wyjazd z babaklubem

Babaklub to nie jest babski klub, jakby się to mogło zdawać, ale klub dziecięcy ponieważ baba po węgiersku (wymowa bobo) to właśnie dziecko, bobas. Słowo to o wiele jednak częściej jest używane niż bobas w polskim.

Nasz babaklub pochodzi z importu, jest produktem ubocznym roku, który spędziliśmy w Londynie. Chłopak był mały, a w zasadzie całkiem malutki, więc Śliwka siedziała z nim w domu. Pewnego razu dzwonek do drzwi, w drzwiach młoda kobieta pytająca się, kto zrobił schody w naszym domu (potem dowiedzieliśmy się, że byli to pracujący na czarno dwaj ekonomiści z Tirany). Zgadały się ze Śliwką, że też ma małe dziecko, zaprosiła nas ne jego pierwsze urodziny. Poszliśmy a tam cały pokój pełen rodziców oraz pełzających pędraków. Dowiedzieliśmy się, że wszyscy znają się z kursów przedporodowych organizowanych przez lokalny szpital. Urodziny niezłe zrobiły na nas wrażenie, bo oboje przyzwyczajeni byliśmy do sytuacji, w której jak się ma małe dziecko to się siedzi w domu, maksymalnie spotyka się człowiek z rodziną, ta wszystko zniesie.

Kiedy wróciliśmy więc do Budapesztu a Chłopakowi stuknęła jedynka (=skończył rok) postanowiliśmy, że my też urządzimy mu urodzina jak potrzeba. Franka zrobiła zaproszenie (na obrazku autentyczny kawałek naszego mieszkania)

a my zaprosiliśmy w miarę wszystkich ludzi, o których słyszeliśmy, że mają dziecko w wieku Chłopaka. Wszystkim się spodobało i sami potem zaczęli organizować urodziny swoich drobnych. Kiedy nie było urodzin spotykaliśmy się tak po prostu u kogoś w mieszkaniu na tak zwanej csúszce, co po polsku oznacza mniej więcej pełzalnię. Gospodarz zwykle stawiał jakieś jedzenie na stół, zwykle pojawiało się też wino lub pálinka. W życiu nie mieliśmy tak intensywnego życia towarzyskiego, csúszki miejsce miały niekiedy nawet 3-4 razy w tygodniu.

Kiedy matkom pokończyły się urlopy macierzyńskie, następne dzieci porodziły się a starsze poszły do przedszkola, csúszki przestały się odbywać. Ale jesteśmy w kontakcie i czasem się spotykamy tak jak teraz z okazji tego wyjazdu w ostatni weekend. Pojechaliśmy do Alsópáhok, która to wieś leży, z punktu widzenia Budapesztu, za Balatonem. Znajduje się tam hotel Kolping nastawiony na gości z dziećmi. Jest więc plac zabaw, przedszkole (tak!), małe krzesełka koło recepcji a także płytkie baseny, bo Alsópáhok to miejscowość kąpielowa. Teren wielki, na nim budynki od sporych, typowo hotelowych po pseudowiejskie chaty (podobno faktycznie zbudowane z gliny), w których mieszkaliśmy. Głównie siedzieliśmy więc w wodzie (32 stopnie, nie marznie się) a Chłopak nauczył się pływać w skrzydełkach. Wyskoczyliśmy też kupić trochę wina do niedaleko położonej winnicy Öregbaglas, robi nie jakieś zachwycające ale całkiem nadające się do picia wino. Wieczorem nieco pogadaliśmy i popiliśmy. W niedzielę poszliśmy razem – coś z piętnaście osób – na obiad do restauracji pozostawiając za sobą zgliszcza, za które odpowiedzialne są nasze dzieci.

Takie to wszystko nic wielkiego, ale cieszę się z tego, że mamy ten babaklub. Może dlatego, że zawsze najbardziej ceniłem sobie znajomości spoza oczywistego środowiska szkoły czy pracy. Następne spotkanie już wkrótce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s