znajomości

Znajomi u lekarza. Jest kłopot z dzieckiem ale lekarka waha się z diagnozą.

"Dobrze byłoby, żeby dziecko zobaczyła dr. Braun".
"Dr. Braun? Znam kogoś, kto ją zna."
"Naprawdę? To wspaniale! Do niej tak trudno się dostać. Swoją drogą ona zna moich rodziców, którzy też są lekarzami."
"Może Pani sprówałaby się z nią skonktaktować, nie bardzo chciałabym używać moich kontaktów a Pani bardziej by to wypadało".

Lekarka dzwoni i bez żadnych problemów ani powoływania się na kogokolwiek umawia termin na konsultacje za dwa tygodnie.

Cytuję tę historię bo jest typowa. Węgrzy kiedy czegoś potrzebują zaczynają od pytania "znasz kogoś?". Nie: "czy możesz kogoś polecić?" ale właśnie "czy znasz kogoś?". Różnica niby mała ale jednak. I nie jest ważne, że nie zawsze powoływanie się na kogoś nie jest konieczne jak to było w opisanym przypadku. Nie liczy się, że "znać kogoś" to nie to samo co "polecić kogoś". Znajomości to coś od czego się zaczyna. Mimo tego, że potem nie wiadomo co zrobić kiedy "znajomy" stolarz spieprzy szafę, którą miał zrobić, kiedy "znajomy" dentysta okazał się niekompetentny i trzeba ząb kończyć u kogoś innego czy też kolega kuzyna, któremu dało się pracę do niczego się nie nadaje. Ani objechać, ani wywalić, ani nic. Można tylko liczyć na wzajemność: jeśli ja zwracam się w pierwszym rzędzie do znajomych to i oni zwrócą się potem do mnie – albo do moich znajomych.

To zamiłowanie do znajomości pojawia się też w polityce. Choć ludzie pomstują na kumoterstwo pojawiające się w nominacjach rządowych czy też zamówieniach publicznych wydaje mi się, że oburzenie to nie jest do końca szczere. Bo przecież pomaganie swoim to coś co wszyscy tu robią, czemu więc politycy mieliby się zachowywać inaczej? Znajomości zamiast merytokracji, tak sobie tutaj żyjemy – choć może nie tylko tutaj.