Wyczerpujący koniec roku


Zdawałoby się, że nigdy nie jest zbyt wcześnie, żeby zacząć przygotowania do Sylwestra ale okazało się, że i wczesny początek nie jest gwarancją sukcesu.


Naszego Sylwestra zaczęliśmy planować w maju zeszłego roku. Mieliśmy wyjechać w parę rodzin z dziećmi poza Budapeszt i spędzić tam miło parę wspólnych dni. Sam Sylwester to dorośli w kuchni popijający i grający w różne gry podczas gdy dzieci słodko śpią. Kata znalazła odpowiedni dom nad Balatonem, Sliwka pojechała tam nawet w jakiś weekend z Chłopakiem, żeby sprawdzić czy miejsce jest odpowiednie.



Kłopoty zaczęły się szybko. Najpierw okazało się, że dwie rodziny, które były początkowo zainteresowane wycofały. Nie udało się znaleźć nikogo na ich miejsce ale Kacie, która jest twardą kobietą, udało się stargować cenę domu tak, że ci mieli
jechać płaciliby tylko troszkę więcej niż początkowo uzgodnione.



Parę dni przed świętami Kata zadzwoniła, że dwie z czterech rodzin się wycofują. Powodem miały być nieoczekiwane kłopoty finansowe. Zaliczka wpłacona, alternatywnych planów niet, ładnie. Wycofujący się próbują znaleźć kogoś innego, ktoby w miejsce nas wynajął dom (“wtedy problem będzie rozwiązany” – jak gdyby fakt znalezienia się na lodzie tuż przed Sylwestrem nie był sam w sobie problemem!), ale z racji tego jak późno jest już nikogo nie udaje. Decydują się, że nie mogą nas
tak zostawiać – jadą.



W dzień planowanego wyjazdu budzimy się a za oknem pięknie biało. Spadło sporo śniegu i wciąż pada więcej. W radio mówią o odciętych wsiach, zaspach i wypadkach na autostradach. Przychodzi sms od Katy: Natura (napisała to słowo z dużej litery!) rozwiązała nasz problem. Okazuje się, że właściciel domu zadzwonił, żeby nie przyjeżdzać, bo nie da się dojechać. Zaoferował, że zaliczkę wykorzystamy kiedyś przyjżdzając do niego na wiosnę. Oferta w miarę niesamowita bo Sylwester to jeden z najlepszych momentów roku dla wynajęcia domu, ceny są najwyższe. Skoro sam sugeruje, żeby nie przyjeżdzać musi być parszywie.



Koniec końców zostajemy w Budapeszcie. Tu jednak nie koniec problemów: okazuje się, że nigdzie nie można dostać soczewicy, która tutaj jest, obok parówek oraz pieczeni z prosiaka, tradycyjnym daniem noworocznym (żebyśmy bogaci byli). Rzecz to raczej zadziwiająca jako, że zwykle w sklepach jest jej mnóstwo a przed Sylwestrem jest ona specjalnie eksponowana.



Przed północą przechodzimy do sąsiadów. Jest paru Niemców (znajomi`Franki), reszta to Węgrzy. Ci pierwsi zajmują pokój, drudzy okupują kuchnię. Jemy soczewicę, którą Duży gdzieś zachomikował oraz barszcz, który ugotowałem ja. Po pierwszej zwijamy się spać. Bardziej niż samym Sylwestrem jesteśmy chyba wyczerpani zamięszaniem wokół niego. Może w przyszłym roku gładziej się uda.