśnie drewnianym księciem. Dziewczyna początkowo zakochuje się w nim ale poznawszy prawdę o nim zawstydzona wybiera jednak prawdziwego księcia. W Cudownym mandarynie dziewczyna zmuszona jest przez gang zwabiać ofiary do obrabowania. Jedną z tych uwiedzionych ofiar jest bogaty chiński mandaryn, który głęboko się w niej zakochuje. Bandyci próbują go, początkowo bezskutecznie, zabić na różne sposoby aż w końcu się im to udaje. W międzyczasie dziewczyna ulega miłości mandaryna i oddaje mu się tuż przed jego śmiercią.

W Zamku Sinobrodego występują tylko Sinobrody i jego najnowsza miłość. Przybyli właśnie do zamku i kobieta zaskoczona jest jego zimnem. Domaga się, żeby Sinobrody pootwierał zamknięte komnaty. Gdy ten to robi kobieta jest przerażona potwornością tego co zawierają (narzędzia tortur, broń, zakrwawione klejnoty). W ostatniej komnacie znajdują się byłe kobiety Sinobrodego, które przyjmują ją między siebie.

Mimo oczywistego potencjału scenicznego pierwszych dwóch utworów ich realizacja nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, może poza sceną z latarkami w ciemności w pierwszym z nich. Balet był w dużej mierze dość konwencjonalny. Pantonima była już ciekawsza – podobno zmieniono instrukcje kompozytora zwiększając liczbę postaci na scenie, choć nie bardzo widziałem sensu tego kroku poza po prostu zapełnieniem sceny – ale też brakowało tu czegoś co by mnie wciągnęło.

Jeśli Książe oraz Mandaryn były jak skąpy posiłek to Sinobrody był jak post czterdziestodniowy. Sceneria burawa bez wyraźnie zaznaczonych elementów poza śladami schodów i drzwi. Dwóch śpiewaków na scenie niewiele robi, kobieta po lewej, mężczyna po prawej stronie, niekiedy tylko zamieniają się miejscami. Spiewają po węgiersku ale dalece nie wszystko da się zrozumieć. Ratują mnie napisy po niemiecku, który trochę znam, w przeciwnym razie nie miałbym się wogóle chwytać, tak zajmuję się śledzieniem akcji.

***


Dodam jeszcze, że przez całe przedstawienie stałem i to bynajmniej nie z uwielbienia muzyki Bartóka. Po prosty z miejsca w drugim rzędzie w loży, które miałem NICZEGO nie było widać. Stojąc pochylony do przodu widziałem jakieś osiemdziesiąt procent sceny. To nie ja jednak byłem w najgorszej sytuacji: za nami były jeszcze dwa miejsca, z których, jak sądzę, nawet podskakując nie dałoby się niczego zobaczyć. Rozumiem, że opera musi zarabiać pieniądze, ale czy nie mogliby tego robić w nieco bardziej nobliwy sposób bardziej licujący się z tymi wszystkimi pluszami i złoceniami? Troszkę to żałosno-żenujące.