łaźnia Lukácsa

Poszedłem do łaźni Lukácsa (Łukasza), kiedyś szent (świętego) Lukácsa aż tu nagle przede mną piłkarska reprezentacja Anglii. Idzie sobie takich kilkunastu Beckhamów, zatkało mnie zupełnie. Bliżej się przyglądam i coś się tu nie zgadza: tu brzuszek, tam sflaczały biceps, a tam jeszcze niesportowa łysinka. Podchodzę bliżej i nagle wszystko rozumiem. Jest to kilkunastu młodych facetów w koszulkach wyglądających na piłkarskie, które są jednak koszulkami okolicznościowymi. Herb Anglii jest ale nie ma Vodafonu, jest za to mały napis Stag night, Jim oraz data. Przypomniałem sobie, że do Budapesztu zaczął latać EasyJet no i oto na moich oczach zaczyna się inwazja amatorów cheap booze, cheap fuck, czyli miłośników niedrogich napojów wyskokowych oraz łatwości młodych Węgierek w nawiązywaniu kontaktów. A ci tu przede mną to nie żadna ekipa piłkarska tylko banda kolegów Jima obchodzących akurat jego wieczór kawalerski.

No a sam Lukács to bajka. Budynek niedawno odmalowany w ciepły żółty kolor, na jaki maluje się tu kościoły, wokół stare platany i ćwierkanie ptaków. Sama łaźnia nie jest specjalnie słynna, zdecydowanie przegrywa konkurs na ilość wzmianek w przewodnikach turystycznych z konkurentami Rudasem oraz Király. W środku głównie tutejsi, choć trafiają się też turyści. Mnie na przykład przypada w udziale Włoch z farbowanymi włosami, który wylewa przede mną swój ból: taaaaką dziewczyną poderwał. wziął ją na obiad, całowali się już nawet, wynajął pokój w hotelu (80 dolarów!) a ona się potem rozdecydowała, tak się nie robi interesów, no nie? Kiwam głową ze zrozumieniem, rozstajemy się niemal wylewnie.

W samej łaźni panuje specyficzna atmosfera. Ciemniej jest jak w łazience a w dodatku para jeszcze bardziej zamazuje widok. Głos się odbija od sklepień i nakładające się na siebie echa rozmów powodują, że nie bardzo można zrozumieć co mówią ludzie nawet blisko ciebie. Dominuje zgniły zapach wody. Ze ścian odchodzi płatami farba nie wytrzymująca pary z tej wody. Co najważniejsze jednak, w łaźnie jest ciepło. To ciepło jakoś tak nastraja ludzi, w każdym basenie, no, może poza tym z zimną (zaledwie 24 stopnie!) wodą co jakiś czas widać splecione pary niekiedy się namiętnie całujące.

W łaźni mi się nie nudzi bo oglądam sobie ludzi. Są muskularne a jednak lekko otłuszczone brysie o wygolonych głowach, są grubasy z fałdą tłuszczu zwisającą im z przodu jak fartuszek, pojawiają wiekowi arystokraci oraz emerytowani pułkownicy tajnej policji (albo przynajmniej ludzie na nich wyglądający). Widzi się różne łańcuszki na szyjach, od katolikich krzyżyków po żydowskie litery chaj i gwiazdy Dawida, choć widziałem też całkiem sporą menorę. Z tatuaży zapasa mi w pamięć pnącze – dzikie wino na oko – oplatające wokół młodą dziewczynę. Szybko przebija je jednak wytatuowana twarz niemowlaka na ramieniu młodej matki nieopodal.

Przy wejściu do łaźni na ścianie rząd tablic wotywnych, zupełnie jak w kościele. Są one głównie po węgiersku ale trafiają się też po angiesku, niemiecku, serbsku cyrylicą oraz po arabsku. Moja ulubiona ma następujący tekst:

Od 1920 roku przez 76 lat
Każdego dnia przychodziłem do Lukácsa
Moje długie życie temu zawdzięczam
Na wdzięczną pamiątkę

Dr. V. Molnár Károly
lekarz-generał
ostatni żołnierz
ostaniego króla węgierskiego


W 102 urodziny, Budapeszt, 12 grudnia 1996

Ciekaw jestem, czy któryś z moich Beckhamów kiedyś ufunduje jakąś podobną tablicę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s