rynek zdrowej żywności

Będąc zagranicą uczysz się nowych
rzeczy, my w czasie roku spędzonego w Londynie natknęliśmy, między
innymi, się na organic food. Nie jest całkiem oczywiste
czemu wartościowsze miałyby być potencjalnie robaczywe jabłka,
zabłocone marchewki czy też malutkie banany nie mówiąc już
o jajkach wyglądających identycznie jak ich non-organic
odpowiedniki, ale jak się coś wie na temat przemysłowego
rolnictwa, a zwłaszcza hodowli zwierząt, no i jeśli się ma nieco
więcej pieniędzy niż absolutne minimum, zdrowa żywność, bo tak
się chyba mówi po polsku na organic food, staje się
nagle możliwością do rozważenia.

Mimo naszego zrozumienia idei zdrowej
żywności w naszym przypadku zabrakło obfitości finansowej abyśmy
się na taką żywność przestawili , ale, jak to bywa, wszystko dla
dziecka, więc po powrocie do Budapesztu zabraliśmy się za
poszukiwanie jej źródeł. Nie oczekiwaliśmy oddzielnych
sekcji w supermarketach jak to jest w Anglii, mieliśmy jednak
nadzieję, że może ta nowinka trafiła już na Węgry. No i okazało
się, że w Budzie jest mały rynek z organic food organizowany
dwa razy w tygodniu koło lokalnego domy kultury.

Przedziwne było to miejsce, z lekka
nawiedzone. Śmiałem się zawsze, że cosobotnie zakupy są dla
wielu osób tam przychodzących rodzajem celebracji zdrowego
stylu życia, takiej mszy ekologicznej: spowolnione, z lekka
natchnione ruchy, rozmowy na temat przepisów i nowinek z
dziedziny alternatyw żywnościowych, sprzedawczyni ubrana od stóp
do głowy w płótno lniane, wliczając w to białą chustkę
na głowie czy też stragan z naczyniami glinianymi oraz innymi
“naturalnymi” produktami. Raz w kolejce po szpinak zaskoczyła
mnie sprzedawczyni, która, widząc, że ten się kończy,
spytała kolejkę, kto chciałby go kupić i potem podzieliła to, co
zostało pomiędzy wszystkich chętnych zamiast po prostu sprzedać
go pierwszemu w kolejce. Najbardziej jednak lubiłem zawsze
amerykańskiego farmera, który nie wiadomo skąd wziąwszy
się, sprzedawał jarzyny a wśród nich wspaniały wybór
sałat oraz własnej roboty pesto.

Cały rynek emanował poczuciem
wspólnoty. Kiedy zmarł jeden zawsze kręcący się tam facet
o nieokreślonej funkcji, na straganach pojawiły się odręcznie
zrobione klepsydry informujące o tym smutnym wydarzeniu. Zarówno
kupujący jak i sprzedawcy wyraźnie podzielali troskę o środowisko,
ci pierwsi przynosili puste słoiki i butelki tym drugim, którzy
je chętnie przyjmowali mimo, że cały proces odbywał się bez
żadnej kaucji. Sam miałem tam znajomą straganiarkę, której
dawałem butelki po wodzie mineralnej, używała je potem do
sprzedaży świeżego mleka.

Rynek z czasem bujnie się rozwinął i
stragany zapelniły całą przestrzeń koło domu kultury, kupujący
zaś przeciskali się z coraz większą trudnością. Domowi kultury
z czasem się to znudziło i pod koniec zeszłego roku ogłosił, że
rynek ma się wynieść. Niepewność trwała parę miesięcy, aż w
końcu okazało się, że rynek nie zniknie bo organizatorzy znaleźli
dla niego nowe miejsce.

Rynek mieści się teraz koło innego
budańskiego domu kultury. Pojechałem tam w poprzednią sobotę
kupić jabłka dla Chłopaka i z lekka oniemiałem. Przestronnie,
szereg estetycznych straganów w małym parku, ścieżki
wysypane białym żwirkiem. Jedno co się nie zmieniło to to, że w
okolicy rynku nadal z trudem tylko można znaleźć miejsce do
zaparkowania.

Na rynku byłem dotąd tylko raz i nie
wiem jeszcze jak badzo się zmieni w porównaniu z tym, czym
był dotąd. Moją przekupkę od butelek po wodzie mineralnej, z
pewnym trudem, ale znalazłem. Mam nadzieję, że zobaczę tam kiedyś
amerykańskiego farmera mówiącego po węgiersku ze śmiesznym
akcentem a nawet płócienną kobietę, jak ją nazywam. Pewnie
będzie teraz schludniej-nudniej. Coś się skończyło a coś się
też zaczęło a ja sobie ten proces oglądam.