pączkarz

Idę sobie dzisiaj do pracy, nad czymś się zamyśliłem aż tu nagle dzwonek roweru z tyłu. Odsunąłem się, żeby rower przepuścić ale ten zamiast przejechać koło mnie i zniknąć w oddali zatrzymuje się a rowerzysta – mężczyzna koło czterdziestki o wyglądzie docenta ekonomii – pyta uprzejmie: może pączka? Osłupiałem, bo rzecz to jak na Budapeszt dość niezwykła, żeby ktoś tak sprzedawał  z roweru pączki czy też coś innego do jedzenia. Wdałem się w rozmowę. Są to, jak mi wyjaśnił,  tradycyjne węgierskie pączki, wyrób domowy, bez środków konserwujących i innych dodatków. Poprosiłem, żeby mi je pokazał: leżały ułożone warstwami w skrzynce na bagażniku. Są bez nadzienia, dodał, ale jeśli chcę to może mi dać dżem w małych pojemniczkach. Podziękowałem za dżem (wyglądał ohydnie) ale kupiłem trzy pączki, dla siebie oraz dla koleżanek z pracy.

Pączki okazały się być znakomite i przez dobre pół dnia miałem potem dobry humor.