obiad w koszernej Hannie

Naprzeciw naszego parkingu znajduje się restauracja Hanna. Ortodoksyjnie koszerna. Wspomniałem ją kiedyś pisząc o tajnej dzielnicy żydowskiej. Restauracja zainteresowała niedawno Chłopaka kiedy szliśmy razem do samochodu. Zgadaliśmy się, że dobrze byłoby się tam kiedyś wybrać. Nie ma sprawy.

Pomysł skonsultowałem najpierw z moimi ortodoksyjnymi sąsiadami. Powiedzieli, że jak się chce iść w sobotę to trzeba z góry zamówić co się chce jeść, w niedzielą natomiast można po prostu przyjść. Nie od razu udało się nam tam wybrać, w końcu jednak w poprzednią niedzielę, zaraz po odwiedzinach miejsca "gdzie są szkielety" (muzeum historii naturalnej, dla nieoznajomionych z terminologią Chłopaka) wybraliśmy się tam na obiad. śliwka nie była głodna, poszliśmy więc tam we dwójkę z Chłopakiem.

Na miejscu tłok, bo akurat była jakaś wycieczka. Po chwili oczekiwania przed okienkiem pojawiła się tam miła pani, u której zamówiliśmy jedzenie. Płatne z góry, zamawia się je na podstawie krótkiego menu – wszystkiego parę pozycji – bez cen, po tym jak powiesz co chcesz miła pani mówi ci ile to będzie. Suma zależy od jej decyzji, w naszym wypadku było to umiarkowane 2200 forintów. Zamawiam rosół z pulpecikami z macy (tylko dla mnie) a potem gulasz wołowy z kluskami (po porcji dla mnie i dla Chłopaka) oraz "coś kwaśnego" (savanyúság – nieprzetłumaczalny termin kuchni węgierskiej oznaczający cokolwiek kwaszonego lub z octu, od ogórków po śliwki poprzez kalafiory, pełna gama wspaniałych na ogół rzeczy) – dla mnie.

Siadamy, Chłopak się rozgląda. Zauważył menu w języku hebrajskim, podoba mu się. Potem uwagę jego zwróciły tablice na ścianie poświęcone głównie pamięci szeregu hojnych przedstawicieli rodziny Deutschów, na nich znów coś po hebrajsku. Chłopaka ostatnio fascynują różne alfabety, więc bardzo mu się to wszystko podoba. Przy sąsiednim stole siedzą nasi ortodoksyjni sąsiedzi, z którymi się wcześniej przywitaliśmy. Chłopak coś kojarzy i podchodzi do nich zaprosić ich chłopaków na wspólne oglądanie filmu, bo na jakimś z jego hollywoodzkich DVD można, między innymi, ustawić język na hebrajski, najwyraźniej przyszło mu do głowy, że może to ich zainteresować.

Ale oto pojawia się jedzenie. Jem zupę, zagryzam chałką z makiem, Chłopak dziubie swój gulasz, a moich kwaśnych rzeczy nie ma. Idą do okienka interweniować, kelnerka przynosi dwie porcje. Mówię, że zapłaciłem tylko za jedną, "niech sobie dziecko poje" ona na to. Tym razem rzeczy kwaśne mają postać surówki z kapusty z octem, Chłopak cieszy się i wszystko ładnie wsuwa aż miło patrzeć.

Kończymy jako jedni z ostatnich. Wychodzimy serdecznie żegnami przez kelnerkę. Pytam Chłopaka, czy chciałby tu przyjść kiedyś jeszcze. Odpowiedź brzmi "tak!"