„Katastrofa donska”


Znow rocznica “katastrofy donskiej”. Pisze te nazwe w cudzyslowie, bo nie zgadzam sie z ukryta w tym wyrazeniu interpretacji wydarzenia. Moze jednak pare szczegolowo o czym mowa. Chodzi mi o rozbicie II armii wegierskiej w czasie drugiej wojny przez polaczone sily nacierajacej Armii Czerwonej oraz zimy nad Donem w styczniu 1943 Zginelo okolo stu tysiecy ludzi, odnoszac to do liczny ludnosci, byloby to porownywalne z bitwa, w wyniku ktorej ginie jakies trzysta-czterysta tysiecy polskich zolnierzy. Zdarzenie wiec potworne, czemu wiec nie katastrofa? Bo uzycie slowa “katastrofa” sugeruje jakies przyczyny, nad ktorymi czlowiek nie ma kontroli, los, cios natury. Tymczasem ta kleska byla wynikiem decyzji politycznych i wojskowych konkretnych ludzi, na przyklad, armia byla nieprzygotowana sprzetowo do zimy, ktorych odpowiedzialnosc okreslanie jej mianem “katastrofy” rozmywa. W swiadomosci Wegrow do dzis zreszta nie bardzo utrwalilo sie nazwisko ani jednego z owczesnych politykow czy generalow jako odpowiedzialnego za te kleske. I tak zostaje narzekanie na los, na ruskich, na ciagly wiatr w oczy.

„Polski Wallenberg”

Ukazala sie ksiazka o Henryku Slawiku, ktory dzialajac wsrod uchodzcow polskich na Wegrzech podczas drugiej wojny przyczynil sie do ocalenia okolo pieciu tysiecy Zydow. Fakt jego dzialanosci byl w zasadzie nieznany i pozycja ta ma szanse wreszcie zwrocic uwage na te bohaterska postac. Dodac moze warto, ze ukazala sie ona przy wsparciu nie jakiejs panstwowej instytucji ale kilku prywatnych osob w dodatku pod patronatem Rzepy oraz telewizji Polonia wiec wydawaloby sie, ze to tym bardziej godna pochwaly rzecz. Tak ale gdyby tylko nie byla tak strasznie napisana…

Autorem jej jest Grzegorz Lubczyk, dziennikarz i dlugoletni korespondent na Wegrzech a takze przez jakis czas ambasador tutaj. Zastanawia mnie, co mnie tak irytuje w jego pisaniu, udalo mi sie wyluskac dwie rzeczy.

  • Tekst jest zaangazowany a moze nawet natchniony. Graficznie wyraza sie wielka iloscia wykrzyknikow, bywa, ze i trzy na koncu jednego zdania. Ponadto sporo jest podnioslych przymiotnikow. Tekst robi wrazenie inspirowanego kiepska literatura hagiograficzna. Zero dystansu do tematu, zero podejscia krytycznego.
  • Tekst jest niechlujny. Wiekszosc miejsca zajmuja spisane jak leci wywiady z roznymi osobami oraz dokumenty czesto bardzo luzne zwiazane z tematem. Sam tekst w duzej czesci mowi o dzialalnosci Slawika wsrod uchodzcow polskich, co czesto nie ma niczego wspolnego w tytulowym ratowaniem Zydow. Brakuje planu, fakty dotyczace jego zycia sa rozrzucone chaotycznie po calej ksiazce. Zamieszczone zdjecia nie wydaja sie byc dobrane tak aby ilustrowac oraz dopelniac tekst, na przyklad mamy zdjecie tesciowej Slawika ani razu nie wspomnianej w tekscie.

Szkoda mi, ze ta ksiazka jest jaka jest. Slawik byl czlowiekiem duzego formatu i racje ma Lubczyk piszac, ze jego dzialanosc na Wegrzech byla szczytowym okresem jego zycia. Szkoda, ze tak ulomnie ja opisano.